;
niedziela, 26 października 2008
Okładki Złudy

Jeżeli spodoba mi się jakaś książką sprawdzam zawsze, jak została ona wydana w innych krajach. I nawiązując do wpisu  Chihiro lubię książki pięknie wydane, ze starannie zaprojektowaną okładką, odpowiednio dobranym na niej motywem. Oczywiście, jeśli książka wydaje mi się interesująca pod względem treści, a ma brzydką okładkę i tak po nią sięgnę, ale niekoniecznie ją kupię (a raczej wypożyczę). I tak jak Chichiro mając do wyboru kilka wydań nie wezmę pierwszego z brzegu, a obejrzę wszystkie i wybiorę najpiękniejsze. Nie będę pisała o  cechach okładek, które najbardziej mi odpowiadają, bo tu zgadzam się z Chichiro w stu procentach!  Odnalazłam kilka wydań Złudy na świecie. Nie podam z jakiego kraju czy okresu pochodzą, ale ciekawa jestem która okładka podoba Wam się najbardziej?

 l

                                 

                                               nada

                                                  nada

                                                  nada

                                                nada

                                               nada

                                               nada

14:21, kemotalamot , librería
Link Komentarze (9) »
Siesta i Złuda

Herbata z bergamotką i cytryną dostarcza przyjemnych wrażen zapachowych. Przez nią próbuje przebić się zapach wywołujący niezwykłą ochotę na pomarańcze olejku eterycznego. Udaję się w podróż dookoła świat dzięki Sieście – mozaice rytmów z gorącej i tęsknej Kuby,  zbalansowanej Portugalii, zamyślonej Hiszpanii,  nieznanego Uzbekistanu i innych dalekich i egzotycznych krajów. Siesta  u mnie nie tylko muzycznie. Czytam (głównie   ZeszytyLiterackie  , przesadzam kwiatki (najnowszy zakup  selaginella ), oglądam (już za chwilę Pora Umierać ).

Ostatnio przeczytałam  Złudę, książkę  Carmen Laforet .

                                                   nada

Przeniosłam się nieco do Barcelony lat 40 XX wieku. I jestem wdzięczna losowi, że nie jestem Andreą, która pełna marzeń, wielkich nadziei i planów przyjeżdża na ulicę Aribau. Jednak jej wyobrażenie o życiu w wielkim mieście, baśniowym dla niej świecie Barcelony pryska z momentem wejścia do kamienicy swojej babki. Z tym momentem też książka wciąga czytelnika bez opamiętania, intryguje i rozbudza chęć poznania historii Andrei zamkniętej w domu razem z Glorią, Juanem, babcią, Antonią, Romanem, Angustias i psem Truenem (hiszp. grzmot, piorun).

Bohaterowie są niejednoznaczni, nie sposób ich ocenić czy przypisać jakiejś kategorii. Są postaciami tragicznymi, raniącymi siebie nawzajem, uprzykrzającym sobie życie  mimo mieszkania pod jednym dachem, mimo bycia najbliższymi sobie osobami. To istne upiory .Andrea pragnąca odmienić swój los, szukająca lepszego życia w Barcelonie wypełnionej pięknymi kamienicami, parkami, eleganckimi mieszczanami odnajduje tylko pustkę, samotność, ból. Musi zmierzyć się z głodem, brudem i mrokiem panującymi w domu. Poznaje kilka osób spoza domu ( najpierw radosną Enę, która staje się jej bliską przyjaciółką – ich relacje poddane zostaną jednak trudnej próbie, następnie artystyczną środowisko studenckiej bohemy), które zdaje się, że staną się jej ukojeniem i bratnimi duszami, jednak są one kolejnymi złudzeniami…  

            Mnie Złuda zahipnotyzowała, choć chwilami była przykra i obdarta ze złudzeń. