;
sobota, 08 maja 2010
Berlin

Weekend majowy spędziliśmy w Berlinie.  Cóż to miasto ma w sobie takiego, że jest tak pociągające? Nie jest zachwycające w takim sensie , jak zachwycający jest dla mnie Madryt czy Barcelona, gdzie piękny budynek przyklejony jest do kolejnego pięknego budynku; gdzie place otaczają niesamowite, pięknie odrestaurowane zabytki. Berlin wręcz przeciwnie, nie ma wielu zapierających dech w piersiach cacek architektonicznych (jak dla mnie); nie jest naszpikowany ugładzonymi kamienicami, takimi jak są chociażby w Wiedniu. W Berlinie nie podobał mi się Alexanderptalz, nie zainteresowała jedna z najbardziej reprezentatywnych ulic Berlina – Unter den Linen, czyli aleja pod lipami. Byłam w Pergamonmuseum (podobała mi się część poświęcona zbiorom sztuki islamskiej) , lecz pozostałe muzea na Museumsinsel (Wyspa Muzeów) jakoś nieszczególnie mnie pociągały.  Jednak mimo moich krytycznych uwag Berlin ma w sobie  wiele uroku i czaru, który nieraz będzie mnie przyciągał do siebie. Zakochałam się szczególnie w jednym berlińskim miejscu – dzielnicy Prenzlauer Berg.

Berlin jest stolicą artystów, legenda mówi, że więcej jest ich tylko w Nowym Jorku. W Berlinie jest wiele galerii, muzeów, ktoś spragniony obcowania ze sztuką na pewno ma co robić w niemieckiej stolicy. Zapewne także artyści dobrze się tam poczują, dziwacy nie będą wywoływać zdumienia czy dziwnego i nieprzyjemnego zainteresowania. Każda „nietypowość” znajdzie swoje miejsce, czy to nietypowość stroju i wyglądu, czy działania i zachowania czy   też myślenia i głoszonych poglądów. Takie odniosłam wrażenie, być może mylne – mam nadzieję, że będę miała jeszcze okazję do jego weryfikacji bądź potwierdzenia (czytałam różne opinie w tej kwestii).  Ja w Berlinie czułam się świetnie i swobodnie, nikt mnie jakoś szczególnie nie obserwował, co często odczuwam w Polsce. "Berlin jest teraz tym, czym Nowy Jork był w latach osiemdziesiątych".

 

 

Myślę, że berlińską atmosferę tworzy luz i otwarcie się, wyjście „na zewnątrz”. Gdy nie padało widziałam masę ludzi w kawiarniach, w parkach, na skwerach. Z przyjemnością obserwowałam rodziny spędzające sobotnie popołudnie na trawniku przy  Museuminsel. Popularnym środkiem transportu są rowery, które kilka razy o mały włos nie rozjechały mnie (mam wrażenie, że rowerzyści mają tam więcej praw niż piesi czy kierowcy samochodów).  Byłam zachwycona wystawianiem przed sklepy części asortymentu. Warzywniaki, sklepy z artykułami domowymi, kwiaciarnie, zwykłe spozywczaki , czy drogerie część wystaw przenosi na okalający je chodnik. Sprawia to miłe wrażenie, wcale nie wprowadza nadmiernego chaosu czy bałaganu.

 

Po powrocie z Berlina, jak zresztą po każdej podróży staram się odszukać cząstki danego miejsca w Warszawie. Już nie mogę doczekać się  Święta ulicy Smolnej, które odbywa się rokrocznie w czerwcowy weekend. W zeszłym roku świetny pomysł miały dwie artystki, które zbierały osobiste wspomnienia mieszkańców Smolnej, następnie tworzyły plastikowe płytki na których laserowo spisano owe wspomnienia. Pomysł ten początkowo zrealizowały właśnie w Berlinie, w Kreuzbergu. Chodziły od ludzi do ludzi,  przepytywały z osobistych doświadczeń, które następnie można było przeczytać na płytkach powieszonych w berlińskim metrze.  "Jechałem tymi schodami ruchomymi wczesnym latem 2008 r. z właściwie mi obcym, ale bardzo sympatycznym Wilsonem";  "Tu wydrukowałem swoją pracę magisterską 22 września 2007 r. o 23.30". Uważam, że to fantastyczna inicjatywa przeniesiona na nasze polskie podwórko. Wydaje mi się, że w Berlinie odbywa się wiele tego typu akcji, że są oni od tego specami.  Cieszę się, że i w Warszawie jest ich więcej.

Zachwycałam się berlińskimi  kawiarniami, knajpami, restauracjami, których pełno jest w mieście. Większość z nich jest niewyszukanych i nienadętych . Pragnęłam do każdej kawiarni wstąpić i usiąść choćby na szklankę wody. Pragnęłam całą sobą wchłonąć klimat Berlina (choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że za mało czasu w nim spędziłam, by było to możliwe). Właściwie wszystkie knajpki odznaczały się estetyką, którą lubię najbardziej. Proste stoły, proste krzesła, malutka doniczka z uroczymi kwiatkami na blacie stołu.  Bez zbędnych, dziwnych ozdób czy sztuczności.    Bardzo podobały mi się berlińskie sklepy – pełne artystycznych przedmiotów, pięknych kuchennych akcesoriów (które są moją obsesją), cudownych rozmaitych gadżetów. Piękne są berlińskie księgarnie. Kilka chwil spędziłam we wspaniałej księgarni oferującej wyłącznie książki kucharskie. Jest ona malutka, lecz wypełniona regałami z przepisami.  Księgarnia oferuje przede wszystkim książki w języku niemieckim, lecz znalazły się w niej półki z książkami angielskimi. W księgarni poza zakupem książek zjeść oferowane przez właścicieli pyszności oraz skorzystać z usług cateringowych, a także zapisać się na kurs gotowania (o czym marzę). Piszę o tej księgarni, gdyż sama uwielbiam kupować książki kulinarne i nie mogłam przejść obok tej księgarni obojętnie. Byłam pod ogromnym wrażeniem tego, ile książek kucharskich przetłumaczono na niemiecki i jak pięknie są one wydane. W sumie to chyba dobrze, że nie mieszkam w Berlinie – całą miesięczną pensję przepuszczałabym w tej księgarni.

 

(ulica Bergamana- marzy mi się, by była w Warszwie ulica mojego mistrza)

Zakochiwałam się także w berlińskich kwiaciarniach. Jak cały Berlin były niezwykle proste, a zarazem przeurocze. Niestety w Warszawie większość kwiaciarń jest jak dla mnie mało estetyczna, mieszczą się one głównie w starych blaszakach. Kwiaciarnia dla mnie powinna być „mekką” estetyki i zadbania o każdy szczegół, powinnam się nią zachwycać i chciałabym, aby zachęcała mnie do częstych w niej zakupów. Z warszawskich kwiaciarń mam niezbyt miłe doświadczenia, kwiaty zazwyczaj wetknięte są w nieładne plastikowe kubły czy wazony, dekoracje i wystawy zazwyczaj odstraszają mnie kiczem i bylejakością. Natomiast kwiaciarnie berlińskie są dla mnie bajeczne (naprawdę niewiele trzeba, aby takie były). Sprzedawcy wystawiają kwiaty na zewnątrz sklepu, ustawiają je w ładnych doniczkach, są zadbane i pięknie pachną świeżością. Można w nich kupić zarówno kwiaty cięte, jak i malutkie, śliczne kwiatuszki doniczkowe.  Wszystkie kwiaciarnie  przyciągały mój wzrok.  Obserwowałam chwilkę kurs kwiaciarski odbywający się w kwiaciarni na Prenzlauer Berg (dzielnicy w której mieszkaliśmy). Zapragnęłam uczestniczyć w takich warsztatach, najchętniej  w tamtym miejscu.  Kwiaciarnie były na każdym kroku, a najwięcej widziałam ich w dzielnicy Kreuzberg. Kreuzberg odwiedziliśmy w deszczowy poniedziałek, nie mogliśmy się nacieszyć jego atmosferą w pełni (choć deszcz jakoś wyjątkowo pasował do Berlina). Żałuję, że do Kreuzberga nie dotarliśmy w sobotę, kiedy to odbywał się uliczny festiwal promujący hasła antynazistowskie. Dowiedzieliśmy się o nim od znajomych, którzy także byli w Berlinie i uczestniczyli w festiwalu, na którym podobno panowała niesamowita i nieskrępowana atmosfera,  bary i restauracje „wychodziły” na ulice, grała muzyka i wszyscy doskonale się bawili. Kreuzberg to podobno najbardziej barwna dzielnica, pełno w niej imigrantów (przede wszystkim z Turcji- stąd duża ilość tu barów i sklepów tureckich; w Kreuzberg mieści się targ na którym  można dostać wiele tureckich produktów – Turkenmarkt Maybachufer),  a także artystów oraz ludzi poszukujących alternatywnego stylu życia. Kreuzburg stał się pierwszym berlińskim „domem” dla punk rocka, a w późniejszych latach centrum berlińskiego hip hopu, breakdance,  a także innych subkultur,  .  Kreuzberg podobno od zawsze przyciągał dziwaków i oryginałów, z czego znany jest na całe Niemcy.  W dzielnicy przeważa budownictwo z późnego XIX wieku. Atrakcją Kreuzberg (do której nie dotrliśmy) są  plaże nad brzegiem Szprewy wypełnione barami i knajpami w których można wypocząć po ciężkim dniu.  Kreuzberg od kilku lat stał się niemałą atrakcją turystyczną, zatem część jego funkcji przejął pobliski Neukölln do którego niestety nie zawitaliśmy.

 

My po Kreuzberg przespacerowaliśmy się w deszczu i poczuliśmy fantastyczną atmosferę tego miejsca. Kreuzberg i Prenzlauer Berg to dwie części miasta, które lubię najbardziej. O Prenzlauer Berg napiszę w następnym odcinku i zapewne więcej niż o Kreuzberg ;)

 

Zdjęcia zamieszczę w późniejszym terminie. Niestety spotkało mnie nieszczęście - zabrałam do Berlina moją lustrzankę. Omyłkowo wzięłam ładowarkę do baterii do mojej cyfrówki, nie wziełam ładowarki do lustrzanki. Miałam dwie baterie, obie rozładowane. Na szczęście miałam ową cyfrówkę, lecz zdjęcia nie wyszły takie, jak pragnęłam, aby były. Berlin to dla mnie niezwykle fotogeniczne miasto. Uwielbiam robić zdjęcia miejscom czy przedmiotom ogólnie uznawanych za brzydkie, zniszczone, obdrapane. Gdy są jeszcze w połączeniu z bardziej wymuskanymi i nowoczesnymi miejscami to nie mogę się oprzeć, aby nie fotografować. Niestety uroku takich miejsc w Berlinie nie oddają moje zdjęcia.

 

13:37, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (15) »
środa, 15 października 2008

Ponieważ z założenia miał być to blog nie o mnie, a o pięknej, a czasem nikczemnej Hiszpanii polecam artykuł o Barcelonie !

"Barcelona jest miastem z poczuciem humoru, bo przecież miasta są różne: ciepłe, zimne, klasyczne nowoczesne, przytulne, takie i owakie. A Barcelona nie jest wcale dystyngowana, z tymi swoimi wielkimi nazwiskami, ze statusem stolicy, z milionami turystów, ona zawsze mnie rozśmiesza.
Raz wsiadłam do pociągu o piątej rano, na miejscu byłam po siódmej. Wysiadałam z pociągu jakby to była stacje Włocławek Zazamcze, bez emocji. Wychodząc z dworca spojrzałam ku górze a niebo było całe różowe. Poranne różowe niebo, różowiutkie jak landrynka, kto to widział?! Pięknie sie komponuje, kochana, z Twoimi mozaikami, z Twoimi palmami, z Twoimi placami. Ludzie na przystanku patrzą na niebo, sprzedawcy gazet, kelnerzy rozkładający stoliki na chodnikach, wszyscy się z twojego żartu śmiali, Barcelono.
Inny razem, szukając pewnego adresu zabłądziłam w uliczkę,jak z okładki Zafona “Cień wiatru” , takie same chodniki, latarni, mury, taka sama powaga i cisza. Lecz ostatnim razem przebiła samą siebie. Zażaratowala sobie ze mnie, cały dzień nic się nie działo, a jednak. Mowilam jej, że nie dziś, same mam powane sprawy, nie będzie kafejek i lekkiej cavy, nie będzie spacerków, tylko będą grube mury adwokackich gabinetów i nowoczesne wnętrza.
I juz byłam pewna, że do niej to dotarło i bedzie już ze mną poważna ta cała Barcelona. Gdy wysiadając z metra zbliżałam się do dworca , w miejscu, w którym nigdy nic nie sie działo, tego dnia dział się koncert, na trąbkach i bąbnach, 10 bębnów , 10 trąbek, wielki hałas, festyn uliczny, tańczą panie trzymając w rękach swoje torebki, tańcza dzieci. I festyn jak festyn, bardzo fajnie. I już miałam odejść gdy zagrali “ La rumba de Barcelona” zespołu Mano Negra a przecież wszyscy wiedzą , że to moja ukochana piosenka.
Ech co za żartowniś, dla każdego ma po prezencie." ( Niestety to nie mój cytat, a
piszącej  niesamowicie pięknymi słowami Galapagosce- mam nadzieję, że nie będziesz dla mnie wredna za wykorzystanie cytatu, ale niesamowicie mi się spodobał, tak bardzo, że przepisałam go sobie ;) Jeśli życzysz sobie, abym go usunęła oczywiście uczynię to!)

22:01, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (1) »
sobota, 13 września 2008
Lluís Domènech i Montaner

Dziś znów Was pomęczę Barceloną i jej architekturą. Barcelona to nie tylko Gaudi, ale także wielu innych, znakomitych architektów. Właściwie, gdzie się nie obejrzałam podczas mojego pobytu widziałam zapierające dech w piersiach budynki. Piękne malowidła na elewacjach, rzeźby, witraża w miradores (czyli niesamowitych barcelońskich wykuszach), przyciągające wzrok drzwi. Kto mnie zna ten wie, że zdjęcia ze mną i z drzwiami zbieram, więc w Katalonii moja kolekcja znacznie się powiększyła… Może kiedyś, na moim blogu opublikuję wszystkie zdjęcia kemotalamkowo-drzwiowe ;)

Podczas naszego barcelońskiego pobytu jednym z punktów obowiązkowych było zwiedzenie Palau de La Musica Catalana. Pałac zwiedzaliśmy z przewodnikiem, który w niezwykle ciekawy sposób opowiedział nam o budynku, trochę jego historii, omówił symbolikę oraz podał wiele ciekawostek dotyczących stylu architektonicznego dominującego w Barcelonie, czyli secesji. Niezwykły budynek wybudowany został sto lat temu jako zgodna, społeczna idea wielu ludzi. Budynek jest unikatowy architektonicznym majstersztyk zaprojektowanym przez kolejnego znakomitego architekta Barcelony Lluís Domènech i Montaner. Był to szalony projekt odzwierciedlający architektoniczne zawirowania początku XX wieku. Cegła, kolorowe mozaiki, gięte ozdoby z kutego żelaza i szkło o ciepłych barwach – totalny surrealizm. Wewnętrzne piękne schody ze szkła i marmuru prowadzą do Sali koncertowej ze wspaniałą ogromną kopułą witrażową . Łuk proscenium zdobią rzeźby, m. In. posąg Anzelma Clave, wielkiego kompozytora katalońskiego doby romantyzmu i alegoria jego dzieła Les Flors de maig. Scenę otacza mozaika z terakoty i ceramiki oraz Muzy z Palau – panny grające na różnych instrumentach. Cała sala koncertowa jest ogrodem. Wszędzie otaczają nas kwiaty, liście, najróżniejsze rośliny, natomiast nad nami świeci jakby słońce. Niestety we wnętrzach nie zrobiliśmy właściwie żadnego zdjęcia, gdyż obowiązywał zakaz fotografowania. Jednak zwiedzającym Barcelonę polecam to miejsce, jest piękne i niezwykłe. W oglądanym tam filmie wypowiadali się artyści, którzy mieli okazję występować w Palau (koncerty odbywają się tu do dziś) i wszyscy zgodnie twierdzili, że w tym miejscu panuje niezwykła magia i pewien mistycyzm. Ja odrobinę ową magię poczułam!

palaumusica

 

 

palaumusica

 

 

 

Wnętrze Pałacu, zdjęcie niestety nie wykonane przeze mnie, a zaczerpnięte ze strony http://www.palaumusica.org/

 

http://www.palaumusica.org/

 

Kolejnym punktem programu zwiedzania Barcelony był Hospital de la Santa Creu i de Sant Pau, zaprojektowany przez tego samego architekta, co Pałac Muzyki. Tworząc swoje dzieło architekt wyszedł od słusznego założenia, że chorym lepiej i szybciej powraca się do zdrowia w pięknych wnętrzach, wśród zieleni. Całe zaplecze gospodarcze szpitala ukrył w podziemiach, aby pacjencie nie musieli na co dzień mu się przyglądać. Początki placówki sięgają 1401 roku, kiedy doszło do połączenie sześciu szpitali. Wówczas szpital nazwano Szpitalem Świętego Krzyża- Hospital de la Santa Creu. W końcówce XIX wieku rozwój medycyny oraz miasta sprawiły, że dostrzeżono potrzebę modernizacji i rozbudowy szpitala.

Zaplanowano postawienie nowego budynku, którego sfinansowanie zapowiedział bankier Pau Gil. Budowa rozpoczęła się 18 stycznia 1902 i trwała 18 lat, z przerwami spowodowanymi brakiem środków. Wreszcie w 1930 udało się ukończyć inwestycję. Na prośbę sponsora do nazwy szpitala dodano jego patrona, św. Pawła. Pełna nazwa brzmiała więc Szpital św. Krzyża i św. Pawła. Współcześnie pomija się pierwszą część nazwy.

Zespół zaprojektowano na dziewięciu kwartałach ulic w dzielnicy Eixample, na kwadratowej działce. Składa się z budynku głównego, przeznaczonego na administrację, i 27 pawilonów. Wszystkie budynki połączone są podziemnymi korytarzami, przystosowanymi do transportu chorych. Pośród budynków wyróżnia się przede wszystkim siedziba administracji, do której prowadzą szerokie schody. Po obu stronach położone są biblioteka i sekretariat. W wydzielonej części mieści się kościół. Interesujące są również wszystkie pawilony, szczególnie, że każdy z nich różni się od pozostałych.Przy budowie szpitala Domènecha wspomagali inni katalońscy artyści – rzeźbiarz Pau Gargallo, malarz i autor mozaik Francesc Labarta oraz kowal Josep Perpinyà.Wraz z upływem lat szpital wzbogacał się o kolejne budynki, spośród których wyróżnia się Instytut Urologii. Aktualnie trwają prace nad kolejnym, dużym budynkiem, który stanie na skraju kompleksu.

 

 

 

 

 

13:43, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (8) »
środa, 10 września 2008
Gaudi po raz ostatni

Park Guell. Uwiódł mnie, oczarował, urzekł. Zwłaszcza mozaiki, domki z piernika niczym wyjęte z bajki o Jasiu i Małgosi, Pawilon Kolumnowy, widok na Barcelonę... Chcę tam jeszcze wrócić!!

 

 park guell

Wspomniane piernikowe domki. 

Park Guell powstał na zamówienie Eusebio Guella, który zapragnął stworzyć stylowy park dla arystokracji Barcelony. W parku podziwiać można niezwykłe kamienne struktury, oszałamiające posadzki i fascynujące budynki. Nieopodal wejścia do parku znajduje się jeden z symboli Barcelony – smok wyłożony kolorową mozaiką (był wszędobylski, w każdym sklepie z pamiątkami kupić można było jego wizerunek).

W Parku znajdują się dwa małe budynki, w których Gaudi mieszkał podczas budowy. W domu tym obecnie mieści się muzeum.

park guell

 

park guell

 

Park Guell z widokiem na dzielnicę Eixample - barcelońską szachownicę
. Gigantyczne założenie Eixample, rozplanowane wg koncepcji Ildefonsa Cerdy z 1859 r. Nie ma chyba w Europie równie wielkiego zamierzenia urbanistycznego, które byłoby oparte na równie prostym szachownicowym planie.

park guell

 

park guell

Sala Kolumnowa - główny pawilon, który miał służyć za targ. Liczy 86 kolumn o wzorach antycznych, w których środku są specjalne kanały umożliwiające spływ wody z położonego nad pawilonem tarasu. Dach sali ma kształt falisty i ułatwia tym bardziej spływ deszczówki.

park guell

 

Mozaiki znajdujące się na suficie Pałacu Kolumnowego 

park guell

park guell

 

park guell

park guell

Barceloński dragon ;)

Taras nad pawilonem kolumnowym przez architekta był nazywany teatrem greckim. Opasany jest wyjątkowo długą ławką, która jest jednocześnie gzymsem pawilonu pod nim.oraz ja w Pawilonie Kolumnowym.

I dwa zdjęcia bardziej "osobowe". Ja z T. na najdłuższej ławce świata park guell

park guell

Mozaiki prosto z najdłuższej ławki

20:41, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (9) »
piątek, 05 września 2008
Chupa Chups

Kto na świecie nie zna lizaków Chupa Chups? Chyba każde dziecko i dorosły, gdy zamknie oczy może przywołać logo Chupa Chups.

Ale, czy znacie historię tych słodyczy? Jeśli nie to zaraz ją poznacie.

chupa chups

W połowie XIX wieku skromny cukiernik barceloński Jaseph Berbnat po raz pierwszy wyprodukował okrągłe cukierki ze skarmelizowanego cukru. W 1950 roku jego wnuk Henryk wykupił spółkę Granja Asturias, produkującą galaretki owocowe i zaczął zastanawiać się nad tym, jak spełnić pragnienie dzieci, a jednocześnie zadowolić mamy narzekające na zabrudzone słodyczami ręce i ubranie i znalazł: cukierek na patyku! Pierwszy lizak nazwano Gol z powodu kształtu przypominającą futbolową piłkę, a w 1958 roku lokalna agencja reklamowa nadała mu nazwę Chups. Jego logo zaprojektował.... nie kto inny, jak..... Salvador Dali, który nazwę smakołyku wpisał w stokrotkę. Smakosze nazywają go chupa (po hiszpańsku to smoczek). Mały okrągły lizak sprzedawany jest w 164 krajach świata i osiąga zawrotne wyniki w liczbie 40 miliardów rocznie!

 Na koniec zapraszam na stronę lizaków ChupaChups

23:09, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (11) »

Dziś Gaudi po raz kolejny, ale nie ostatni.. Oczywiście nie mogłabym nie napisać o Sagradzie Familii, najdoskonalszemu z doskonałych dzieł architekta. Robi ogromne wrażenie, jest przedziwną budowlą (przez wielu uważaną za szkaradną), zapierającą dech w piersiach. Żałuję, że wokół niej spędziłam tylko tyle czasu, ile spędziłam… Choć wcale nie mało, to jednak za mało. Najpierw pojechaliśmy tam wieczorem, gdy było już ciemno i katedra była pięknie podświetlona i już wtedy nas urzekła i oczarowała. Wielokrotnie widziałam ją na zdjęciach, jednak nie spodziewałam się tak szeroko otwartych oczu nie mogących się nadziwić niezwykłości dzieła. Przy Fasadzie Pasji odbywał się koncert barcelońskiej młodzieży wykonującej zapewne religijne pieśni, ale w tak niezwykły sposób, że radosna atmosfera panująca tam udzieliła się także mi. Drugi raz do Sagrady Familii przyjechaliśmy w czasie dnia, wtedy też weszliśmy do środka. Budowa katedry zaczęła się ponad 100 lat temu, w 1882 roku. Gaudi nadzorował jej 16 lat mieszkając w baraku, w warunkach, których większość osób nie wyobraża sobie normalnego funkcjonowania. Dziełu swojego życia poświęcił się bez reszty. W 16 lat od rozpoczęcia prac Gaudi wpadł pod tramwaj, trafił do pobliskiego szpitala Sant Pau i de la Santa Creu (który też zwiedziliśmy), gdzie po dwóch dniach zmarł. Legenda głosi, że po tragicznej śmierci Gaudiego Barcelończycy znienawidzili tramwaje i własnymi rękoma wyrwali wszystkie tory tramwajowe w mieście. Budowa Sagrady trwa do dziś i nie zapowiada się na jej szybkie ukończenie. Budowla jest niezwykle skomplikowana, a dodatkowo podobno Barcelończycy wieżą, że gdy zakończą się na niej prace nastąpi koniec świata (choć mówi się, że prace będą trwały do 2035 roku). Świątynia ma swój początek w istniejącym schemacie gotyckim, przekształconym przez pochylone kolemny. Zamierzeniem Gaudiego było, aby kolumny rozprzestrzeniały się, jak gałęzie drzewa. Kolumny wykonane są z różnych materiałów, w zależności od obciążenia, jakie podtrzymują.

Fasada Narodzenia: jedyna ukończona pod okiem Gaudiego część katedry. Większość planów, projektów, notatki zginęło podczas Wojny Domowej. Pozostałe części tworzone są na podstwie koncepcji innych architektów, ale odnalezione najrozmaitsze informacje dostarzyły im pewnej wiedzy na temat pragnień Gaudiego, co do budowli i z niej korzystali.

W latach 60 XXw. powstał ruch (z udziałem Miro i Le Corbusiera) sprzeciwiający się kontynuowaniu prac rozbudowy. Uważali oni, że z powodu braku planów architektonicznych dzieło może zostać przekłamane, mijające się z zamierzeniami twórcy. Do tej pory żywa jest dyskusja nad tą kwestią. Wielu uważa, że Fasada Pasji jest karykaturą pierwotnie zaplanowanej fasady. Inni twierdzą, że Gaudi byłby zadowolony.

sagrada familia

sagrada familia

sagrada familia

Fasada Narodzenia jest niezwykle bogata, dekoracyjna. Wzrokiem ciężko ogarnąć bogactwo rzeźb, figur, symboli. Utrzymanie fasady w tak bogatym stylu było odpowiedzią na postępującą dechrystanizacją, która następowała w okresie rozwoju przemysłu (który następował za czasów Gaudiego). Kościół pragnąc odzyskać wpływy sprzed lat zlecił Gaudiemu utrzymanie Fasady Narodzenia w takim stylu.

Z drugiej strony Fasady Narodzenia znajduje się Fasada Pasji. Czy Gaudi byłby zadowolony?

 sagrada

Wnętrze Kościoła to jedna wielka budowa, ale conieco już widać. Warto wejść do środka, aby wrócić po latach i sprawdzić, co się zmieniło.

Niezwykły sufit. Wyraźna jest tu inspiracja Gaudiego naturą. Kolumny yo pnie drzew, na suficie można dostrzec korony drzew.

Na pniach gniazda, dziuple, różne wypukłości.

I plac budowy w środku Sagrady:

Jestem w stanie zrozumieć, że Sagrada Familia to niezwykła i fascynująca budowla, jednak raziło mnie trochę, że turyści zapominali, że jest to Kościół. W budowie, ale jednak miejsce kultu religijnego. Raziły mnie automaty na napoje i przekąski umieszczone we wnętrzu, brak zachowania zwyczajowych i religijnych form zachowania się w Kościele. Trochę to takie komercyjne i nie podobało mi się.

Więcej o świątyni, o tym, co jeszcze zostało do wybudowania poszukaj tu. Polecam!

22:52, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (2) »
czwartek, 04 września 2008
Casa Mila

 

Kto przyjeżdża do Barcelony budynki Gaudiego zobaczyć musi. Nie dziwię się, że szokowały ludzi w czasach, gdy architekt żył, gdyż dla mnie też były niezwykłe i zaskakujące. Casa Mila uważana jest za najdoskonalsze świeckie dzieło Gaudiego, zastosował tu najlepsze w swoich budynkach metody architektoniczne. Przez Barcelończyków nazywana jest kamieniołomem (La Pedrera), gdyż właśnie kamieniołom przypomina. Mi kojarzy się z morzem i falami. Największe wrażenie wywarł na mnie dech, na którym znajdują się kominy stylizowane na dym, natomiast część z nich  inspirowana była kwiatami. Brama do domu (której zdjęcia z nieznanego mi powodu nie zrobiłam) powstała na wzór plastra miodu. Dom powstał na zamówienie przedsiębiorcy Pere Mili i jego żony. W budynku właściwie nie można odnaleźć linii prostej (bądź w minimalnym stopniu), dlatego fasada jest jak morze pełne fal. Balustrady balkonów wykonane są z kutego żelaza i przypominają zarośla.

W środku budowli można dostrzec drobiazgowość Gaudíego; każdy sufit posiada własną formę gipsową. Choć trudno to zauważyć La Pedrera nie jest ukończonym dziełem (z powodów problemów z inwestorem).

Nie chce dłużej zanudzać. Chcąc dowiedzieć się więcej można zajrzeć tu.

la pedrera

Ja przed Kamieniołomem

la pedrera

Patio La Pedrery

la pedrera

Tu zapewne widać inspirację muszlą

la pedrera

Słynny dach i niezwykłe kominy

la pedrera

la pedrera

 

 

 

la pedrera

 

 

Wnętrza Casa Mila. Byłam. Niedawno pisała o nich Chichiro, więc nie powtarzam.. Ale będąc tam chciałam zostać na zawsze. W tak urządzonym domu czułabym się znakomicie! Uwielbiam wnętrza z duszą, meble z historią, które co nieco mówią o ich właścicielu, a nie bezosobowe, bez wyrazu i supernowoczesne..Hmm, rozmarzałam się i wyobrażałam sobie, że tam mieszkam. Gotuję obiad, piorę, prasuję, śpię, czytam, zasiadam przy niezwyłym biurku czytając o podróżach..

la pedrera

To, co w poniższym zdjęciu jest podwójne to zagadka dla Was! Co to może być?

la pedrera

 

 

 

19:24, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (7) »
Gaudi

Dziś kolejna część opowieści o Gaudim. Jego dzieła wywarły na mnie ogromne wrażenie, więc zapewne jeszcze długo będę poszukiwała informacji na jego temat.

Gaudi, gdy żył i tworzył często uważany był za wariata i szaleńca. Jego budynki szokowały ówczesnych mieszkanów 

Barcelony. Były czymś absolutnie nowym, kształty budynków przybierały dziwaczne kształty, powyginane, zakręcone, pochyłe ściany, faliste dachy, zwichrowane elewacje, niezwykłe detale. Gaudi często nie był uważany za architekta. Barcelona (ale także cała Europa)w drugiej połowie XIX wieku była pod silnym wpływem historycyzmu. Architekci tamtych czasów nie byli w stanie wypracować stylu odpowiadającemu epoce, aktualnym wydarzeniom, warunkom społecznym. W związku z tym sięgali do przeszłości przenosząc na aktualny grunt style wypracowane w zamierzchłych czasach, takich jak gotyk, renesans i barok. Nie było to jednak inspiracje, a tworzenie projektów architektonicznych bez krytycznej krytyki, dostosowania założeń wielkich stylów do współczesnej epoki, a naśladowanie, kopiowanie ich bez jakichkolwiek skrupułów. Architekci kopiowali z najdrobniejszymi szczegółami budowle minionych epok. Wtedy to powstały style zwane neogotykiem, neorenesansem, neobarokiem. Często architekci w swoich projektach byli niezwykle eklektyczni łącząc w jednym budynku elementy różnych styli. Pragnęli, aby ich dzieła były jak najbardziej dekoracyjne, pełne przepychu. Historycyzm dla wielu oznaczał upadek architektury. Nie działo się w niej nic innowacyjnego, twórcom brakowała inwencji i pomysłów. Dostrzeżenie kryzysu architektury dla niektórych było impulsem do poszukiwania inspiracji i propozycji wyjścia z niego. Zrodził się MODERNIZM. Modernizm – w Hiszpanii,  we Francji art nouveau, w Niemczech – styl młodości, w Polsce – Młoda Polska bądź secesja (secesja = oddzielenie, odłączenie, odcięcie). Secesja to wyrafinowana ornamentyka, płynne, krzywe i wijące się linie, niesymetryczność, delikatność, niezwykła stylizacja, bogata dekoracyjność, motywy roślinne, czerpane prosto z natury, mozaiki, witraże, malarstwo ścienne (a wszystkiego tego pełno jest w Barcelonie).            Gaudi początkowo był eklektykiem (o czym pisałam już wcześniej), w późniejszym okresie twórczość jego przepełniona jest secesją. Jednak był architektem niezwykłym. Gdy tworzył eklektycznie nie było to czyste i wierne kopiowanie, a przetwarzanie, inspirowanie, modernizowanie (też już o tym pisałam). Wielu architektów sądzi, a Gaudi szczególnie to poskreślał, że rozwój architektury okresu gotyku został nagle przerwany, a Gaudi twierdził, że gotyk załamał się na pożałowania godnym renesansie. Zakochany w gotyku tworzył prace wyrzucając i pomijając to, co w tym okresie było dla niego nieistotne.             Wcześniej pisałam, że Gaudi prowadził badania służące projektom, które okazywały się dla ówczesnych ludzi niemożliwe i niewiarygodne. Nie lubił przypór, które we wcześniejszych okresach były często stosowane w budownictwie do podtrzymywania obiektów. Zastępował je innymi konstrukcjami, co było przełomem (wcześniej uważano, że jedynie przypory są w stanie utrzymać budynek). Metoda jego doświadczeń polegała na tworzenie odwróconych modeli projektowanych konstrukcji, podwieszaniu ich do sufitu pracowni. W takich modelach przyszłe słupy i żebra łuków „odgrywane były przez sznurki przymocowane obydwoma końcami do wbitych w sufit haków. Przewidywane obciążenia i naciski konstrukcji naśladowano za pomocą woreczków z piaskiem, przywiązywanych do owych sznurków w odpowiednich miejscach. Mam do siebie ogromną pretensję, bo model takiego modelu widziałam w jednym z muzeów, a nie wykonałam zdjęcia, aby pokazać o co dokładnie chodzi w tych badaniach (wtedy sama nie wiedziałam, czego model ten dotyczy). Zwis każdej sznurkowej pętli układał się według krzywej, obrazującej największą wytrzymałość konstrukcji. Wystarczyło odwrócić uzyskany obraz, aby linie przebiegu sznurków przełożyć na usytuowanie skośnych filarów, podtrzymujących odpowiednio ukształtowane łuki żeber sklepienia.

            Strasznie się rozpisałam i pewnie zanudziłam, ale mnie Gaudi w pewien sposób fascynuje. Dla mnie to genialny architekt. Zastanawiam się, jak wyglądałaby Barcelony, gdyby dłużej żył… Choć pewnie poświęciłby się do końca życia Sagradzie Familii… Ale ciekawe chociaż, jak ona wyglądałaby..

 

18:48, kemotalamot , viejas
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 września 2008
Casa Battlo

Postanowiłam wziąć się w garść. Ostatnio zaniedbałam mój blog i moich blogowych znajomych. Trochę mi wstyd. Mimo wielu przywiezionych z podróży wrażeń, powrotu do pracy i kilku jeszcze innych wydarzeń nie miałam natchnienia do pisania. Ale postanawiam teraz nadrobić zaległości..Więc dziś Katalonia dalej...

Jak już napisałam dla mnie w Hiszpanii wszystko jest sztuką. A jedną z nich bez wątpienia jest niezwykła architektura. Niezwykłe budynki nasycone wieloma detalami, które nadają im wyjątkowego uroku.

Barcelona to secesja i Gaudi (choć czasami Katelończycy sprzeciwiają się pojmowaniu jej tylko jako budynków tego architekta). A Gaudi to dla mnie geniusz. Większość jego budynków utrzymanych jest właśnie w stylu secesyjnym inspirowanym przede wszystkim naturą, ale także łączącym elementy innych stylów architektonicznych. Gaudi tworząc projekty swoich prac dbał o każdy, najdrobniejszy szczegół, dlatego treraz są one niezwykle urzekające.

Antonio Gaudi i Cornet urodził się w 1852 roku w miejscowości El Baix Camp niedaleko Terragony. Od urodzenia był dzieckiem o słabym zdrowiu i męczyły go bezustanne ataki reumatyzmu, co trzymało go z daleka od dziecięcych zabaw i gier i opóźniło pójście do szkoły podstawowej. Jego matka spędziła z nim wiele godzin poświęconych spacerom po wiejskich okolicach i obserwacji natury (co zapewne przyczyniło się do jego późniejszego geniuszu).

Spoglądając wstecz, w stronę swojego dzieciństwa Gaudi, jako dorosły mężczyzna napisał: "Łąki,  donice pełne kwiatów otoczone winnicami i gajami oliwnymi, wiwatujące swoim gruchaniem kurami, śpiew ptaków, bzyczenie owadami i góry Prades na przedmieściach to najprzyjemniejszy obraz natury. Taka natura jest na zawsze moją Mistrzynią i inspiracją".

W tym cytacie można dostrzec, że pierwsze lata życia były decydującym początkiem scieżki prowadzącej do jego niesamowitych, osobliwych i organicznych elementów stylu architektonicznego.

Gaudi w swoich pracach oprócz czerpania pomysłów z przyrody przetwarzał elementy dawnych styli architektonicznych, a także wprowadzał innowacyjne metody i formy. Sięgał przede wszystkim do gotyku zachowując jego symboliczne znaczenie w architekturze. Postanowił doprowadzić do odrodzenia się gotyku, jednocześnie odrzucając to, co w tym stylu mu się nie podobało. Przywracał gotyk zarazem stosując nowe, innowacyjne sposoby architektoniczne.  Prowadził własne, domowe eksperymenty z przenoszeniem cięzarów na różne elementy. W tym celu miał pokój, w którym zawieszone były skomplikowane sieci cieżarków i sznurków. System ten pozwolił Gaudiemu eksperymentować z rozwiązaniami technicznymi i wynajdowanie tych najlepszych bez przeprowadzenia długotrwałych obliczeń ani tym bardziej używania komputerów do wykonywania symulacji wirtualnych.

Casa Batlló (1904-1906)

CASA battlo

CASA battlo

CASA battlo

CASA battlo

CASA battlo

 

CASA battlo

CASA battlo

 Casa Battlo mieści się pod numerem 43 przy Passeig de Gracia. Budynek wpisuje się w "manzana de la discordia", czyli kwartał niezgody, ponieważ należy do wielu architektonicznych stylów.

Właściciel Josep Battlo początkowo planował zburzyć budynek. Dostał taki nakaz od ratusza Barcelony w 1901 roku. Jednak w maju 1904 napisał odwołanie prosząc o zgodę na całkowitą przebudowę domu.

Pierwsze piętro stało się domem pana Battlo i jego rodziny, pozostałe cztery miały zostać przerobione na mieszkania do wynajęcia.

Projekt przebudowy  zawierał patio wewnątrz posesji, zmianę podłóg oraz fasady, wypukły dach i całkowite przekształcenie części mieszkalnej.

Wewnętrzne patio powiększono i pokryto ceramicznymi płytkami zaprojektowanymi przez Gaudiego. Są one granatowe  na dole i stopniowo stają się coraz jaśniejsze aż dochodzą do bieli. Sprawia to, że naturalne światło lepiej i piękniej wkrada się do patia.

Koncepcja Gaudiego dotycząca fasady sprawiła, że budowniczy Jose Bayo nie spał trzy noce i dni aż dporowadził do podtrzymania jej przez nowe, cienkie kolumny wykonane z piaskowaca pochądzącego z pobliskiej góry Montjudic, gdzie zostały przygotowane do zastąpienia oryginalnych przypór.

Okna na głównym piętrze zostały powiększone i ich nowy wygląd przyczynił się do nadania nowemu projektowi Gaudiego przydomka "la casa dels Badalls" - Dom Ziewania. Inna nazwa to  "la casa dels ossos" - Dom Kości (od podobieństwa kolumn do szkieletu).

Na miejscu starych powstały nowe, zagięte balkony ze słynnymi balustradami, których pochodzenie było w różnoraki sposób interpretowane.

Na górze budynku można odnaleźć elementy, które przełamują symetrię fasady. Są to taras i wieża. Początkowo Gaudi chciał umieścić wieżę na środku najwyższej części fasady, ale zrealizaował w innym miejscu, ponieważ zorientował się, że takie rozwiązanie  przyczyniłoby się do "obezwładnienia" stojącej obok Casa Ametller zbudowanej przez Puig y Cadafalch (też piękny budynek, który chciałam zobaczyć - niestety zasłonięty był reklamą i najprawdopodoniej poddawany remontowi) i przyćmiło jej piękno. W związku z tym Gaudi przeniósł wieżę, a po lewej stronie fasady umieścił mały taras. Wieża pokryta jest kawałkami szkła, z wyrytymi monogramami Jezusa, Maryji oraz św. Józefa i otoczona krzyżem w kolorze kości słoniowej, które zostały wykonane na Majorce.

Niezwykły budynek, mi osobiście kojarzy się ze smokiem (choć może gdzieś tak wyczytałam i się zasugerowałam). Jest grzbiet smoka, są łuski, kości, a dolne kolumny to nogi. Więc dla mnie to Dom Smoka lub Dom Dinozaura. Pewne jest to, że Gaudi stworzył robiący ogromne wrażenie inspirując się naturą bądź bajkowymi stworami.

O innych dziełach Gaudiego w kolejnych wpisach... Chcecie?

 

18:36, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (4) »
piątek, 29 sierpnia 2008
Odłamki
Tak, jak na swoim blogu napisała Galapagos, tak i ja po moim powrocie z mojego raju, ukochanego miejsca wszędzie wokół poszukuję kawałków, odłamków Hiszpanii. I nie mogę włąsciwie nawet najmniejszego nigdzie odnaleźć... Wczoraj byłam na spacerze warszawskiem. Na Krakowskim Przedmieściu i Stary Mieście. Miejsca, które jeszcze niedawno, przed wyjazdem lubiłam teraz mnie odpychają. Czułam pustkę, wydawało mi się, że Warszawa to nieżywe miasto. Nie podobają mi się budynki, nie pasują mi tutejsze knajpki i kawiarnie, jest drętwo, sztywno i nudno... Nic się nie dzieje, ludzie są szarzy, a wszystko spowija jedna wielka nijakość... Rynek na Starym Mieście wypełniony jest kawiarniami i restauracjami, ale panuje tam mdła cisza, nie ma gwaru, mimo, że każdy ogródek jest wypełniony ludźmi... Oj, ciężki jest powrót do Polski... A najgorsze jest poczucie, że lubiłam wcześniej Warszawę, umiałam dostrzec jej uroki i piękno.. A po kolorowej Barcelonie, w której na każdym kroku coś się działo, wszędzie czekała na mnie przygoda i niespodzianka jest mi tu źle.... Mam nadzieję, że to uczucie i gorycz niebawem minie i będzie mi znowu dobrze, jak u siebie, ale chyba potrzeba czasu... Jak już tak będzie wtedy zacznę dostrzegać choć drobne odłamki mojego miejsca na świecie....
21:24, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (3) »
Pierwsze zetknięcie

Pierwsze zetknięcie z Barceloną było dla mnie koszmarne, prawie chciałam wracać i czułam się załamana.

Wyszliśmy z lotniska i przywitał nas okropny skwar i duchota. Nie było czym oddychać. W dwie minuty byłam cała mokra z gorąca. Po locie i od pogody momentalnie zaczęła bolić mnie potwornie głowa.

Udaliśmy się na przystanek na którym czekał na nas specjalny autobus zawożący pasażerów z lotniska do centrum (Placa de Catalunya), który wywarł na mnie, jak mało co tego dnia pozytywne wrażenie. Kierowca wpuszczał do środka tyle osób, że zajmowały one 1/4 miejsc siedzących, podjeżał pod kolejne terminalne, tak, że dopiero przy ostatnim wszystkie fotele były zapełnione. Autobusy te podjeżdżały jeden za drugim, miały dużo miejsca na walizki i dodatkowo specjalne półki bagażowe. Ponadto, aby dostać się do Centrum można wybrać metro, specjalną kolejkę, bądź oczywiście taksówkę. Do wyboru, do koloru. Poczułam się tak, jakby Barcelona na mnie czekała (nasunęło mi się od razu porównanie z polskimi warunkami i dwoma zwykłymi, miejskim autobusami, zawsze obładowanymi do granic możliwości, z małą ilością przestrzeni na bagaże jako jedyną z dwóch form dojazdu do lotniska - ach...)

