;
wtorek, 31 sierpnia 2010
Okno

Ja naprawdę lubię takie dni, jak ten którry właśnie przemija ;)

deszcz

Tagi: deszcz
23:04, kemotalamot , dolce far niente
Link Komentarze (5) »
piątek, 14 maja 2010
rowery i Prenzlauer Berg

Berlin to miasto rowerów, nie jest ich tam tak wiele jak w Amsterdami, ale jest ich napewne duuuuuużo. To miasto dla mnie pod kolejnym względem;) :

 

 

W Berlinie mieszkaliśmy w dzielnicy Prenzlauer Berg. Mogłabym chyba w niej zamieszkać na dłuższy czas. Zauroczyła mnie. Czytałam, że dzielnica staje się coraz bardziej „trendy” i turystyczna, lecz w jej przypadku absolutnie mi to nie przeszkadza.

Prenzlauer Berg wypełniają kamienice zbudowane przede wszystkim w końcu XIX wieku, kiedy to zaczęto tworzyć budynki zwane „czynszowymi koszarami” z przeznaczeniem dla robotników. Były to zwykle ciasne dwupokojowe mieszkania. Kamienice posiadały pośrodku niewielki dziedziniec obsadzony drzewami ( mieszkaliśmy w takiej kamienicy, miała ona podwórko pośrodku,  a także piękne wysokie okna). Początkowo była to najuboższa część Berlina, lecz zarazem najgęściej zabudowana i zaludniona.  W czasie Drugiej Wojny Światowej niewielka część zabudowy dzielnicy została zniszczona, szczególnie w porównaniu z innymi częściami Berlina. W latach powojennych dzielnica długo nie cieszyła się popularnością, wszelkie siły i pieniądze przeznaczane były na rozbudowywanie i odnawianie innych części miasta. Wiele kamienic zaczęło się „sypać” i straszyć wyglądem przechodniów. Do dziś w bocznych uliczkach dzielnicy można odnaleźć stare, nieodnowione domy dające wyobrażenie dawnego Berlina. Byliśmy przy takim budynku. Dotarliśmy do starego, nieodnowionego podwórca berlińskiego. Niegdyś w kamienicy okalającej owe podwórko mieściła się żydowska szkoła dla niewidomych. Obecnie jest tam kino oraz knajpka. Niesamowite wraenie zrobiła na mnie kamienica. Odpadający ze ścian tynk, cegły pokryte graffiti, unoszący się zapach stęchlizny (który mi się podobał), rozpadające się okna. Ileż historii ludzkich, ileż dramatów uświadczyły te mury.  W bramie obok tego starego, zaniedbanego podwórka mieści się inny dziedziniec. Pięknie odrestaurowany, świetnie zachowany, chyba najbardziej elegancki w Berlinie. Wokół niego ulokowały się wytworne butki oraz drogie restauracje. Szczególnie podobała mi się mieszcząca się przy nim klatka schodowa z uroczo wijącymi się schodami i pięknymi poręczami. Niezwykły kontrast dwóch podwórek, dwóch światów, dwóch Berlinów, Ja wybieram ten pierwszy, bardziej naturalny, pachnący historią, wywołujący dreszczyk emocji oraz budzący moją ciekawość.

Gdy upadł mur berliński w mieście nastąpiły masowe przeprowadzki. Ludzie poczuli wolność, mogli przemieszczać się bez problemu z jednej częśći Berlina na drugą. Młodzi zainteresowali się dzikim Prenzlauer Berg, rdzenni mieszkańcy dzielnicy poszukiwali bardziej komfortowych warunków życia (bloków), a ponadto uciekli przed zalewem nowych mieszkańców dla których Prenzlauer Berg wydał się tak interesujący (nastąpował on głównie po 1993 roku).  Zaczęto dostrzegać dzielnicę i ją modernizować. Remontowano, przebudowywano, unowocześniano.  Stale przybywało nowych mieszkańców, którzy zaczęli tworzyć parki, skwery, ogródki. Jednym słowem – Prenzlauer Berg stawał się coraz przyjaźniejszym miejscem. Wiele osób działało społecznie chcąc mieszkać w przyjemnym, zadbanym i przyjaznym rodzinom miejscu.

