;
środa, 27 sierpnia 2008
W Hiszpani....

W Hiszpanii, jaką znam wszystko jest sztuką. Poczynając od krojenia w supermarkecie szynki Serrano w cieniutkie niczym pergamin plasterki przez ułożenie owoców i warzyw ( a także innych specjałów, takich jak orzechy, kandyzowane owoce, słodkie łakocie, owoce morza) w Mercat de la Boqueria, ułożenie kostek chodnikowych wokół Passeige de Gracia, ozdobienie ulic z okazji Festa de Gracia, przez niezwykłe parki, sztukę kulinarną, a kończąc na niezwykłych budynkach głównych architektów Barcelony – Antonio Gaudiego, Lluisa Domenech i Montanera, Josepa Puig i Cadafalcha oraz dziełach malarzy tworzących w Barcelonie (przede wszystkim Picassa i Dalego). Ale sztukę, którą do perfekcji opanowali Katalończycy (i Hiszpanie w ogóle) i którą mam zamiar inspirować się w życiu jest sztuka życia, cieszenia się nim, radowania i świętowania każdego dnia. Zazwyczaj widywany Katalończyk jest rozgadany, roześmiany (nawet kelnerka, która jest po 8 godzinach pracy), czerpiący z życia to, co najlepsze, cieszący się z najdrobniejszych przyjemności. Gdzieś słyszałam, że chwaląc się przed innymi Hiszpan nie mówi o swoim samochodzie, domu czy innym materialnym aspekcie życia, a opowiada o tym, co zjadł, co zobaczył, gdzie był i co zwiedził. Dla Katalończyka ważna jest rodzina, przyjaciele. Nieraz na ulicy widziałam trzy pokolenia razem spacerujące i śmiejące się. Osoby niepełnosprawne także w Hiszpanii można ujrzeć w pogodnych nastroju, są widoczne w społeczeństwie, w muzeach, parkach, galeriach, nie są odseparowane od innych. Starsze osoby, często widać schorowane potrafią dostrzec radosną stronę życia… Taki obraz Hiszpanów przywiozłam z podróży i chcę przenieść go na osobisty grunt. Raz jeden zdarzyło mi się być źle potraktowana przez Katalonkę, wina leżała po mojej stronie, ale ona trochę wyolbrzymiła całą sprawę, ale przecież każdy czasem ma gorszy dzień i mimo incydentu zapamiętam Hiszpanów bardzo pozytywnie, jako ludzi uśmiechniętych, uprzejmych, pomocnych, szanujących innych, rozgadanych.

La Bouqueria

Mercat la Bouqueria to najstarszy w Barcelonie targ powstały ok. 1200 r. jako targ na wolnym powietrzu. To było moje pierwsze zetknięcię się z niesamowitą sztuką ułożenia produktów spożywczych w sposób tworzący niezwykle barwny obraz, noczym mozaiki w Parku Guell ;)

Na targ tłumnie zjeżdżają turyści i miejscowi w poszukiwaniu najświeższych warzyw i niezwykłych owoców

http://www.boqueria.info/Eng/index.php

http://www.boqueria.info/Eng/index.php

http://www.boqueria.info/Eng/index.php

http://www.boqueria.info/Eng/index.php

Historia targu znajduje sie tu

18:03, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 25 sierpnia 2008
P.S.
P.S. Jedyne w tej chwili z czego się cieszę, to to, że mam tyle do czytania na Waszych blogach! ( Czy z tym "to to" dobrze napisałam? ;) )
23:10, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (3) »
Ciężki powrót do szarej rzeczywistości

Wróciłam ;))

Wrażeń pełno, ale nie wiem od czego zacząć... Muszę sobie całą tą wyprawę uporządkować w głowie i wtedy napiszę... Czuje się na razie dziwnie i nieswojo. Mimo, że jestem w domu to nie czuję się domowo. Czegoś mi brakuje, za czymś już tęsknie... Krótko i na szybko podsumowując pobyt w Barcelonie: To tam (bądź w innym zakątku Hiszpanii)powinnam się urodzić i żyć, tam czuję się dobrze, prawie nic mi nie przeszkadza, tam nawet odgłos bardzo głośnej śmieciarki o 2 w nocy brzmi dla mnie jak najpiękniejsza melodia!!!

Ach... Muszę się na nowo oswajać z Warszawą, z wszelkimi niedogodnościami, chłodnymi wieczorami, brakiem kawiarni i tapas barów na każdym rogu, często brakiem uśmiechu i zadowolenia na twarzach ludzi... Będzie cięzko, to wiem na pewno! Ale życzę sobie POWODZENIA!

