;
poniedziałek, 15 września 2008
sprawy techniczne
Kto będzie tak dobry i miły i mi napisze, jak wstawić odtwarzacz deezer do zakładek?? Męczę się i męczę i nic z tego nie wychodzi, a w takich sprawach technicznych jestem niezwykle słaba. Mam kod, nie wiem, gdzie i dokładnie w jakiej wersji go wpisać (bo w zwykły sposób w zakładkach jest za długi). Będę niezmiernie wdzięczna za okazaną pomoc ;)
niedziela, 14 września 2008
A co Wy o tym sądzicie?

Denerwuje mnie coraz większe i częstsze uprzedmiotowienie kobiety. W filmach, serialach, a przede wszystkim, co najbardziej mnie razi i przeszkadza – w reklamach. Kobieta sprowadzana jest do przedmiotu, czy kury domowej. Oczywiście, rozumiem, że niektóre kobiety satysfakcjonuje zajmowanie się domem, co uważam za wcale niełatwe zadanie, ale nie podoba mi się, że w telewizji (głównie w reklamach) pokazywany jest przede wszystkim tylko taki obraz kobiety. Poza tym często redukowana jest ona do obiektu seksualnego, który ma przyciągnąć do zakupu towaru. Jest to niezwykle poniżające i nie rozumiem, dlaczego wiele kobiet (które pojawiają się w owych reklamach) pozwalają się w ten sposób poniżać.

Nie podoba mi się także, co na co dzień mogę obserwować w pracy tworzenie i utrwalanie stereotypów płci u dzieci. Dziewczynkom rodzice kupują właściwie tylko i wyłącznie „dziewczyńskie” zabawki, jak najbardziej różowe, miękkie, przyjemne. Gdy chcą dostać od rodziców samochód czy chłopięcą zabawkę nie otrzymuje ich, bo „Dziewczynce nie wypada”. Dziewczynkom czyta się książki o przyjaźni, miłości, uczuciach, zabawach, pracach domowych. Z dziewczynkami o emocjach rozmawia się, przyzwala na płacz. Z chłopcami jest odwrotnie. Im proponuje się zabawy zadaniowe, wymagające sprytu i myślenia (dziewczynkom raczej zabawę w dom, w przyjaciółki itp.). Nie daj Boże, jak chłopiec chce lalkę czy misia do zabawy! Chłopcom po przykrym zdarzeniu nakazuje się szybko podnieść i otrząsnąć! Z chłopcami o uczuciach się nie rozmawia (dlatego mają z tym problem w przyszłości). Poza tym książki dla dzieci przepełnione są stereotypami płci (mama gotuje obiad, sprząta, rozmawia z dziećmi, tata przybija gwoździe, wykonuje jakieś zadanie z synem, uprawia z dziećmi sport, a mama przynosi im kanapki). Marzy mi się, aby przekazywać dzieciom treści, które choć w minimalnie mniejszy sposób utrwalałyby stereotypy. Pokazać, że mama czy tata mogą być osobą samotnie wychowującą dziecko, że mama może świetnie radzić sobie z młotkiem, może pracować, a tata ugotować pyszny obiad. Pokazać dzieciom od najmłodszych lat, co oznacza partnerstwo w związku, wytłumaczyć, że kobiety i mężczyźni mogą przyjmować najróżniejsze role społeczne, że nie są one odgórnie wpisane w płeć. Wiem, że nie wyeliminuje się ich w stu procentach, gdyż są stare jak kultura, ale proponuję prezentowanie różnych rozwiązań, gróg, wyborów.

Zebrało mi się na takie myśli po przeczytaniu świetnego artykułu we wczorajszych Wysokich Obcasach! Polecam! Link wstawię, gdy artykuł pojawi się w sieci!

A polecam także artykuł w Charakterach .

sobota, 13 września 2008
Lluís Domènech i Montaner

Dziś znów Was pomęczę Barceloną i jej architekturą. Barcelona to nie tylko Gaudi, ale także wielu innych, znakomitych architektów. Właściwie, gdzie się nie obejrzałam podczas mojego pobytu widziałam zapierające dech w piersiach budynki. Piękne malowidła na elewacjach, rzeźby, witraża w miradores (czyli niesamowitych barcelońskich wykuszach), przyciągające wzrok drzwi. Kto mnie zna ten wie, że zdjęcia ze mną i z drzwiami zbieram, więc w Katalonii moja kolekcja znacznie się powiększyła… Może kiedyś, na moim blogu opublikuję wszystkie zdjęcia kemotalamkowo-drzwiowe ;)