W Prenzlauer Berg jest cała masa uroczych kawiarenek, sklepików z rozmaitymi przedmiotami. Klimat tej dzielnicy jest niesamowity. Z przyjemnością obserwowałam odpoczywające w parkach rodziny, zaglądałam w okna berlińskich przedszkoli (skrzywienie zawodowe). Podobali mi się rodzice zawożący rowerami swoje pociechy do przedszkoli (wnioskuję tak po obserwacji dokonanej we wtorkowy poranek). Prenzlauer Berg określany jest „stolicą niemieckiej rozrodczości”. Wskaźnik urodzeń jest tu bardzo wysoki w porównaniu z innymi miejscami w Niemczech. Skąd bierze się ten fenomen? Być może z dużej ilości żłobków (także prywatnych), być może z dużej popularności zatrudniania tu opiekunek do dzieci (z różnych stron świat), być może dłuższe godziny pracy tutejszych przedszkoli, a być może wręcz luksusowe warunki „domów rodzenia” w których rodzące kobiety traktowane są z należną godnością i szacunkiem. Ponadto w Prenzlauer Berg młode mamy mogą uczęszczać na rozmaite zajęcia (np. zajęcia z chóru, pływania, gimnastyki)  wraz z dziećmi i nikt nie skrzywi się na dźwięk głośnego płaczu maleństwa. W dzielnicy mieści się masa kawiarni otwartych dla rodziców z dziećmi ( co ciekawe w Prenzaluer Berg powstała także kontrowersyjna kawiarnia „wolna od dzieci”); są sklepy dla dzieci (kilka przecudnych widziałam, miałam ochotę wykupić calutki asortyment) i matek. W Berlinie polityka prorodzinna zapewnia 14 miesięcy płatnego urlopu macierzyńsko-tacierzyńskiego (tzn miesiące te można rozdzielić między dwoje rodziców; urlop nie jest pełnopłatny). Rodzicom przysługuje dodatek rodzicielski. Otrzymują miesięcznie 150 euro na każde dziecko do ukończenia przez nie 18 roku życia. Jeszcze niedawno w Niemczech likwidowano przedszkola z powodu hałasu z nich wydobywającego się (na który skarżyli się sąsiedzi). Powstało nawet określenie na dziecięce hałasy – kinderlaerm. Obecne przepisy przeciwdziałają takim sytuacjom przez określenie halasów tworzonych przez dzieci jako niezaprzeczalnych wskaźników prawidłowego rozwoju dziecięcej osobowości.W Prenzlauer Berg ponadto jest sporo parków, a także placów zabaw. Nic, tylko przenosić się do Berlina i rodzić dzieci! Czuję się mocno skuszona ;)

Dla wielu Prenzlauer Berg jest miejscem bardzo snobistycznym, w którym żyją przede wszystkim osoby mające „wolne zawody”, dobrze sytuowane, mogące pozwolić sobie na nieśpieszny tryb życia, lubiące ekologiczne produkty (biomarketów jest tu pod dostatkiem - znów coś dla mnie), robiące zakupy w małych, lokalnych sklepikach.  Złośliwi określają Prenzlauer Berg jako wzgórze ciążowe. Mieszkańcy innej berlińskiej dzielnicy – Charlottenburga (zamieszkałej głównie przez starsze osoby)  jako główną zaletę swojego miejsca zamieszkania nieraz podają „wolność od wózków”. Niektórzy twierdzą, że Prenzlauer Berg jest zamkniętą społecznością w której rodzą się dzieci, ale nie wszyscy dobrze się w niej czują. Kobieta bezdzietna może czuć się tu gorzej. Nie bez echa obyło się utworzenie w Prenlauer restauracji zabraniającej przyprowadzania do niej dzieci. Niektórzy twierdzili, że to świetne miejsce, które w  dzielnicy jako jedyne nie dyskryminuje osób nie mających dzieci i dające okazję do wypicia kawy czy zjedzenia śniadania w spokoju, bez konieczności wysłuchiwania płaczu dzieci. Rozumiem argumenty obydwu stron, lecz osobiście miałabym ochotę przez jakiś czas pomieszakć w Prenzlauer Berg.

Kolejna dawka migawek z Berlina:

 

 

 

 

 

 

 

poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Jest i wiosna!

Mój wiosenny cel: oswoić aparat, aby te zdjęcia były doskonalsze (ja nie wiem dlaczego, ale widzę, że blox zniszczył jakość niektórych z tych nich).

I w końcu oczyścić obiektyw, aby pozbyć się tej wstrętnej plamki widocznej na niektórych zdjęciach:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Co jecie dziś na swój wiosenny obiad??

piątek, 05 lutego 2010
Moje zima.

 

 

sobota, 24 października 2009
A jakie są Wasze ulubione gazety?

 

 

 

wtorek, 29 września 2009
Tu zaszła zmiana..

 

No, nic zmykam na razie. Najlepsze jesienią, gdy nadchodzi taki dzień jak ten mam całą masę czasu, aby odwiedzić Was na blogach, co za chwilkę z przyjemnością uczynię!

wtorek, 18 sierpnia 2009
Powrót


porót


Uwielbiam powroty. Powroty do tego, co mi znane i pewne. Do miejsc w których czuję się bezpiecznie i gdzie widzę znane i kochane mi twarze. Do ulubionych zapachów i smaków. Do własnej, mięciutkiej pościeli i najwygodniejszego na  świecie łóżka. Do wykreowanych przeze mnie rytuałów. Choć nie wszystkie powroty początkowo są łatwe. Najgorsze są powroty z podróży, kiedy to tęsknie za miejscami w których byłam i do których zdążyłam się przyzwyczaić. Jednak po chwili, która czasem trwa kilka dni cieszę się mogąc uporządkować w głowie zdobyte podróżnicze doświadczenia, przeglądać przywiezione zdjęcia i pamiątki (w tym roku to przede wszystkim przyprawy z których korzystam w mojej kuchni za którą tak bardzo tęskniłam), czytać o miejscach, które odwiedziłam i rozmyślać, ile miałam szczęścia mogąc być tam, gdzie byłam..  No, ale nie o powrotach z podróży miało być! Chciałam się przywitać ze wszystkimi po długiej, blogowej nieobecności. Przestałam pisać, gdyż najpierw w moim życiu zapanowało trochę zamętu, doszło do wielu zmian i z braku czasu i miliona spraw na głowie nie miałam kiedy pisać.. Zaglądałam stale na Wasze blogi, lecz nie zostawiałam po sobie śladu w postaci komentarza, gdyż co przysiadłam do komputera uświadamiałam sobie, że mam jeszcze wiele innych rzeczy do zrobienia i załatwienia. Gdy już trochę się w moim życiu uspokoiło i uładziło ciężko było mi przysiąść do komputera i pisać, gdyż zupełnie się od tego odzwyczaiłam..

A teraz wracam, a ten powrót to właściwie tak samo jak początek blogowania, więc pewnie nie będzie łatwo, lecz chciałabym pisać o tak wielu sprawach, które widziałam i przeżyłam w przeciągu ostatnich miesięcy, więc mam nadzieję, że tematów mi nie zabraknie!!!Oj, stęsniłam się za Wami!

powrót


P.S. Chciałam wkleić  obraz związany z tematem powrotów, lecz nic interesującego nie znalazłam. Może Wy jakiś znacie?

wtorek, 27 stycznia 2009
Powspominajmy...

Hity ostatnich dni.

Tata Filipa najchętniej czyta książki będąc w toalecie (uważajcie mamusie i tatusiowie – dzieci powiedzą wszystko! Żebyście wiedzieli, co o Was wiem ;) )

Pytam dziś dzieci (odnośnie pewnej zabawy), czy wiedzą, co to są Łazienki i czy kiedyś w nich były. Na to Kamilka: „Tak! To ten park, w którym jest dużo wiewiórek!”

Mamy czasem taką zabawę, że mówię do dzieci „Pomachają do mnie dzieci, które… (np umyły rano zęby, lubią truskawki itp.). Czasami inicjatywę przejmują dzieci i przedstawiają swoje pomysły na to, kto ma do nich pomachać. Karolina: „Pomachają do mnie dzieci, które lubią lepić ze śniegu bałwana”; Paulinka: „Pomachają do mnie dzieci, które lubią lepić ze śniegu bałwana” (machają wszystkie dziewczyny oraz Hubert – dziewczyny bardziej zainteresowane są tematem wiewiórek – a sama ciekawa jestem ile z nich ile razy w swoim życiu lepiło śniegowe wiewiórki.)

Ostatnio wróciła jak bumerang mania przyklejania plastrów. Dzieci wyszukują sobie najmniejszych zadrapań, ranek, „wywiniętych” skórek tylko po to, aby przyjść do mnie i poprosić o plaster. Co to za pomysły?