Gdy dotarliśmy bezproblemowo do Placa Catalunya mnie głowa nadal bolała, nadal było parno, a do tego poczułam ogromny głód i ujrzałam tysiące ludzi, skuterów i motorów, co napawało mnie lekką trwogą. Tam wsiedliśmy do taksówki, która zawiozła nas pod hostel, w którym mieliśmy spędzić dwa tygodnie! Nie był on daleko ustytuowany, ale tylko z pomocą mapy i z ciężkimi bagażami, głodem i bólem głowy ciężko byłoby się tam dostać. Pod hostelem spotkaliśmy się z Joanem, który pokazał nam pokój, ustaliliśmy wszystkie szczegóły pobytu (przez pierwszą połowę miała nas być dwójka, w drugiej - czwórka). Wzieliśmy prysznic, rozpakowaliśmy się i ruszyliśmy w poszukiwaniu knajpy, w której moglibyśmy coś zjeść. Nasz hostel usytuowany był na Starym Mieście, więc w jego obrębie staraliśmy się coś znaleźć. Było duszno, śmierdziało sikami, były tłumy ludzi (sierpień to najgorszy miesiąc na zwiedzanie Barcelony), nie mogliśmy znaleźć żadnego miejsca (co jest dziwne w mieście kawiarń i knajp), które odpowiadałoby nam, z trudem znaleźliśmy aptekę (w celu zakupienia proszka od bólu głowy). W aptece... Katalonka nakrzyczała na nas (szczególnie na mnie), że źle stanęliśmy w kolejce i rzekomo kładłam się jej na plecach. Słowa na mój temat chyba przez 5 minut produkowała w kierunku biednej farmaceutki. No, ale cóż... Każdy czasem ma zły dzień...

Gdy już zjedliśmy, głowa przestała boleć, zbliżał się wieczór poszliśmy w kierunku Portu Vell, gdzie było całkiem przyjemnie. Spacerowaliśmy, znaleźliśmy przyjemną knajpkę i miło gawędziliśmy o wszystkim i o niczym... Dość wcześnie wróciliśmy do hostelu, gdyż byliśmy bardzo zmęczeni. Położyliśmy się spać, ale to była baaardzo ciężka dla nas noc. Na przeciwko hostelu znajdowała się Taberna. Klienci mogli stać na zewnątrz niej, przez okno zamawiać trunki i rozmawiać ze sobą i barmanem. My mieliśmy zamknięte okna, byliśmy na trzecim piętrze, a krzyki dochodzące z taberny nie dawały nam spać!!! Co przysnęłam budziłam się. Ok. 3 w nocy taberna zamknęła swe podwoje. Była cisza przez jakieś ... 15 minut. Do mementu powrotu Hiszpanek do pokoju obok, którym zachciało się plotkować... Opowiadały sobie coś niezwykle żywo i głośno... Gdy wreszcie zamilkły usnęliśmy i spaliśmy do rano...

Następny dzień już całkowicie odmienił moje myślenie o Barcelonie... Nie było aż takiego skwaru, nie śmierdziało sikami, nie bolała mnie głowa, zjedliśmy różne pyszności, zobaczyliśmy różne piękności, tylko ta Taberna.... Ale to już opowiem innym razem... ;)

taberna

Na zdjęciu: widać Tabernę, która nie dawała mi spać oraz bawiące się dzieci, które obserwowałam przez chyba godzinę... Na Starym Mieście nigdzie nie ma kontenerów na śmieci, więc mieszkańcy śmieci wynoszą przed dom. Dzieci znalazły kartony i zbudowały sobie statek, który był chyba z dziesięć razy przebudowywany. Poza tym głośno krzyczeli (jak na piratów przystało), a ojciec średnio się nimi przejmowała. Ciekawa to była scena. Tu ktoś podjechał rowerem, zabrał chłopców na przejażdżkę. Ktoś przeszedł, podniósł ich do góry. Jeszcze ktoś inny wskoczył do statku i chwilę się z nimi pobawił. To pierwsza kwintesencja Hiszpanii ;)

20:44, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (2) »
środa, 27 sierpnia 2008
W Hiszpani....

W Hiszpanii, jaką znam wszystko jest sztuką. Poczynając od krojenia w supermarkecie szynki Serrano w cieniutkie niczym pergamin plasterki przez ułożenie owoców i warzyw ( a także innych specjałów, takich jak orzechy, kandyzowane owoce, słodkie łakocie, owoce morza) w Mercat de la Boqueria, ułożenie kostek chodnikowych wokół Passeige de Gracia, ozdobienie ulic z okazji Festa de Gracia, przez niezwykłe parki, sztukę kulinarną, a kończąc na niezwykłych budynkach głównych architektów Barcelony – Antonio Gaudiego, Lluisa Domenech i Montanera, Josepa Puig i Cadafalcha oraz dziełach malarzy tworzących w Barcelonie (przede wszystkim Picassa i Dalego). Ale sztukę, którą do perfekcji opanowali Katalończycy (i Hiszpanie w ogóle) i którą mam zamiar inspirować się w życiu jest sztuka życia, cieszenia się nim, radowania i świętowania każdego dnia. Zazwyczaj widywany Katalończyk jest rozgadany, roześmiany (nawet kelnerka, która jest po 8 godzinach pracy), czerpiący z życia to, co najlepsze, cieszący się z najdrobniejszych przyjemności. Gdzieś słyszałam, że chwaląc się przed innymi Hiszpan nie mówi o swoim samochodzie, domu czy innym materialnym aspekcie życia, a opowiada o tym, co zjadł, co zobaczył, gdzie był i co zwiedził. Dla Katalończyka ważna jest rodzina, przyjaciele. Nieraz na ulicy widziałam trzy pokolenia razem spacerujące i śmiejące się. Osoby niepełnosprawne także w Hiszpanii można ujrzeć w pogodnych nastroju, są widoczne w społeczeństwie, w muzeach, parkach, galeriach, nie są odseparowane od innych. Starsze osoby, często widać schorowane potrafią dostrzec radosną stronę życia… Taki obraz Hiszpanów przywiozłam z podróży i chcę przenieść go na osobisty grunt. Raz jeden zdarzyło mi się być źle potraktowana przez Katalonkę, wina leżała po mojej stronie, ale ona trochę wyolbrzymiła całą sprawę, ale przecież każdy czasem ma gorszy dzień i mimo incydentu zapamiętam Hiszpanów bardzo pozytywnie, jako ludzi uśmiechniętych, uprzejmych, pomocnych, szanujących innych, rozgadanych.

La Bouqueria

Mercat la Bouqueria to najstarszy w Barcelonie targ powstały ok. 1200 r. jako targ na wolnym powietrzu. To było moje pierwsze zetknięcię się z niesamowitą sztuką ułożenia produktów spożywczych w sposób tworzący niezwykle barwny obraz, noczym mozaiki w Parku Guell ;)

Na targ tłumnie zjeżdżają turyści i miejscowi w poszukiwaniu najświeższych warzyw i niezwykłych owoców

http://www.boqueria.info/Eng/index.php

http://www.boqueria.info/Eng/index.php

http://www.boqueria.info/Eng/index.php

http://www.boqueria.info/Eng/index.php

Historia targu znajduje sie tu

18:03, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 25 sierpnia 2008
P.S.
P.S. Jedyne w tej chwili z czego się cieszę, to to, że mam tyle do czytania na Waszych blogach! ( Czy z tym "to to" dobrze napisałam? ;) )
23:10, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2