Podczas naszego barcelońskiego pobytu jednym z punktów obowiązkowych było zwiedzenie Palau de La Musica Catalana. Pałac zwiedzaliśmy z przewodnikiem, który w niezwykle ciekawy sposób opowiedział nam o budynku, trochę jego historii, omówił symbolikę oraz podał wiele ciekawostek dotyczących stylu architektonicznego dominującego w Barcelonie, czyli secesji. Niezwykły budynek wybudowany został sto lat temu jako zgodna, społeczna idea wielu ludzi. Budynek jest unikatowy architektonicznym majstersztyk zaprojektowanym przez kolejnego znakomitego architekta Barcelony Lluís Domènech i Montaner. Był to szalony projekt odzwierciedlający architektoniczne zawirowania początku XX wieku. Cegła, kolorowe mozaiki, gięte ozdoby z kutego żelaza i szkło o ciepłych barwach – totalny surrealizm. Wewnętrzne piękne schody ze szkła i marmuru prowadzą do Sali koncertowej ze wspaniałą ogromną kopułą witrażową . Łuk proscenium zdobią rzeźby, m. In. posąg Anzelma Clave, wielkiego kompozytora katalońskiego doby romantyzmu i alegoria jego dzieła Les Flors de maig. Scenę otacza mozaika z terakoty i ceramiki oraz Muzy z Palau – panny grające na różnych instrumentach. Cała sala koncertowa jest ogrodem. Wszędzie otaczają nas kwiaty, liście, najróżniejsze rośliny, natomiast nad nami świeci jakby słońce. Niestety we wnętrzach nie zrobiliśmy właściwie żadnego zdjęcia, gdyż obowiązywał zakaz fotografowania. Jednak zwiedzającym Barcelonę polecam to miejsce, jest piękne i niezwykłe. W oglądanym tam filmie wypowiadali się artyści, którzy mieli okazję występować w Palau (koncerty odbywają się tu do dziś) i wszyscy zgodnie twierdzili, że w tym miejscu panuje niezwykła magia i pewien mistycyzm. Ja odrobinę ową magię poczułam!

palaumusica

 

 

palaumusica

 

 

 

Wnętrze Pałacu, zdjęcie niestety nie wykonane przeze mnie, a zaczerpnięte ze strony http://www.palaumusica.org/

 

http://www.palaumusica.org/

 

Kolejnym punktem programu zwiedzania Barcelony był Hospital de la Santa Creu i de Sant Pau, zaprojektowany przez tego samego architekta, co Pałac Muzyki. Tworząc swoje dzieło architekt wyszedł od słusznego założenia, że chorym lepiej i szybciej powraca się do zdrowia w pięknych wnętrzach, wśród zieleni. Całe zaplecze gospodarcze szpitala ukrył w podziemiach, aby pacjencie nie musieli na co dzień mu się przyglądać. Początki placówki sięgają 1401 roku, kiedy doszło do połączenie sześciu szpitali. Wówczas szpital nazwano Szpitalem Świętego Krzyża- Hospital de la Santa Creu. W końcówce XIX wieku rozwój medycyny oraz miasta sprawiły, że dostrzeżono potrzebę modernizacji i rozbudowy szpitala.

Zaplanowano postawienie nowego budynku, którego sfinansowanie zapowiedział bankier Pau Gil. Budowa rozpoczęła się 18 stycznia 1902 i trwała 18 lat, z przerwami spowodowanymi brakiem środków. Wreszcie w 1930 udało się ukończyć inwestycję. Na prośbę sponsora do nazwy szpitala dodano jego patrona, św. Pawła. Pełna nazwa brzmiała więc Szpital św. Krzyża i św. Pawła. Współcześnie pomija się pierwszą część nazwy.

Zespół zaprojektowano na dziewięciu kwartałach ulic w dzielnicy Eixample, na kwadratowej działce. Składa się z budynku głównego, przeznaczonego na administrację, i 27 pawilonów. Wszystkie budynki połączone są podziemnymi korytarzami, przystosowanymi do transportu chorych. Pośród budynków wyróżnia się przede wszystkim siedziba administracji, do której prowadzą szerokie schody. Po obu stronach położone są biblioteka i sekretariat. W wydzielonej części mieści się kościół. Interesujące są również wszystkie pawilony, szczególnie, że każdy z nich różni się od pozostałych.Przy budowie szpitala Domènecha wspomagali inni katalońscy artyści – rzeźbiarz Pau Gargallo, malarz i autor mozaik Francesc Labarta oraz kowal Josep Perpinyà.Wraz z upływem lat szpital wzbogacał się o kolejne budynki, spośród których wyróżnia się Instytut Urologii. Aktualnie trwają prace nad kolejnym, dużym budynkiem, który stanie na skraju kompleksu.

 

 

 

 

 

13:43, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (8) »
środa, 10 września 2008
Gaudi po raz ostatni

Park Guell. Uwiódł mnie, oczarował, urzekł. Zwłaszcza mozaiki, domki z piernika niczym wyjęte z bajki o Jasiu i Małgosi, Pawilon Kolumnowy, widok na Barcelonę... Chcę tam jeszcze wrócić!!

 

 park guell

Wspomniane piernikowe domki. 

Park Guell powstał na zamówienie Eusebio Guella, który zapragnął stworzyć stylowy park dla arystokracji Barcelony. W parku podziwiać można niezwykłe kamienne struktury, oszałamiające posadzki i fascynujące budynki. Nieopodal wejścia do parku znajduje się jeden z symboli Barcelony – smok wyłożony kolorową mozaiką (był wszędobylski, w każdym sklepie z pamiątkami kupić można było jego wizerunek).