Bardzo mnie martwi, bo kilka dziewczynek – grupowych gwiazd socjometrycznych podczas tzw zabawy dowolnej przygotowuje koncert śpiewając piosenkę Dody. „Nie daj się ludzie niech swoje myślą, Nie daj się ,Z diabłem do piekła wyślą. Nie daj się, warto być zawsze tylko sobą”. W zabawy dzieci staram się nie ingerować, ale pani, której piosenkę wykonują nie trawię, więc co tu robić…

 

            Pracuję z dziećmi i nieraz zastanawiam się, jaka byłam w ich wieku. Niby jakieś pojęcie mam, ale na pewno nie pełne. W przedszkolu byłam bardzo wstydliwa, nie lubiłam publicznych występów, zgłaszania się, wychodzenia przed grupę. Na pewien bal karnawałowy mama uszyła mi piękny strój cyganki, do czerwonej apaszki przyszyła wykonane z wełny warkocze. Ja byłam do tego stopnia nieśmiała, że słowem nie odezwałam się, gdy pani ową chustkę przewiązała mi w pasie zamiast na głowie… Mama zobaczyła to później na zdjęciu i miała mi trochę za złe, że nie zwróciłam nauczycielce uwagi.

 Byłam wstydliwa, ale na pewno nie byłam aniołkiem. Kiedyś w przedszkolu ukradłam koleżance piękne buciki dla lalki Barbie. Ale nie byłam pomysłową i wyrafinowaną złodziejką, gdyż kradzież ukryłam na własnej półce, na której trzymałam prace przedszkolne i inne szpargały. Mój czyn szybko się wydał, nie pamiętam reakcji pani, ale wiem, że koleżanki przez pewien czas mówiły na mnie kradziejka.

W przedszkolu miałam niewiele koleżanek. Najlepszą była Kasia, którą wszyscy nazywali szmata. A to dlatego, że uwielbiała kłaść się na podłodze i jeździć po całej sali wycierając cały brud i kurz. Nikt jej nie lubił, a ja bardzo chętnie bawiłam się z nią.

Uwielbiałam przedszkolne śniadania, a zwłaszcza, gdy podawano kanapkę z …. jabłkiem (teraz bleee).

Pamiętam, że jedna z pań w przedszkolu była moją idolką,  drugiej – bardzo nie lubiłam. Do przedszkola przynosiłam ulubioną lalkę dla której mama uszyła mi śliczną koszulę nocną w różowe kwiatki. Zakładałam ją lalce, gdy zaczynało się leżakowanie, kładłam na poduszce obok mojej głowy i miałyśmy słodko spać po obiedzie. Ta druga pani zawsze zabierała mi tą lalkę, a oddawała dopiero, gdy wychodziłam do domu.. Nie mogłam jej tego wybaczyć i dlatego nie darzyłam sympatią. Nie pamiętam, czy lubiłam leżakować czy nie. Większość dzieci, zwłaszcza na samym początku uczęszczania do przedszkola nie znosi spać w nim. Spanie kojarzy im się z nocą i dlatego śpiąc w przedszkolu myślą, że jest już noc, a rodzice zostawili je przedszkolu aż na dwa dni! (cóż za marna ta moja stylistka – ale mam nadzieję, że rozumiecie o co chodzi..).

Pamiętam także ogródek przedszkolny. Jak każde dziecko bardzo lubiłam spędzać w nim czas. Była tam niewielka górka, a za nią pełno było ślimaków – wszyscy uwielbiali tam chodzić zafascynowani tymi  mięczakami , a ja ich nie znosiłam i za górkę nie chodziłam. W ogródku miałam też kiedyś bardzo przykre zdarzenie. W czasie zabawy w berka przewróciłam się na asfalcie i miałam po tym bardzo starty (do czerwoności) policzek. Byłam wtedy w ulubionej sukience, której po tym dniu znienawidziłam.

Mam jeszcze jedno przykre przedszkolne wspomnienie. Pamiętam, że pewnego dnia po przedszkolu biegałam w bluzce i  białych rajstopkach. W pewnej chwili podczas zabawy poczułam, że bardzo chce mi się siku, zaczęłam biec do łazienki i niestety nie zdążyłam…

Mam niewiele wspomnień z okresu przedszkola, a jak widzicie –są one przykre i właściwie uświadamiam sobie, że nie mam żadnej przyjemnej i radosnej reminiscencji z tamtego czasu. Mam nadzieję, że dzieci z mojej grupy będą mnie miło wspominać i  czas spędzony w przedszkolu jako jeden z lepszych w ich życiu ;)

A Wy jakie macie wspomnienia z przedszkola?? Może przeciwnie do mnie pamiętacie coś super przyjemnego?