23:05, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (9) »
niedziela, 10 sierpnia 2008
Hola Barcelona

Już jestem gotowa. Spakowana. Jak zwykle, wydaje mi się, że wzięłam za dużo rzeczy... Poza tym wiem, że jest tam upalnie, ale nie mogłam się powstrzymać przed zabraniem długich spodni i bluzy. Jestem pewna w 100%, że ani razu ich nie założę, ale jakoś nie mogę bez tego lecieć. To chyba ludzie z północy Europy przyzwyczajeni są do tego, że pogoda czasem zawodzi i mimo kalendarzowego lata może być zimno i jesiennie. Poza tym cały czas zastanawiam się, czy na pewno wszystko zabrałam, przygotowałam. Na pewno już "zapakowałam" sobie zdenerwowanie, rozemocjonowanie, ciekawość i entuzjazm... Jestem z natury dość roztrzepaną osobą, ciągle czegoś zapominam, nie mogę znależć (choć znam osoby, które są w tym lepsze ode mnie), rozlewam. Dziś dzieje się to wszystko ze zdojoną siłą. Już mnie zaatakowała deska do prasowania chcąc zgnieść mi dłoń przy rozkładaniu jej. Kabel od żelazka nieszęśliwie zaplątał mi się wokół nogi i w ostatniej chwili je złapałam. Nie wiem, jakim cudem, ale stolik na którym leży stosik gazet, książka, świeczka i okrągły bieżnik przewrócił się. Uff, na szczęście w tym momencie nie stał na nim kubek z kawą, który postawiłam tam później i jak to się skończyło to już łatwo się domyśleć.... ;)

I jak na nieszczęście oddałam wczoraj rower do przeglądu gwarancyjnego, a nigdzie nie mogę znaleźć gwarancji... Szukałam już chyba wszędzie i nie ma... No, nic uciekam zaraz dalej penetrować pokój..

O rany, jutro o tej godzinie może już wyjdę na pierwszy barceloński spacer i badanie terenu ;)

Poza tym opuszczam mój blog na całe dwa tygodnie... A tak już zdążyłam się do niego i do Was przyzwyczaić... Będę tęskniła, ale mam nadzieję, że po moim powrocie znowu się u mnie i u Was spotkamy! Zapraszam do mnie 25 (bądź 26) sierpnia! Zaparzcie ulubioną herbatkę czy kawę, przygotujcie ciasteczka i wpadnijcie przywitać się, napisać, co u Was i poczytać, co u mnie ;)

A na razie odcinam się od wszystkiego, przybieram kataloński styl życia, odpoczywam i zwiedzam. Zabieram ze sobą autobiografię Salvadora Dali, więc po powrocie pewnie podzielę się różnymi historiami z życia malarza! Hmm, ciekawe co przygotowała dla mnie Hiszpania, ciekawe, czy moja miłość do niej nie zostanie zniweczona i nie przepadnie.. Myślę, że nie, bo co by nie było to jak przeczytałam na którymś z Waszych blogów i zgadzam się w 100% ważne jest gdzie się jedzie, ale zdecydowanie istotniejsze jest to z kim... Więc będzie cudnie! Wam życzę moi drodzy również cudownych i ciepłych najbliższych dwóch tygodni, pełnych drobnych przyjemności i niespodzianek!

A więc Adios Polakos i Buenos Dias Katalonias! ;)))

 

16:34, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (10) »
piątek, 08 sierpnia 2008
Jeszcze o Duchach Goi

Bardzo podoba mi się piosenka, która jest na samym końcu filmu, a śpiewają ją dzieci. Znam jej tytuł, a niestety nigdzie nie mogę jej znależć... Jeśli ktoś oglądał i wie, gdzie ją odnajdę niech da znać ;) Wiem, że jej tytuł to El pelele (zresztą, jak jeden z obrazów Goi, a po przetłumaczeniu - "Kukła").

el pelele

Duchy Goi, reż. Milos Forman

 

 

Fantastyczny film. Niezwykle okrutny, smutny i przykry, jak czasy, w których rozgrywa się akcja.