W Parku znajdują się dwa małe budynki, w których Gaudi mieszkał podczas budowy. W domu tym obecnie mieści się muzeum.

park guell

 

park guell

 

Park Guell z widokiem na dzielnicę Eixample - barcelońską szachownicę
. Gigantyczne założenie Eixample, rozplanowane wg koncepcji Ildefonsa Cerdy z 1859 r. Nie ma chyba w Europie równie wielkiego zamierzenia urbanistycznego, które byłoby oparte na równie prostym szachownicowym planie.

park guell

 

park guell

Sala Kolumnowa - główny pawilon, który miał służyć za targ. Liczy 86 kolumn o wzorach antycznych, w których środku są specjalne kanały umożliwiające spływ wody z położonego nad pawilonem tarasu. Dach sali ma kształt falisty i ułatwia tym bardziej spływ deszczówki.

park guell

 

Mozaiki znajdujące się na suficie Pałacu Kolumnowego 

park guell

park guell

 

park guell

park guell

Barceloński dragon ;)

Taras nad pawilonem kolumnowym przez architekta był nazywany teatrem greckim. Opasany jest wyjątkowo długą ławką, która jest jednocześnie gzymsem pawilonu pod nim.oraz ja w Pawilonie Kolumnowym.

I dwa zdjęcia bardziej "osobowe". Ja z T. na najdłuższej ławce świata park guell

park guell

Mozaiki prosto z najdłuższej ławki

20:41, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (9) »
Podziękowania
Dziś gorąco Dziękuję za greckie klimaty na kartce od Chiary oraz nowojorskie pozdrowienia od Chichiro. Niezwykle mi miło, że pamiętałyście o mnie!!!
piątek, 05 września 2008
Chupa Chups

Kto na świecie nie zna lizaków Chupa Chups? Chyba każde dziecko i dorosły, gdy zamknie oczy może przywołać logo Chupa Chups.

Ale, czy znacie historię tych słodyczy? Jeśli nie to zaraz ją poznacie.

chupa chups

W połowie XIX wieku skromny cukiernik barceloński Jaseph Berbnat po raz pierwszy wyprodukował okrągłe cukierki ze skarmelizowanego cukru. W 1950 roku jego wnuk Henryk wykupił spółkę Granja Asturias, produkującą galaretki owocowe i zaczął zastanawiać się nad tym, jak spełnić pragnienie dzieci, a jednocześnie zadowolić mamy narzekające na zabrudzone słodyczami ręce i ubranie i znalazł: cukierek na patyku! Pierwszy lizak nazwano Gol z powodu kształtu przypominającą futbolową piłkę, a w 1958 roku lokalna agencja reklamowa nadała mu nazwę Chups. Jego logo zaprojektował.... nie kto inny, jak..... Salvador Dali, który nazwę smakołyku wpisał w stokrotkę. Smakosze nazywają go chupa (po hiszpańsku to smoczek). Mały okrągły lizak sprzedawany jest w 164 krajach świata i osiąga zawrotne wyniki w liczbie 40 miliardów rocznie!

 Na koniec zapraszam na stronę lizaków ChupaChups

23:09, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (11) »

Dziś Gaudi po raz kolejny, ale nie ostatni.. Oczywiście nie mogłabym nie napisać o Sagradzie Familii, najdoskonalszemu z doskonałych dzieł architekta. Robi ogromne wrażenie, jest przedziwną budowlą (przez wielu uważaną za szkaradną), zapierającą dech w piersiach. Żałuję, że wokół niej spędziłam tylko tyle czasu, ile spędziłam… Choć wcale nie mało, to jednak za mało. Najpierw pojechaliśmy tam wieczorem, gdy było już ciemno i katedra była pięknie podświetlona i już wtedy nas urzekła i oczarowała. Wielokrotnie widziałam ją na zdjęciach, jednak nie spodziewałam się tak szeroko otwartych oczu nie mogących się nadziwić niezwykłości dzieła. Przy Fasadzie Pasji odbywał się koncert barcelońskiej młodzieży wykonującej zapewne religijne pieśni, ale w tak niezwykły sposób, że radosna atmosfera panująca tam udzieliła się także mi. Drugi raz do Sagrady Familii przyjechaliśmy w czasie dnia, wtedy też weszliśmy do środka. Budowa katedry zaczęła się ponad 100 lat temu, w 1882 roku. Gaudi nadzorował jej 16 lat mieszkając w baraku, w warunkach, których większość osób nie wyobraża sobie normalnego funkcjonowania. Dziełu swojego życia poświęcił się bez reszty. W 16 lat od rozpoczęcia prac Gaudi wpadł pod tramwaj, trafił do pobliskiego szpitala Sant Pau i de la Santa Creu (który też zwiedziliśmy), gdzie po dwóch dniach zmarł. Legenda głosi, że po tragicznej śmierci Gaudiego Barcelończycy znienawidzili tramwaje i własnymi rękoma wyrwali wszystkie tory tramwajowe w mieście. Budowa Sagrady trwa do dziś i nie zapowiada się na jej szybkie ukończenie. Budowla jest niezwykle skomplikowana, a dodatkowo podobno Barcelończycy wieżą, że gdy zakończą się na niej prace nastąpi koniec świata (choć mówi się, że prace będą trwały do 2035 roku). Świątynia ma swój początek w istniejącym schemacie gotyckim, przekształconym przez pochylone kolemny. Zamierzeniem Gaudiego było, aby kolumny rozprzestrzeniały się, jak gałęzie drzewa. Kolumny wykonane są z różnych materiałów, w zależności od obciążenia, jakie podtrzymują.

Fasada Narodzenia: jedyna ukończona pod okiem Gaudiego część katedry. Większość planów, projektów, notatki zginęło podczas Wojny Domowej. Pozostałe części tworzone są na podstwie koncepcji innych architektów, ale odnalezione najrozmaitsze informacje dostarzyły im pewnej wiedzy na temat pragnień Gaudiego, co do budowli i z niej korzystali.

W latach 60 XXw. powstał ruch (z udziałem Miro i Le Corbusiera) sprzeciwiający się kontynuowaniu prac rozbudowy. Uważali oni, że z powodu braku planów architektonicznych dzieło może zostać przekłamane, mijające się z zamierzeniami twórcy. Do tej pory żywa jest dyskusja nad tą kwestią. Wielu uważa, że Fasada Pasji jest karykaturą pierwotnie zaplanowanej fasady. Inni twierdzą, że Gaudi byłby zadowolony.

sagrada familia

sagrada familia

sagrada familia

Fasada Narodzenia jest niezwykle bogata, dekoracyjna. Wzrokiem ciężko ogarnąć bogactwo rzeźb, figur, symboli. Utrzymanie fasady w tak bogatym stylu było odpowiedzią na postępującą dechrystanizacją, która następowała w okresie rozwoju przemysłu (który następował za czasów Gaudiego). Kościół pragnąc odzyskać wpływy sprzed lat zlecił Gaudiemu utrzymanie Fasady Narodzenia w takim stylu.

Z drugiej strony Fasady Narodzenia znajduje się Fasada Pasji. Czy Gaudi byłby zadowolony?

 sagrada

Wnętrze Kościoła to jedna wielka budowa, ale conieco już widać. Warto wejść do środka, aby wrócić po latach i sprawdzić, co się zmieniło.

Niezwykły sufit. Wyraźna jest tu inspiracja Gaudiego naturą. Kolumny yo pnie drzew, na suficie można dostrzec korony drzew.

Na pniach gniazda, dziuple, różne wypukłości.

I plac budowy w środku Sagrady:

Jestem w stanie zrozumieć, że Sagrada Familia to niezwykła i fascynująca budowla, jednak raziło mnie trochę, że turyści zapominali, że jest to Kościół. W budowie, ale jednak miejsce kultu religijnego. Raziły mnie automaty na napoje i przekąski umieszczone we wnętrzu, brak zachowania zwyczajowych i religijnych form zachowania się w Kościele. Trochę to takie komercyjne i nie podobało mi się.

Więcej o świątyni, o tym, co jeszcze zostało do wybudowania poszukaj tu. Polecam!

22:52, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (2) »
czwartek, 04 września 2008
Casa Mila

 

Kto przyjeżdża do Barcelony budynki Gaudiego zobaczyć musi. Nie dziwię się, że szokowały ludzi w czasach, gdy architekt żył, gdyż dla mnie też były niezwykłe i zaskakujące. Casa Mila uważana jest za najdoskonalsze świeckie dzieło Gaudiego, zastosował tu najlepsze w swoich budynkach metody architektoniczne. Przez Barcelończyków nazywana jest kamieniołomem (La Pedrera), gdyż właśnie kamieniołom przypomina. Mi kojarzy się z morzem i falami. Największe wrażenie wywarł na mnie dech, na którym znajdują się kominy stylizowane na dym, natomiast część z nich  inspirowana była kwiatami. Brama do domu (której zdjęcia z nieznanego mi powodu nie zrobiłam) powstała na wzór plastra miodu. Dom powstał na zamówienie przedsiębiorcy Pere Mili i jego żony. W budynku właściwie nie można odnaleźć linii prostej (bądź w minimalnym stopniu), dlatego fasada jest jak morze pełne fal. Balustrady balkonów wykonane są z kutego żelaza i przypominają zarośla.

W środku budowli można dostrzec drobiazgowość Gaudíego; każdy sufit posiada własną formę gipsową. Choć trudno to zauważyć La Pedrera nie jest ukończonym dziełem (z powodów problemów z inwestorem).

Nie chce dłużej zanudzać. Chcąc dowiedzieć się więcej można zajrzeć tu.

la pedrera

Ja przed Kamieniołomem

la pedrera

Patio La Pedrery

la pedrera

Tu zapewne widać inspirację muszlą

la pedrera

Słynny dach i niezwykłe kominy

la pedrera

la pedrera

 

 

 

la pedrera

 

 

Wnętrza Casa Mila. Byłam. Niedawno pisała o nich Chichiro, więc nie powtarzam.. Ale będąc tam chciałam zostać na zawsze. W tak urządzonym domu czułabym się znakomicie! Uwielbiam wnętrza z duszą, meble z historią, które co nieco mówią o ich właścicielu, a nie bezosobowe, bez wyrazu i supernowoczesne..Hmm, rozmarzałam się i wyobrażałam sobie, że tam mieszkam. Gotuję obiad, piorę, prasuję, śpię, czytam, zasiadam przy niezwyłym biurku czytając o podróżach..

la pedrera

To, co w poniższym zdjęciu jest podwójne to zagadka dla Was! Co to może być?

la pedrera

 

 

 

19:24, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (7) »
Gaudi

Dziś kolejna część opowieści o Gaudim. Jego dzieła wywarły na mnie ogromne wrażenie, więc zapewne jeszcze długo będę poszukiwała informacji na jego temat.

Gaudi, gdy żył i tworzył często uważany był za wariata i szaleńca. Jego budynki szokowały ówczesnych mieszkanów 

Barcelony. Były czymś absolutnie nowym, kształty budynków przybierały dziwaczne kształty, powyginane, zakręcone, pochyłe ściany, faliste dachy, zwichrowane elewacje, niezwykłe detale. Gaudi często nie był uważany za architekta. Barcelona (ale także cała Europa)w drugiej połowie XIX wieku była pod silnym wpływem historycyzmu. Architekci tamtych czasów nie byli w stanie wypracować stylu odpowiadającemu epoce, aktualnym wydarzeniom, warunkom społecznym. W związku z tym sięgali do przeszłości przenosząc na aktualny grunt style wypracowane w zamierzchłych czasach, takich jak gotyk, renesans i barok. Nie było to jednak inspiracje, a tworzenie projektów architektonicznych bez krytycznej krytyki, dostosowania założeń wielkich stylów do współczesnej epoki, a naśladowanie, kopiowanie ich bez jakichkolwiek skrupułów. Architekci kopiowali z najdrobniejszymi szczegółami budowle minionych epok. Wtedy to powstały style zwane neogotykiem, neorenesansem, neobarokiem. Często architekci w swoich projektach byli niezwykle eklektyczni łącząc w jednym budynku elementy różnych styli. Pragnęli, aby ich dzieła były jak najbardziej dekoracyjne, pełne przepychu. Historycyzm dla wielu oznaczał upadek architektury. Nie działo się w niej nic innowacyjnego, twórcom brakowała inwencji i pomysłów. Dostrzeżenie kryzysu architektury dla niektórych było impulsem do poszukiwania inspiracji i propozycji wyjścia z niego. Zrodził się MODERNIZM. Modernizm – w Hiszpanii,  we Francji art nouveau, w Niemczech – styl młodości, w Polsce – Młoda Polska bądź secesja (secesja = oddzielenie, odłączenie, odcięcie). Secesja to wyrafinowana ornamentyka, płynne, krzywe i wijące się linie, niesymetryczność, delikatność, niezwykła stylizacja, bogata dekoracyjność, motywy roślinne, czerpane prosto z natury, mozaiki, witraże, malarstwo ścienne (a wszystkiego tego pełno jest w Barcelonie).            Gaudi początkowo był eklektykiem (o czym pisałam już wcześniej), w późniejszym okresie twórczość jego przepełniona jest secesją. Jednak był architektem niezwykłym. Gdy tworzył eklektycznie nie było to czyste i wierne kopiowanie, a przetwarzanie, inspirowanie, modernizowanie (też już o tym pisałam). Wielu architektów sądzi, a Gaudi szczególnie to poskreślał, że rozwój architektury okresu gotyku został nagle przerwany, a Gaudi twierdził, że gotyk załamał się na pożałowania godnym renesansie. Zakochany w gotyku tworzył prace wyrzucając i pomijając to, co w tym okresie było dla niego nieistotne.             Wcześniej pisałam, że Gaudi prowadził badania służące projektom, które okazywały się dla ówczesnych ludzi niemożliwe i niewiarygodne. Nie lubił przypór, które we wcześniejszych okresach były często stosowane w budownictwie do podtrzymywania obiektów. Zastępował je innymi konstrukcjami, co było przełomem (wcześniej uważano, że jedynie przypory są w stanie utrzymać budynek). Metoda jego doświadczeń polegała na tworzenie odwróconych modeli projektowanych konstrukcji, podwieszaniu ich do sufitu pracowni. W takich modelach przyszłe słupy i żebra łuków „odgrywane były przez sznurki przymocowane obydwoma końcami do wbitych w sufit haków. Przewidywane obciążenia i naciski konstrukcji naśladowano za pomocą woreczków z piaskiem, przywiązywanych do owych sznurków w odpowiednich miejscach. Mam do siebie ogromną pretensję, bo model takiego modelu widziałam w jednym z muzeów, a nie wykonałam zdjęcia, aby pokazać o co dokładnie chodzi w tych badaniach (wtedy sama nie wiedziałam, czego model ten dotyczy). Zwis każdej sznurkowej pętli układał się według krzywej, obrazującej największą wytrzymałość konstrukcji. Wystarczyło odwrócić uzyskany obraz, aby linie przebiegu sznurków przełożyć na usytuowanie skośnych filarów, podtrzymujących odpowiednio ukształtowane łuki żeber sklepienia.

            Strasznie się rozpisałam i pewnie zanudziłam, ale mnie Gaudi w pewien sposób fascynuje. Dla mnie to genialny architekt. Zastanawiam się, jak wyglądałaby Barcelony, gdyby dłużej żył… Choć pewnie poświęciłby się do końca życia Sagradzie Familii… Ale ciekawe chociaż, jak ona wyglądałaby..

 

18:48, kemotalamot , viejas
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 września 2008
Czuję już jesień

Wczoraj wróciłam do pracy. Po dwóch miesiącach odpoczynku. A pracy już mi brakowało i tego, co w niej robię.. Rozmawiam, opowiadam, tłumaczę, wyjaśniam, obserwuję przyrodę, eksperymentuję, doświadczam, maluję, śpiewam, tańczę na stojąco, na siedząco, na leżąco, poznaję świat zmysłowo, ćwiczę analizę i syntezę, gram, odpowiadam na setki pytań dziennie, pozwalam na samodzielność, nie wyręczam, nie pospieszam, nie zniecierpliwiłam się, uśmiecham się, chwalę (ale często krytycznie i rozsądnie), kreślę leniwe ósemki, dramatyzuję (ale mam na myśli metodę pracy), aktywizuję, ćwiczę, stosuję myślowe kapelusze (polecam tym, którzy pracują tam, gdzie ja – REWELACJA), uśmiecham się, dekoruję, porównuję kształt liter do rzeczywistych kształtów, integruję, stawiam pytania, stawiam problemy do rozwiązania, uczę współpracy, uspołeczniam, uświadamiam, pomagam wyznaczać zasady (choć rzadko sama je tworzę, choć są wyjątki). I masę najróżniejszych innych rzeczy. Codziennie coś innego. Codziennie nowe pomysły wdrażam w życie. Codziennie nowe pytania i wątpliwości. Codziennie widzę nowy sens mojej pracy. Codziennie w stanie stałej gotowości, choć innej każdego dnia. Jedna rzecz – codziennie ta sama: śliczne, uśmiechnięte buźki!

 

Dziś znalazłam pierwszego kasztana. Pierwszego kasztana też dziś dostałam. Od uśmiechniętego Filipa. To jeden z piękniejszych prezentów, jakie w życiu dostałam. Od razu schowałam głęboko do kieszeni, żeby nie zginął. Teraz leży na biurku. Na szczęście, na poprawę humoru. Jutro ja,  znaleziony przeze mnie kasztan komuś wręczę.

 

Kasztany to znak, że jesień zbliża się wielkimi krokami. Wiem, że zacznie się za kilka tygodni, ale nastrój mam już jesienny.

Jesień to dla mnie najbardziej malownicza pora roku. Nasycona kolorami. Nastrojowa, trochę romantyczna. Jesień to pyszna kawa lub gruszkowa herbata zaparzona w brązowym kubku z grubej porcelany. To ciepły koc i piękna książka. To nastrojowa muzyka sącząca się z głośników. To spacer z drugą dłonią włożoną w moją dłoń. Babie lato z delikatnymi pajęczynkami wirującymi w przestworzach (czy to nie zmysłowe?). Kolorowy deszcz liści. Ciasto z ostatnich w tym roku świeżych owoców z obowiązkową kruszonką. Kasztany, żołędzie, jarzębina, orzechy, grzyby (które uwielbiam zbierać). Śliwki, jabłka, gruszki. Cukinie, bakłażany, patisony, wytworne dynie, swojskie ziemniaki, niedoceniane buraki, złota kukurydza. Taką jesień lubię i na taką liczę. W tym roku planuję eksperymentować z burakami i ziemniakami…

                                            picassoPicasso, 1896

 

Casa Battlo

Postanowiłam wziąć się w garść. Ostatnio zaniedbałam mój blog i moich blogowych znajomych. Trochę mi wstyd. Mimo wielu przywiezionych z podróży wrażeń, powrotu do pracy i kilku jeszcze innych wydarzeń nie miałam natchnienia do pisania. Ale postanawiam teraz nadrobić zaległości..Więc dziś Katalonia dalej...

Jak już napisałam dla mnie w Hiszpanii wszystko jest sztuką. A jedną z nich bez wątpienia jest niezwykła architektura. Niezwykłe budynki nasycone wieloma detalami, które nadają im wyjątkowego uroku.

Barcelona to secesja i Gaudi (choć czasami Katelończycy sprzeciwiają się pojmowaniu jej tylko jako budynków tego architekta). A Gaudi to dla mnie geniusz. Większość jego budynków utrzymanych jest właśnie w stylu secesyjnym inspirowanym przede wszystkim naturą, ale także łączącym elementy innych stylów architektonicznych. Gaudi tworząc projekty swoich prac dbał o każdy, najdrobniejszy szczegół, dlatego treraz są one niezwykle urzekające.

Antonio Gaudi i Cornet urodził się w 1852 roku w miejscowości El Baix Camp niedaleko Terragony. Od urodzenia był dzieckiem o słabym zdrowiu i męczyły go bezustanne ataki reumatyzmu, co trzymało go z daleka od dziecięcych zabaw i gier i opóźniło pójście do szkoły podstawowej. Jego matka spędziła z nim wiele godzin poświęconych spacerom po wiejskich okolicach i obserwacji natury (co zapewne przyczyniło się do jego późniejszego geniuszu).

Spoglądając wstecz, w stronę swojego dzieciństwa Gaudi, jako dorosły mężczyzna napisał: "Łąki,  donice pełne kwiatów otoczone winnicami i gajami oliwnymi, wiwatujące swoim gruchaniem kurami, śpiew ptaków, bzyczenie owadami i góry Prades na przedmieściach to najprzyjemniejszy obraz natury. Taka natura jest na zawsze moją Mistrzynią i inspiracją".

W tym cytacie można dostrzec, że pierwsze lata życia były decydującym początkiem scieżki prowadzącej do jego niesamowitych, osobliwych i organicznych elementów stylu architektonicznego.

Gaudi w swoich pracach oprócz czerpania pomysłów z przyrody przetwarzał elementy dawnych styli architektonicznych, a także wprowadzał innowacyjne metody i formy. Sięgał przede wszystkim do gotyku zachowując jego symboliczne znaczenie w architekturze. Postanowił doprowadzić do odrodzenia się gotyku, jednocześnie odrzucając to, co w tym stylu mu się nie podobało. Przywracał gotyk zarazem stosując nowe, innowacyjne sposoby architektoniczne.  Prowadził własne, domowe eksperymenty z przenoszeniem cięzarów na różne elementy. W tym celu miał pokój, w którym zawieszone były skomplikowane sieci cieżarków i sznurków. System ten pozwolił Gaudiemu eksperymentować z rozwiązaniami technicznymi i wynajdowanie tych najlepszych bez przeprowadzenia długotrwałych obliczeń ani tym bardziej używania komputerów do wykonywania symulacji wirtualnych.