P.S. Jeśli mi się uda, to jutro wstawię kilka moich przedszkolnych zdjęć

wtorek, 06 stycznia 2009
Brenna i okolice

                              zima 

Wyjazd był bardzo krótki, ale niezwykle odświeżający. Czułam mroźne, czyste, pięknie pachnące powietrze w płucach, starałam się je wdychać jak najmocniej, najzachłanniej, najwięcej. Chciałam uzupełnić jego zapasy na kolejne dni. Powietrze w górach pachnie czystym śniegiem, drzewem palonym w domowych kominkach, grzanym winem, gorącą herbatą i żurkiem. Powietrze w górach jest lekkie i oczyszczające.

Cieszyłam wzrok pięknymi widokami. Wszędzie było śnieżnie biało, przejrzyście i ślicznie. Czułam się  trochę jak królewna w najpiękniejszej krainie śniegu.

                        brenna

                           W Ustroniu oprócz spacerowania odwiedziłam świetny second hand ;)

 

 

Kiedyś nienawidziłam zimy. W tym roku ją pokochałam. Nadal nie znoszę zimy na przystankach autobusowych, a także gdy zapomnę zabrać rękawiczek z domu lub gdy mam przemoczone buty. Nadal jestem ciepłolubna, lecz coś się we mnie zmienia w postrzeganiu i przeżywaniu tej srogiej pory roku.

                           cieszyn

                                                                           Spodobała mi się mała, cieszyńska Starówka.                                                  beskid    

                                

 Podczas wyjazdu dowiedziałam się, a raczej potwierdziłam , że jestem czasem wielką panikarą, że boję się wielu rzeczy. I jest we mnie wiele sprzeczności. Na wiele zdarzeń macham lekceważąco ręką, gdyż uważam, że drobiazgami nie należy się przejmować, a zarazem w niektórych błahych sytuacjach moje emocje wybuchają ze zdwojoną siłą.

Podczas wyjazdu uzależniłam się od żurku. Stale mam na niego ochotę i mogłabym go jeść codziennie.

Poza tym uznałam, że chciałabym mieć w moim mieszkaniu podgrzewaną podłogę w łazience.

Chciałabym nauczyć się jeździć na snowboardzie, grać w więcej gier planszowych i czytać więcej książek (to ostatnie bardzo zaniedbuję

                         

 

                         

 

Uwielbiam odkrywać mój kraj. Są w nim naprawdę cudowne miasta i miasteczka, często zapomniane. Cieszyn i Skoczów to dwa miasta w Beskidzie Sląskim, które są niezwykle urokliwe. Uśpione, spokojne, pełne cudownych detali. Wiele mogłabym im zarzucić, do najróżniejszych elementów odnieść się negatywnie, ale staram się widzieć to, co dobre. A jaka to przyjemność, gdy odkryje się coś pięknego i niezwykłego, często nieoczywistego. Zdecydowanie większa niż obserowanie tego, co na pierwszy rzut oka jest cudne, a czasem wręcz idealne. Poza tym w górach spotkałam wiele cudownych ludzi - sympatycznego Pana Kapustkę, panią z second handu, która chwaliła wybrane przez mnie ubrania, pomocną sprzedawczynię miodów i cudowne sprzedawczynie z cukierni. Już nie mogę się doczekać kolejnej takiej wyprawy.. Na jednym ze zdjęć jest ciasto. To Balbina.  Jestem estetką, dlatego w niej zakochałam się od pierwszego wejrzenia i nie mogłam się oprzeć, aby nie kupić  w jednej z ustrońskich cukierni.  Zjadłam ją już w domu, w Warszawie. Posmarowaną miodem malinowym, także zakupionym w Ustroniu. Była pyszna i czułam w niej śnieg z krystalicznie cudownych i świeżych polskich gór.

 

                         

 

                         

 

Obejrzałam wreszcie „Złe wychowanie” Almodovara. I zrobiło na mnie ogromne wrażenie.

                                              

 "Złe wychowanie" przyprawia o zawrót głowy swą scenariuszową i montażową precyzją, przypominał mi układankę, w której najróżniejsze klocki, często z pozoru należące do zupełnie innego kompletu, dają w efekcie, jeden czytelny znaczeniowo i głęboko poruszający obraz. W trakcie oglądania nie tylko nie wolno przerwać ani rozmawiać z towarzyszącymi osobami, ale trzeba maksymalnie skupić uwagę na ekranie i opowiadanej historii. Reżyser zmienia bowiem swobodnie struktury czasowe, część zdarzeń rozgrywa się w rzeczywistości, część jest wspomnieniem, wyobrażeniem lub kreacją artystyczną, część może zmyśleniem lub zwykłym kłamstwem.  

Hmm, mam problem z krótkim opisaniem fabuły filmu. Czy mam to czynić chronologicznie, tzn. od lat sześćdziesiątych, kiedy w klasztornej szkole spotkało się i zakochało w sobie dwóch chłopców, Ignacio i Enrique, i gdy w Ignaciu zakochał się także ich nauczyciel, ksiądz Manolo, wywierając zgubny wpływ na dzieci? Czy zgodnie z akcją filmu, kiedy w latach osiemdziesiątych do Enrique, sławnego już reżysera, przychodzi aktor Angel, dawny Ignacio, ze scenariuszem filmu  opowiadającym o szantażu, jakiego transwestyta Zahara, onże Ignacio, dopuszcza się na księdzu Manolu? Czy może od wyjaśnienia, że Angel to naprawdę Juan, udający swego nieżyjącego już brata Ignacia, kochanek pana Berenguera, dawnego ojca Manolo, który porzucił stan kapłański, i reżysera Enrique, zabójca swego brata i cyniczny karierowicz?  To tylko streszczenie jest tak skomplikowane i nieprawdopodobne, w filmowym opowiadaniu wszystkie wątki logicznie z siebie wynikają, uzupełniają się wzajemnie i nigdy nie tracą sensu, znakomicie prowadzone precyzyjnym montażem i wystudiowanymi kreacjami aktorów.

  Można też prbować opowiedzieć, a może zrozumieć "Złe wychowanie", przedstawiając osobne historie czterech jego bohaterów: Ignacia, Enrique, Juana-Angela i księdza Manola-pana Berenguera. Bo to film wyłącznie o mężczyznach, którzy kochają się, pożądają, nienawidzą, upokarzają i zabijają. Tylko na moment pojawiają się w nim dwie stare kobiety, obie bardzo typowe dla stylu Almodóvara, nadopiekuńcza matka i groteskowa ciotka. "Złe wychowanie" to film gejowski "tout court", wyrastający z homoseksualnej wyobraźni i zmysłowości jego autora, obcy dla kobiet i heteroseksualistów, ale równocześnie fascynująco odkrywczy, śmiały i komunikatywny. Na pewno także ekshibicjonistyczny. Miałam wrażenie, że oglądając go, przekraczam granicę prywatności artysty i psychicznych barier bohaterów, że z niezwykłą odwagą i bolesną determinacją odsłaniane są przede mną  pierwotne ludzkie instynkty, nagłe zauroczenia, mroczne pragnienia, destrukcyjne namiętności, zgubne ambicje. I oczywiście miłość, namiętna i bezbronna, ciągle narażona na zniszczenie, ale jednak trwała i na zawsze piętnująca ludzi.  
 
 
  

piątek, 02 stycznia 2009
Śnieżny detektyw

AAAA... To była całkiem spontaniczne decyzja. Zaskakująca i niespodziewana. Takie są najlepsze.

Wyjeżdżam w poszukiwaniu śniegu!

Choć dziś w Warszawie jest pięknie i śnieżnie, to jadę tam, gdzie liczę widzieć tylko białe pola, białe krajobrazy, czapy śniegu na dachach domów, na dachach przystanków, na dachach śmietników!Chce mocno zmarznąć, tak że będzie mi się wydawało, że z zimna odpadnie mi nos, przedzierać się przez góry śniegu, wejść do ciepłej karczmy pachnącej drewnem palonym w kominku, zamówić placewk po cygańsku i grzane wino i  ogrzewać się kojącym towarzystwem najbliższych osób!

Szkoda, że nie mam sanek - może gdzieś po drodze uda mi się kupić ;)

 

wtorek, 30 grudnia 2008
3...2...1...Szczęśliwego Nowego Roku!

10..9..8…7…6…5…4…3…2…1! SZCZĘŚLIWGO NOWEGO ROKU!

Już prawie odliczmy do końca 2008 roku! Minął on mi w mgnieniu oka, sama nie wiem kiedy. Ciekawe, jaki będzie dla nas wszystkich przyszły, zbliżający się wielkimi krokami rok 2009..

Koniec roku to czas podsumowań. Widziałam, że już na niektórych blogach owe podsumowania pojawiły się, więc ja również wykorzystam okazję i w skrócie opiszę moje przemyślenia dotyczące dotychczasowych 364 dni 2008 roku.