Hiszpania, rok 1792. Czasy Hiszpańskiej Inkiwzycji. W tych czasach przyszło żyć wielkiemu hiszpańskiemu malarzowi Francisco Gaya. Był on nadwornym malarzem, początkowo potępianym przez Kościół, któremu nie odpowiadały przedstawiane przez Goye na rycinach sceny, które w istocie ukazywały prawdziwe oblicze świata tamtych lat. Jeden z braci należących do Świętego Oficjum broni Goi i zadaje dające do myślenia pytanie pozostałym członkom: "Czy gdy spalimy płótna Goi, spłonie też zło, które na nich przedstawił?". Goya wykonywał portret owego brata Lorenzo (w tej roli świetny Javier Bardem).

Jak pokazuje film jedno z gorszych postęków ma na sumieniu Kościół, które przez Inkwizycję chce wytępić wszystkich heretyków, ludzi odmiennego wyznania czy głoszących poglądy niezgodne z tymi, które przekazuje Kościół (często błędnie interpretując religię, słowa zapisane w Biblii). Goya, oprócz portretu brata Lorenzo na obrazie przedstawia piękną Ines, córkę wpływowego i bogatego kupca hiszpańskiego. Dziewczyna wraz z braćmi pewnego wieczoru wybiera się na zabawę do gospody, gdzie zostaje podana jej wieprzowina. Dziewczyna odmawia spożycia jej, gdyż forma podania potrawy obrzydza ją. Niestety zostaje to zauważone przez jednego z wysłanników Świętego Oficjum. Następnego dnia dostaje wezwanie do siedziby Kongregacji, gdzie zostaje oskarżona o judaizm. Ines zaprzecza, jednak żaden z kardynałów jej nie wierzy. Zostaje poddana Próbie, która polega na strasznych torturach w celu sprawdzenia prawdomówności. Oficjum wierzy, że jeżeli mówi prawdę to Bóg da jej siłę, aby ową prawdę mówiła nawet podczas męczarni i cierpienia. W pewnym momencie  dziewczyna nie wytrzymuje okrucieństwa i bólu i potwierdza przypuszczenia duchowieństwa, że jest judaistką. Zostaje zesłana do więzienia.

Rodzina dziewczyny nie wie, co się z nią dzieje. Ojciec Ines prosi Goyę o wstawiennictwo za córkę u brata Lorenzo. Ofiarowuje  hojną darowiznę przeznaczoną na odbudowę kaplicy św. Tomasza. Lorenzo po wysłuchaniu prośby udaje się do dziewczyny, która jest w opłakanym stanie w więzieniu, wśród innych "heretyków" ( co dokładnie w więzieniu wydarzyło się - sprawdźcie sami oglądając film). Na wystawnej kolacji w domu kupca Lorenzo opowiada rodzinie Ines, że dziewczyna poddana została próbie i przyznała się na wyznawania innej niż katolica wiary. Ojciec przekonuje brata, że w obliczu próby i ciężkich tortur każdy przyznałby się do postawionych przed nim zarzutów.  Mimo wstawiennictwa mnicha u przywódców Świetego Oficjum Ines nie zostaje wypuszczona z więzienia, a Lorenzo traci swoją pozycję w Kościele (dlaczego - sprawdźcie sami).

Mija 20lat. Goya staje się głuchy i schorowany. Francuzi znoszą Inkwizycję, wkraczają do Hiszpanii, uwalniają więźniów osadzonych przez Święte Oficjum, a wtrącają do niego Kongregację. Lorenzo nie jest już zakonnikiem, a wielkiem idealistom wyznającym wszystko to, co niesie ze sobą rewolucja francuska. Ines wraz z innymi zostaje, po przeszło 20 latach wypuszczona na wolność. Bohaterowie spotykają się ponownie...

Uważam, że jest to świetny obraz Milosa Formana. Czytałam wiele niekorzystnych recenzji, ale ja jest pod ogromnym wrażeniem obrazu. Okrutnr czasu, w których na szczęście nie przyszło mi żyć. Pokazany został terror i okrucieństwo, które stoją za każdą wielką ideologią, która chce zawładnąć umysłami i duszami wszystkich. Poza tym świetne role aktorów - dla mnie wielkiego Javiera Bardema (który w każdym dotąd obejrzanym przeze mnie filmie zrobił ogromne wrażenie), Natalie Portman. Polecam.