Casa Batlló (1904-1906)

CASA battlo

CASA battlo

CASA battlo

CASA battlo

CASA battlo

 

CASA battlo

CASA battlo

 Casa Battlo mieści się pod numerem 43 przy Passeig de Gracia. Budynek wpisuje się w "manzana de la discordia", czyli kwartał niezgody, ponieważ należy do wielu architektonicznych stylów.

Właściciel Josep Battlo początkowo planował zburzyć budynek. Dostał taki nakaz od ratusza Barcelony w 1901 roku. Jednak w maju 1904 napisał odwołanie prosząc o zgodę na całkowitą przebudowę domu.

Pierwsze piętro stało się domem pana Battlo i jego rodziny, pozostałe cztery miały zostać przerobione na mieszkania do wynajęcia.

Projekt przebudowy  zawierał patio wewnątrz posesji, zmianę podłóg oraz fasady, wypukły dach i całkowite przekształcenie części mieszkalnej.

Wewnętrzne patio powiększono i pokryto ceramicznymi płytkami zaprojektowanymi przez Gaudiego. Są one granatowe  na dole i stopniowo stają się coraz jaśniejsze aż dochodzą do bieli. Sprawia to, że naturalne światło lepiej i piękniej wkrada się do patia.

Koncepcja Gaudiego dotycząca fasady sprawiła, że budowniczy Jose Bayo nie spał trzy noce i dni aż dporowadził do podtrzymania jej przez nowe, cienkie kolumny wykonane z piaskowaca pochądzącego z pobliskiej góry Montjudic, gdzie zostały przygotowane do zastąpienia oryginalnych przypór.

Okna na głównym piętrze zostały powiększone i ich nowy wygląd przyczynił się do nadania nowemu projektowi Gaudiego przydomka "la casa dels Badalls" - Dom Ziewania. Inna nazwa to  "la casa dels ossos" - Dom Kości (od podobieństwa kolumn do szkieletu).

Na miejscu starych powstały nowe, zagięte balkony ze słynnymi balustradami, których pochodzenie było w różnoraki sposób interpretowane.

Na górze budynku można odnaleźć elementy, które przełamują symetrię fasady. Są to taras i wieża. Początkowo Gaudi chciał umieścić wieżę na środku najwyższej części fasady, ale zrealizaował w innym miejscu, ponieważ zorientował się, że takie rozwiązanie  przyczyniłoby się do "obezwładnienia" stojącej obok Casa Ametller zbudowanej przez Puig y Cadafalch (też piękny budynek, który chciałam zobaczyć - niestety zasłonięty był reklamą i najprawdopodoniej poddawany remontowi) i przyćmiło jej piękno. W związku z tym Gaudi przeniósł wieżę, a po lewej stronie fasady umieścił mały taras. Wieża pokryta jest kawałkami szkła, z wyrytymi monogramami Jezusa, Maryji oraz św. Józefa i otoczona krzyżem w kolorze kości słoniowej, które zostały wykonane na Majorce.

Niezwykły budynek, mi osobiście kojarzy się ze smokiem (choć może gdzieś tak wyczytałam i się zasugerowałam). Jest grzbiet smoka, są łuski, kości, a dolne kolumny to nogi. Więc dla mnie to Dom Smoka lub Dom Dinozaura. Pewne jest to, że Gaudi stworzył robiący ogromne wrażenie inspirując się naturą bądź bajkowymi stworami.

O innych dziełach Gaudiego w kolejnych wpisach... Chcecie?

 

18:36, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (4) »
piątek, 29 sierpnia 2008
Odłamki
Tak, jak na swoim blogu napisała Galapagos, tak i ja po moim powrocie z mojego raju, ukochanego miejsca wszędzie wokół poszukuję kawałków, odłamków Hiszpanii. I nie mogę włąsciwie nawet najmniejszego nigdzie odnaleźć... Wczoraj byłam na spacerze warszawskiem. Na Krakowskim Przedmieściu i Stary Mieście. Miejsca, które jeszcze niedawno, przed wyjazdem lubiłam teraz mnie odpychają. Czułam pustkę, wydawało mi się, że Warszawa to nieżywe miasto. Nie podobają mi się budynki, nie pasują mi tutejsze knajpki i kawiarnie, jest drętwo, sztywno i nudno... Nic się nie dzieje, ludzie są szarzy, a wszystko spowija jedna wielka nijakość... Rynek na Starym Mieście wypełniony jest kawiarniami i restauracjami, ale panuje tam mdła cisza, nie ma gwaru, mimo, że każdy ogródek jest wypełniony ludźmi... Oj, ciężki jest powrót do Polski... A najgorsze jest poczucie, że lubiłam wcześniej Warszawę, umiałam dostrzec jej uroki i piękno.. A po kolorowej Barcelonie, w której na każdym kroku coś się działo, wszędzie czekała na mnie przygoda i niespodzianka jest mi tu źle.... Mam nadzieję, że to uczucie i gorycz niebawem minie i będzie mi znowu dobrze, jak u siebie, ale chyba potrzeba czasu... Jak już tak będzie wtedy zacznę dostrzegać choć drobne odłamki mojego miejsca na świecie....
21:24, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (3) »
Pierwsze zetknięcie

Pierwsze zetknięcie z Barceloną było dla mnie koszmarne, prawie chciałam wracać i czułam się załamana.