W mijającym roku założyłam blog, w którego pisaniu niestety nie jestem szczególnie wytrwała, ale liczę, że się to zmieni. Uwielbiam zaglądać na Wasze blogi, dowiadywać się, jakie zmiany u Was zaszły, co widzieliście, czytaliście, przeżyliście i zawsze podczas otwierania Waszych stron z niecierpliwością oczekuję nowych wpisów. Cieszę się, że blog dał mi możliwość poznania tyle fantastycznych osób i po raz kolejny obiecuję sobie być mniej leniwa i dzielić się częściej z Wami moimi myślami, doświadczeniami, przeżyciami, czasem niepokojami.

Kolejny rok mojej pracy utwierdza mnie w przekonaniu, że chcę nadal pracować z dziećmi. Sprawia mi to radość, wydobywa ze mnie ogromne pokłady optymizmu i daje wiele satysfakcji. Nie jestem zadowolona z miejsca mojej pracy. Bardzo lubię dzieci, z którymi prawie codziennie spędzam masę czasu, mam świetną grupę. Wiem, że jestem przez tych rozbrykanych sześciolatków lubiana, a także sama siebie lubię jako nauczycielkę (choć nie idealizuję – zdarzają się momenty zniecierpliwienia, gdy dzieci mnie denerwują i nie ukrywam, że czasem moje nastroje wpływają na zachowanie wobec nich. Oczywiście nie przybiera ono wtedy formy agresji czy nienawiści, ale jestem na pewno wtedy mniej sympatyczna. Jestem tylko człowiekiem i takie chwile pewnie przytrafiać będą się zawsze. Bardzo z tym walczę, jestem tego świadoma i dzieje się to coraz rzadziej.). Lubię dzieci zaskakiwać, stawać się dla nich swojego rodzaju autorytetem (nierzadko większym od rodziców), ale zarazem bawić się z nimi (ale gdy jest tzw zabawa dowolna rzadko kiedy w nią ingeruję, nawet gdy dochodzi podczas niej do konfliktów- jestem zdania, że dzieci muszą uczyć się same je rozwiązywać), uwielbiam wymyślać coraz to nowe sposoby mogące zainteresować niecierpliwców, a przy okazji niosące wiele użytku w postaci pogłębiania i zdobywania nowej wiedzy. Nie lubię natomiast pozostałego personelu placówki w której pracuję. Atmosfera, którą wytwarza pani dyrektor jest niezdrowa, nieświeża, przykra. Pozostałe nauczycielki są mało twórcze, schematyczne, karcące dzieci w sytuacjach, gdy w moim mniemaniu na to nie zasłużyły. Na próby wprowadzenia jakichkolwiek zmian przeze mnie lub nauczycielkę Kingę patrzą ze zdziwieniem i odradzają, bo po co się przepracowywać. Jak ma się od dziesięciu lat lub dłużej te same pomoce, te same tematy do realizacji, te same sposoby to po co się rozwijać, chodzić na kursy, poznawać nowe metody, formy, sposoby. Po co wymyślać zabawy, stosować metody aktywizujące jak można odbębnić swoją pracę „od…do” przekazując wiedzę i nie wnikając w to, co dzieci z tego zrozumiały, zapamiętały, wyniosły. Ale stale pocieszam się, że przepracuję w tej placówce do końca tego roku przedszkolnego, przejdę do innej, w której może być tylko lepiej..

W tym roku nieco zmieniają się moje zainteresowania, w tym także moje myślenie o życiu i świecie. Uwaga! Ostatnio zdradzam moją słodką Hiszpanię na rzecz…. Zimnej, chłodnej, ascetycznej i tak odmiennej Skandynawii. Czytam o sztuce tamtych regionów, architekturze, mitach, tamtejszej mentalności ludzi, filmach i literaturze. Uwielbiam nadal lekko kiczowatą, gorącą i namiętną Hiszpanię, lecz Skandynawia jest dla mnie tajemnicza, nieodkryta, ciekawa i intrygująca…Do życia nadal wybrałabym tą pierwszą, do głębokiego poznania aktualnie- tę drugą. Pociągają mnie ich pogańskie tradycje, wyobrażam sobie, że dla Szwedów religią jest natura, przyroda. Oczami wyobraźni widzę ich spacerujących po lesie, jeżdżących na łyżwach, na nartach, uprawiających marszobiegi i jednocześnie modlących się do otaczającej pięknej i nieskazitelnej natury. Gdzieś czytałam, że Szwedzi są niezwykle gościnni, ale gość dla nich to nie ktoś „obcy”, „inny”.