 

Będąc dwa lata temu w Hiszpanii miałam okazję widzieć wiele obrazów Goi. Zazwyczaj są one niezwykle mroczne i przerażające, oglądając film mogłam zrozumieć tego przyczynę. Czasy, w których żył takie właśnie były, a on przedstawiał tylko ówczesną hiszpańską rzeczywistość. Bezlitosną i okrutną. W czasach, gdy nie było reporterów i grafików to właśnie malarze przedstawiali i dokumentowali wydarzenia swoich czasów. Goya malował portety wpływowych ludzi, a w ramach swojej pasji uwieczniał Inkwizycję i wydarzenia z nią związane. Malarz nigdy nie upiększał swoich modeli, niezależnie kim oni byli. Gdy Lorenzo ujrzał swój portet rzekł: "Mamy inne o sobie wyobrażenie" i zdawał się być zaskoczony swoim wizerunkiem, lecz po chwili stwierdził, że jest zadowolony. Królowa natomiast ujrzawszy swój portet opuściła oburzona salę w której był on prezentowany.

To o filmie. Goya, jeden z bohaterów filmu nie jest kluczową postacią, a jedynie obserwatorem wydarzeń rozgrywających się na jego oczach.

Goya był wielką indywidualnością. To on, poprzez swoje prace, przywrócił malarstwu hiszpańskiemu należne mu miejsce. Przed pojawieniem się artysty sztuka Półwyspu Iberyjskiego pozostawała na uboczu wielkich prądów europejskich. A talent Goi postawił go w rzędzie najwybitniejszych artystów Europy.

Hiszpański artysta, urodzony w aragońskim mieście Fuendetodos, żył w iście ciekawych czasach. Przyglądał się panowaniu pięciu królów. Zetkną się z działalnością inkwizycji. Przeżył najazd wojsk napoleońskich i angielskich, a wraz ze zmianami społecznymi zmieniała się jego sztuka. W pierwszym okresie twórczości artystę interesowało malarstwo rodzajowe i portretowe, później tematyka jego obrazów stawała się coraz bardziej polityczna, czy wręcz rewolucyjna. Goya żywo interesował się ideami filozofii Oświecenia oraz rewolucji francuskiej. Należał do wolnomyślicieli, choć żył w kraju rządzonym zgodnie z zasadami absolutyzmu i słynącym z fanatyzmu religijnego. Przeżył wielkie rozczarowanie, gdy uznawani przezeń za światłych Francuzi wkroczyli do Hiszpanii. Mimo to wybrał Francję na kraj swojej śmierci. Zmarł w Bordeaux, macierzystym mieście żyrondystów, klubu politycznego z okresu Wielkiej Rewolucji Francuskiej.

Wielkość talentu Goi została prawdziwie dostrzeżona dopiero po jego śmierci. Jego dzieła miały wpływ na malarstwo impresjonistów, surrealistów, a przede wszystkim na twórczość innego Hiszpana, Pabla Picasso. Postać artysty zainspirowała również wielu reżyserów i twórców filmowych.

Zamieszczam kilka obrazów artysty - reportera

 

Goya

Rodzina Karola IV (obraz "występuje" w filmie)

Goya

 Kiedy rozum śpi, budzą się upiory ( w filmie zaprezentowano niezwykły i skomplikowany proces tworzenia rycin, który mnie zaskoczył i zaciekawił)

Więcej o Goi tu, o Świętym Oficjum tu, a o Inkwizycji  tu oraz Indeks Ksiąg zakazanych tu ( wśród nich znalazły się dzieła Mickiewicza i Kopernika)

czwartek, 07 sierpnia 2008
O tym i owym

Ojoj, nie sądziłam, że tak bardzo się uzależnię i że tak bardzo mi się to spodoba... Piszę o pisaniu bloga. Krótko jeszcze trwa moja blogowa przygoda, ale uwielbiam już to!! Zwłaszcza, że dzięki niemu mam okazję wymienić się poglądami z innymi, coś polecić, opisać, a także poczytać ciekawe, czasem niesamowite historie innych. Bardzo mi miło, gdy zaglądają do mnie inni, zostawiają komentarz i miłe słowo. Nie mam jeszcze wielu wiernych czytelników, ale dla mnie nie liczy się ilość, a jakość ;) Poza tym z tymi, co mnie wirtualnie odwiedzają czuję swego rodzaju więź i jestem im wdzięczna, że mam dla kogo pisać! Dziękuję Wam w tym miejscu. Nie znamy się, być może w realnym świecie nigdy nie spotkamy (chociaż nigdy nic nie wiadomo... może chodzimy już teraz tymi samymi ścieżkami, mijamy się gdzieś na ulicy, bywamy w tych samych miejscach), ale czuję do Was niezwykłą sympatię i chcę się z wami widywać tu, na moim blogu, a także na Waszych.

Z tym blogowaniem jest jeden malutki problem. Wymieniając się najrozmaitszym informacjami polecacie mi i w ogóle sobie nawzajem duże ilości filmów wartych obejrzenia, książki godne poświęcenia czasu na ich lekturę, muzykę, przy której można wspaniale odpowcząć czy po prostu miło spędzić czas. I ja to wszystko chce zobaczyć, przeczytać, wysłuchać, poczuć i martwie się, że czasu mi na to wszystko nie starczy.. Oczywiści, żartuję pisząc, że to problem, bo jestem Wam ogromnie wdzięczna za polecanie tego wszystkiego! Mam specjalny notes, który podzieliłam sobie na części: Film, Książka, Muzyka, w którym zapisuję co muszę zobaczyć, przeczytać i posłuchać. Żeby nie zapomnieć i żeby nie umknęło. Ach, mam co robić przez najbliższy czas.

Ostatnio odkryłam, nie wiem, czym jest to spowodowane, że oglądać filmy najbardziej lubię w samotności. Nie znam tego przyczyny, może po prostu z kimś szkoda mi czasu na oglądanie. Oczywiście, często jest tak, że po obejrzeniu jakiegoś fantastycznego filmu koniecznie chcę, aby zobaczyły go też bliskie mi osoby i często kończy się to tak, że oglądam razem z nimi.. To świadczy o tym, że są wyjątki od samotnego oglądania... Tak oglądałam (najpierw sama, później z innymi) cudowny film "W stronę morza", wzruszające "Życie jest piękne" i "Cinema Paradiso", niezapomniany "Volver", przepiękny film "Chłopiec z latawcem" i pewnie wiele innych, o których w tej chwili nie pamiętam.

Aaa,  swego czasu też tak oglądałam kilka razy "Amelię" (lubicie ten film?).

środa, 06 sierpnia 2008
Pan A.

 Spróbuje jednak odtworzyć mój wcześniejszy tekst już teraz. Aura, którą przyniosły świerszcze sprzyja temu...Próbuję...

http://pl.youtube.com/watch?v=r_-GvncmteI 

(ponieważ mam problemu ze wstawieniem filmu z youtube wklejam adres piosenki, która mnie w tej chwili interesuje) 

Czy poznajecie z jakiego filmu pochodzi piosenka? Może to nie mój styl muzyczny, na co dzień takich piosenek raczej nie słucham (choć podziwiam głos śpiewaczki - pozwalam sobie na użycie takiego określenia, gdyż użycie pospolitego  słowa piosenkarka byłoby pewnego rodzaju zniewagą dla TAKIEGO głosu) to chciałam się z Wami nią podzielić. Pochodzi z mojego ukochanego filmu. Choć wiele osób uważa, że to najsłabszy film Almodovara mnie niezwykle urzekł i zauroczył. Niezwykłe losy Raimundy, przykre i tragiczne nie przygnębiają widza i nie obarczają zbyt mocno. Historia jest tak podana, że właściwie do ostatniej chwili filmu pozostaje tajemnicą najprawdziwsza prawda o życiu pięknej bohaterki (mnie w końcu zszokowała w pewnym sensie). Film urzekł mnie nie tylko fabułą, ale także zdjęciami. Almodovar powrócił so swoich korzeni, do Kastylii La Manchy - regionu Hiszpanii, w którym się urodził i spędził dzieciństwo. Cieszyłam oczy małą mieściną kastylisją (uwielbiam pierwszą scenę, na cmentarzu), ale także ukochanym Madrytem.  Jakie filmy Almodovara są każdy wie, nie będę się o nich szczególnie rozpisywała. Napiszę niezwykle krótko. Jego filmy są, jak dla mnie bardzo charakterystyczne (wydaje mi się, że po obejrzeniu  filmu, nie wiedząc, że jest to dzieło Almodovara rozpoznałabym reżysera). Filmy Almodovara to zazwyczaj melodramaty przepełnione erotyzmem. Reżyser podejmuje niejednokrotnie tematy związane z homoseksualizmem (do którego sam otwarcie się przyznaje). Oprócz tego w Jego filmach można odnaleźć mieszankę tragizmu z komizmem, dzięki czemu często zyskują określenie czarnych komedii. Poza tym widz oglądając dzieła Almodovara otrzyma garść niezwykłych przygód, które zazwyczaj są absurdalne, a przydarzają się zazwyczaj osobom z marginesu społecznego  i wydają się niemożliwe w prawdziwym życiu. Paradoksem jest, że kino Hiszpana uznać możnaby za offowe, ale jednocześnie jest niezwykle popularne na całym świecie. Almodovar tworząc swoje filmy łączy w sobie trzy role - reżysera, scanarzysty, producenta, a czasami także aktora występując w drobnych epizodach. Mi filmy Almodovara kojarzą się z twórczością surrealistów (którzy już chyba na zawsze będą kojarzyć mi się z Hiszpanią, która tak wielu dała światu). Jak mówi sam reżyser Jego dzieła mają szerzyć zgorszenie wśród drobnomieszczańskiej moralności (zaściankowej, często zakłamanej, relatywnej i robiącej wszystko "pod publiczność" kołtunerii i dulszczyzny). Często tak się dzieje, wiele osób filmy mogą szokować i najzwyczajniej w świecie nie podobać się. Ja uważam, że Almodovar pięknie portretuje kobiety, ich emocje i przeżycia. Są to portety często  wyolbrzymione i zbyt wyraziste oraz balansujące na granicy dobrego smaku, ale chyba właśbie to pociąga mnie w nich. Podoba mi się również to, że Pedro posiada swoje muzy, aktorki, które chętnie zatrudnia w swoich filmach. Wśród nich są: cudowna Carmen Maura (wystąpiła chyba w największej liczbie produkcji P.A.), Chus Lampreave, Cecilia Toth, chyba najbardziej charakterystyczna Rossy de Palma (gdy raz zobaczysz jej twarz już chyba nigdy nie zapomnisz), Marisa Paredes, Julieta Serrano, Victoria Abril, Kiti Manver, Veronica Forque, Loles Leon. Nie zapominam oczywiście, że Almodovar jakby wydał światu cudowną Penelope Cruz oraz Antonio Banderasa. Jakiś czas temu w Wysokich Obcasach był cudowny artykuł o muzach Almodovara, niestety nie mam go, ale obiecuję, poszukam (ale to już jutro)A Wy lubicie filmy Pana A.? Które zrobiły na Was największe wrażenie? Na mnie Volver oraz Wszystko o mojej matce, ale także Kika i jej ogromny optymizm. Kobiety na skraju załamania nerwowego też coś w sobie mają (jak zresztą wszystkie Jego filmy), a myśląc o nim zawsze mam ochotę na zimne gazpacho, ale oczywiście bez dodatku w postaci trucizny. A pamiętacie kolczyki z Kobiet...?

Estrella Morente, której piosenkę zamieściłam jest śpiewaczką flamenco. A o flamenco innym razem.

Ostatnio mało piszę, bo nie mam czasu, inspiracji (choć Espana jest dla mnie najbardziej inspirującym miejscem na świecie) oraz natchnienia. Żyję już tylko najbliższym poniedziałkiem. Wtedy wylatuję. Mam już bilety. Strasznie się już niecierpliwię. Ciekawi mnie, co będę robiła za tydzień o tej właśnie godzinie (życie tam zaczyna się o 22), czy zobaczę wszystko, o czym marzę, czy czas nie minie zbyt szybko... Ale raczej mam pozytywne myśli. Zastanawia mnie, jak pachnie, smakuje, jaka jest w dotyku Katalonia i jej stolica. Będę wszystko chłonęła całą sobą, łapała każdą chwilę, dostrzegała każdy drobiazg i detal. Biorę ze sobą notatnik. Będę wszystko spisywała. Co zobaczę, zwiedzę, dotknę, zjem, poczuję, powącham, przeżyję. Opiszę to, co mnie zaintryguje, ale także obrzydzi. Żeby nie zapomnieć, żeby pamiętać. Po powrocie będę się delektować wspomnieniami. I wszystko pięknie tu opiszę i pokażę.A na razie pracuję (ale się nie przepracowuję - w końcu są wakacje), przemierzam Warszawę na rowerze poznając jej zakamarki, czytam, oglądam. Wącham lawendę stojącą na parapecie. Wpatruję się w płomień świeczek. Dużo drukuję, poszukuję najróżniejszych informacji. Poznaję Salvadora Dali (nadal - to już obsesja) i Picassa. Piję dużo kawy i jem ruskie pierogi. I ostatnio dużo za dużo myślę...A teraz już kończę, słyszę plusk wody lecącej do wanny i uciekam, aby nie zalała mieszkania..

Aby nie było całkiem tak "sucho" zamieszczam kilka zdjęć, głównie z filmu Volver i głównie Penelope, która była dla mnie niesamowita w tym filmie...