Wyszliśmy z lotniska i przywitał nas okropny skwar i duchota. Nie było czym oddychać. W dwie minuty byłam cała mokra z gorąca. Po locie i od pogody momentalnie zaczęła bolić mnie potwornie głowa.

Udaliśmy się na przystanek na którym czekał na nas specjalny autobus zawożący pasażerów z lotniska do centrum (Placa de Catalunya), który wywarł na mnie, jak mało co tego dnia pozytywne wrażenie. Kierowca wpuszczał do środka tyle osób, że zajmowały one 1/4 miejsc siedzących, podjeżał pod kolejne terminalne, tak, że dopiero przy ostatnim wszystkie fotele były zapełnione. Autobusy te podjeżdżały jeden za drugim, miały dużo miejsca na walizki i dodatkowo specjalne półki bagażowe. Ponadto, aby dostać się do Centrum można wybrać metro, specjalną kolejkę, bądź oczywiście taksówkę. Do wyboru, do koloru. Poczułam się tak, jakby Barcelona na mnie czekała (nasunęło mi się od razu porównanie z polskimi warunkami i dwoma zwykłymi, miejskim autobusami, zawsze obładowanymi do granic możliwości, z małą ilością przestrzeni na bagaże jako jedyną z dwóch form dojazdu do lotniska - ach...)

Gdy dotarliśmy bezproblemowo do Placa Catalunya mnie głowa nadal bolała, nadal było parno, a do tego poczułam ogromny głód i ujrzałam tysiące ludzi, skuterów i motorów, co napawało mnie lekką trwogą. Tam wsiedliśmy do taksówki, która zawiozła nas pod hostel, w którym mieliśmy spędzić dwa tygodnie! Nie był on daleko ustytuowany, ale tylko z pomocą mapy i z ciężkimi bagażami, głodem i bólem głowy ciężko byłoby się tam dostać. Pod hostelem spotkaliśmy się z Joanem, który pokazał nam pokój, ustaliliśmy wszystkie szczegóły pobytu (przez pierwszą połowę miała nas być dwójka, w drugiej - czwórka). Wzieliśmy prysznic, rozpakowaliśmy się i ruszyliśmy w poszukiwaniu knajpy, w której moglibyśmy coś zjeść. Nasz hostel usytuowany był na Starym Mieście, więc w jego obrębie staraliśmy się coś znaleźć. Było duszno, śmierdziało sikami, były tłumy ludzi (sierpień to najgorszy miesiąc na zwiedzanie Barcelony), nie mogliśmy znaleźć żadnego miejsca (co jest dziwne w mieście kawiarń i knajp), które odpowiadałoby nam, z trudem znaleźliśmy aptekę (w celu zakupienia proszka od bólu głowy). W aptece... Katalonka nakrzyczała na nas (szczególnie na mnie), że źle stanęliśmy w kolejce i rzekomo kładłam się jej na plecach. Słowa na mój temat chyba przez 5 minut produkowała w kierunku biednej farmaceutki. No, ale cóż... Każdy czasem ma zły dzień...

Gdy już zjedliśmy, głowa przestała boleć, zbliżał się wieczór poszliśmy w kierunku Portu Vell, gdzie było całkiem przyjemnie. Spacerowaliśmy, znaleźliśmy przyjemną knajpkę i miło gawędziliśmy o wszystkim i o niczym... Dość wcześnie wróciliśmy do hostelu, gdyż byliśmy bardzo zmęczeni. Położyliśmy się spać, ale to była baaardzo ciężka dla nas noc. Na przeciwko hostelu znajdowała się Taberna. Klienci mogli stać na zewnątrz niej, przez okno zamawiać trunki i rozmawiać ze sobą i barmanem. My mieliśmy zamknięte okna, byliśmy na trzecim piętrze, a krzyki dochodzące z taberny nie dawały nam spać!!! Co przysnęłam budziłam się. Ok. 3 w nocy taberna zamknęła swe podwoje. Była cisza przez jakieś ... 15 minut. Do mementu powrotu Hiszpanek do pokoju obok, którym zachciało się plotkować... Opowiadały sobie coś niezwykle żywo i głośno... Gdy wreszcie zamilkły usnęliśmy i spaliśmy do rano...

Następny dzień już całkowicie odmienił moje myślenie o Barcelonie... Nie było aż takiego skwaru, nie śmierdziało sikami, nie bolała mnie głowa, zjedliśmy różne pyszności, zobaczyliśmy różne piękności, tylko ta Taberna.... Ale to już opowiem innym razem... ;)

taberna

Na zdjęciu: widać Tabernę, która nie dawała mi spać oraz bawiące się dzieci, które obserwowałam przez chyba godzinę... Na Starym Mieście nigdzie nie ma kontenerów na śmieci, więc mieszkańcy śmieci wynoszą przed dom. Dzieci znalazły kartony i zbudowały sobie statek, który był chyba z dziesięć razy przebudowywany. Poza tym głośno krzyczeli (jak na piratów przystało), a ojciec średnio się nimi przejmowała. Ciekawa to była scena. Tu ktoś podjechał rowerem, zabrał chłopców na przejażdżkę. Ktoś przeszedł, podniósł ich do góry. Jeszcze ktoś inny wskoczył do statku i chwilę się z nimi pobawił. To pierwsza kwintesencja Hiszpanii ;)

20:44, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7