Odgórny nakaz równego traktowania kobiet i mężczyzn tam już przenika do mentalności, już zaczyna być rzeczywistą podstawą życia społecznego. Podobają mi się różne rytuały, kojące, czasem trącące jogą. Czytałam o Szwedce, która siada w niedzielę do maszyny do szycia i słucha radiowego słuchowiska. Ona, ateistka, mówi, że wtedy jest "w niebie".

Wyobrażenie czystości, surowości skandynawskiej sprawia, że chcę choć w minimalnym stopniu wprowadzić ją we własne życie. Marzy mi się dużo ciszy i spokoju.

Dla wielu Skandynawowie pozbawieni są emocji, są puści w środku. Ja myślę, że

trzeba pamiętać, że to jest inny naród, tam regułą jest unikanie konfrontacji i nieepatowanie emocjami. U nas one ujawniały się zawsze, były w szlacheckich podgolonych, 'dymiących' głowach, są i teraz. Ma to zresztą odwzorowanie w języku szwedzkim - stan kłótni i bajzlu Szwedzi określają jakopolsk riksdag, czyli 'polski sejmik'. My jesteśmy dla nich synonimem kłótliwości, oni z kolei unikają konfrontacji i, próbując wejść z nimi w bliższą relację, można mieć wrażenie, że się zamykają. Ale kiedy przekracza się granicę small talku - poznaje się serdeczność.

Tyle aktualnie przychodzi mi przemyśleń związanych z mijającym rokiem, ten zbiżający się widzę jako czas ogromnych zmian dla mnie. Ciekawa jestem, jak to wszystko dalej się potoczy.

Wam wszystkim życzę cudownego nadchodzącego roku, dwa tysiące dziewięć bardziej lepszego niż ten mijający, z dwatysiące dziewięcioma cudnymi momentami i wspomnieniami!

środa, 10 grudnia 2008
Wieści

Podobno pachnę jak słodkie mydełko.  Poza tym okazuje się, że Polska jest królem świata.

Uderzane o siebie dwa orzechy mówią „Czwartek, czwartek” lub  „Sześć, sześć:”

Michał na Huberta mówi „Ty płyto!”.

Kuba i Filip rozkręcają swój pierwszy w życiu biznes – robią książki sprzedają je. Na razie w najbliższej rodzinie – ale pierwsze doświadczenia mają już za sobą.

Ostatnio dowiedziałam się, że przodkiem krokodyli była plakoderma, a dzięki Filipowi, że istnieje takie zwierzę jak liściec i jeszcze dokładnie wiem, jak wygląda.

Małgosia ostatnio postanowiła sobie, że w przedszkolu nie będzie już jadła kredek, ale w domu czemu nie… W końcu najważniejsza jest opinia publiczna, a to co się robi w samotności ma mniejsze znaczenie.

Największe emocje wśród dziewczynek nadal wzbudzają wiewiórki. Ostatni dylemat dotyczył kwestii, czy wiewiórki zbierają kasztany. Wiewiórki nadal piszczą, obchodzą urodziny, robią zapasy na zimę.

Wszyscy zastanawiamy się, kiedy spadnie śnieg. W tym roku mam silną potrzebę, aby mroczno wieczory i poranki rozświetliła gruba warstwa śniegu. A w oczekiwaniu na śnieg słucham Passion Vega, którejpiosenke miałam tu wstawić, ale niestetynie mam siły już walczyć ze wstawianiem tu filmów... Niestety Wasze porady nie podziałały ;(   Mam chyba coś nie tak z komputerem!

Ale kto jest zainteresowany co aktualnie szemrze z głośników zapraszam tu:  

http://pl.youtube.com/watch?v=UoM29-9yAao 

 

poniedziałek, 24 listopada 2008
Znów to samo
Jest mi strasznie przykro... Któryś tam raz próbowałam wstawić filmik z youtube... I nie wychodzi mi. Czy jakaś przyjazna duszyczka mogłaby mi napisać, jak sama wkleja cokolwiek z youtube? Pamiętam, że już kiedyś o tym pisałam, ale nadal nie udało mi  się rozwiązać tego problemu.. Będę ogromnie wdzięczna za pomoc. Bo wiem, że kolejna moja próba wstawienia czegokolwiek z omawianej tu strony skończy się utratą przeze mnie komputera. Bo własnymi rękoma pozbędę się go! A szkoda jednak byłaby go!
 
1 , 2 , 3