A o filmie więcej tu i także tu

Panowie, jeśli któryś przeczyta: nie zrażajcie się, że to film o kobietach. Wiem, że niektórym panom spodobał się...Także mimo, iż Almodovar uchodzi za twórcę filmów kobiecych, o kobietach i dla kobiet to kilki Panów przełamało ten stereotyp!!

volver

 

volver

 

volver

 

volver

Ostatnia scena. Matka i córka. I cała prawda... Prawie płakałam:

volver

 

Oj,oj,oj

Za chwilę się bardzo zdenerwuję, a może nawet popłaczę. Zrobiłam piękny wpis o Pedro Almodovarze, choć nie tylko... Napisałam, nacisnęłam "Publikuj", pojawiła się informacja "wpisz treść" czy jakoś tak i cały mój wpis skasował się... Już dziś niestety nie mam siły pisać tego od początku...Postaram się powtórzyć to jutro, choć to już zapewne nie będzie to samo..

A tymczasem robiąc wpis słucham odgłosów dobiegających zza okna. W oddali słychać gwar ulicy, co jakiś czas przejeżdżające samochody. A bliżej słyszę pięknie świerszczącego świerszcza, który nastraja mnie pozytywnie i przypomina mi, że jest teraz najpiękniejszy, letni czas!! Co Wy aktualnie słyszycie za oknem lub jakie dźwięki dobiegającego z domu?

sobota, 02 sierpnia 2008
Powspominajmy

A dziś polecam wspomnienia i powrót do przeszłości na blogu Pan tu niestał

Ja doskonale pamiętam ruskie gierki, w które zaciekle grałam zbierając jajka do koszyka jako mała dziewczynka.

Przypomniałam sobie też, jaką frajdą zawsze było dla mnie kasowanie biletów w autobusie w kasownikach zupełnie innych niż dzisiejsze. Bilet należało włożyć do podłużnego otworu i pociągnąć za mini wajchę, a pojawienie się w magiczny sposób dziurek na bilecie oznaczało, że można legalnie jechać autobusem. Pamiętam też następne kasowniki, srebrne, w które  wkładało się bilet, a po naciśnięciu w odpowiednim miejscu wyjmowało się podziurkowany bilet.

Uwielbiałam też zawsze bajki oglądane dzięki rzutnikowi i czytane przez siostrę lub tatę.

Ach, miło tak powspominać... Gdybym miała więcej czasu zapewne przypomniałabym sobie więcej, nostalgicznych faktów. Może jeszcze nadarzy się ku temu okazja.

Tymczasem życzę udanego popołudnia i leniwej niedzieli!

16:49, kemotalamot , polecarnia
Link Komentarze (3) »
piątek, 01 sierpnia 2008
Wyborna uczta

Oj, szykuje się coś, co chyba lubię najbardziej, czyli delektowanie się prowincjonalnym życiem... jak na razie innych, a w przyszłości liczę, że swoim! Bo prowincjonalne są u mnie tylko krótkie i ulotne chwile i jak napisałabym z pewnością Provence namiastki :)

A tymczasem zaprawszam:  życie prowincjonalne

16:14, kemotalamot , polecarnia
Link Komentarze (4) »
czwartek, 31 lipca 2008
Czas stanął w miejscu...

"Kilka godzin później jesteśmy za Madrytem, okolica jest otwarta i rozległa, wielkie karawele chmur płyną po potężnym niebie, ale już nie pada.To jeszcze Kastylia, kraina, która z góry, z samolotu wygląda, jak płaszczyzna czerwieni i brązu, piaszczysta i sucha: meseta. Po deszczu nie jest tam tak skwarno jak w lecie, pobocza dróg pełne są kolorowych wiosennych kwiatów: maków, jasnot, margarytek, mleczy - orgia złota, czerwieni, błękitu i fioletu - horyzont faluje przed nami, a kiedy zjeżdżamy z głównej drogi, robi się nagle pusto i ogarnia nas nieodłączne tu uczucie wielkiej wolności. Postanowiliśmy zatrzymać się w Chinchon., gdzie robi się najlepszy w całej Hiszpanii anis. Pośrodku wsi znajduje się duży rynek, Plaza Mayor, najbardziej hiszpański ze wszystkich wynalazków, serce i centrum każdej kastylijskiej miejscowości od Madrytu po najbardziej zapadłą dziurę. Ale jest w tym placu coś przedziwnego. Nie jest kwadratowy, lecz eliptyczny: przypomina arenę lub teatr. Podłoże jest z piasku, domy wokół mają tarasy mogące służyć za loże, z których teraz korzystają resauracje. Jedzenie jest tu jeszcze proste: wielkie garnki zupy z czosnkiem, chlebem i jajkiem (sopa de ajo), pieczeń jagnięca i wieprzowa, chłopskie dania takie jak duelos y quebrantes, jajka z dużym wałkiem czerwonej kiełbasy, sałatka z pomidorów i cebuli, litrowe dzbanki ciężkiego czerwonego wina. Z tarasu mam królewski widok na występ jedynego aktora, wiejskiego policjanta, który z dołu pilnuje nas wszystkich. Słyszę plusk fontanny, głosy ptaków, bicie zegara na wiejskim kościele, co kwadrans dającego znać, że znowu przepadł kawałek czasu. Z różnych bocznych uliczek, jak w dziwnej sztuce, wciąż na nowo wyłania się inny starzec, któremu bardzo dużo czasu zajmuje przejście o lasce na drugą stronę piaszczystego placu, na który kilka razy do roku wypuszcza się byki. Ktoś zamiata przed ratuszem, jaskółki latają nisko nad ziemią. Od czasu do czasu przebija się słońce, w piekarni (fabrica de pan) piękna pani Vidal udziela mi lekcji o nazwach ciasteczek i bułek, i właściwie chciałbym sobie dalej siedzieć na tym placu, w zamkniętym kole galerias, z torebką pełną mantecados de anis..."(Nooteboom)

 

 

Dla mnie nic dodać nic ująć. Najpiękniejszy opis miejsca, jaki można sobie wyobraziź (kto w Chinchon był ten wie). Ja byłam. To dla mnie niezapomniane miejsce, najpiękniejsze z dotąd odwiedzonych. Czułam się tam zupełnie inaczej niż dotychczas, niż w innych miastach, miejscowościach czy wsiach. Malutka wioska osadzona na wzgórzu. Cicha i spokojna, rzadko odwiedzana przez turystów. Będąc tam czułam się, jakbym przeniosła się kilka stuleci wstecz. Czas tam się zatrzymał. Wyobrażam sobie, że człowiekowi spędzającemu czas w Chinchon nie jest do niczego potrzebny zegarek odmierzający czas, gdyż jest tak sennie, tak uroczo i tak niesamowicie przyjemnie, że czas jest zupełnie nieważny. Pobyt w Chinchon to jeden z takich momentów w moim życiu, które chce zapamiętać jak najdokładniej i na jak nadłużej, a który uwieczniony aparatem nie jest tym samym, co rzeczywistość. Aby poczuć klimat miejsca trzeba tam po prostu być. Do tego niesamowite jest to, że Chinchon jest w tak niewielkiej odległości od największego z hiszpańskich miast, Madrytu. A obie miejscowości, jak dla mnie nie mają ze sobą kompletnie nic wspólnego!

Nigdzie wcześniej i później nie czułam się tak, jak tam... Nieziemsko...

Chinchon

Przed najlepszą knajpą w Chinchon. Żałuję tylko, że na zdjęciu jest ten samochód, który przypomina mi, że hiszpańskie dziewczynki należą do współczesności, a nie wybiegły z minionych lat czy może nawet stuleci...

 

Chinchon

 

Chinchon

 

 

Chinchon

Chinchon

Balkon jednego z domów

Chinchon

Święty Józef czuwa nad Chinchon

 

Chinchon

 

Chinchon

A tam! Zamieszczam jedno ze mną :)

Chinchon

 

Ciekawostka: Jadąc do Chinchon wraz z moim towarzyszem doznaliśmy strasznego odkrycia, które było dla nas szokiem! Hiszpania to kraj bocianów! Przejeżdżając przez wioski zauważyliśmy, że na każdym dachu, na każdym słupie jest bocianie gniazdo! Szokiem było to dla nas, gdyż bylismy wcześniej święcie przekonani, że krajem bocianów jest tylko i wyłącznie Polska! Wiedzieliśmy, że w innych krajach ptaki te występują, ale nie sądziliśmy, że w takiej ilości, co w naszym kraju. A tu okazuje się, że nie dość, że występują to jeszcze BA! w większej niż w Polsce ilości!)

wtorek, 29 lipca 2008
Polecam...

Polecam  korespondencję Miłosza z Giedrycem oraz Herberta Szymborskiej

Poza tym w Saragossie warta zwrócenia uwagi wystawa Expo poświęcona Wodzie i Zrównoważonemy Rozwojowi

Polski pawilon - również godny polecenia

I co mnie cieszy dziś najbardziej to tekst w Życiu Warszawy

22:31, kemotalamot , polecarnia
Link Dodaj komentarz »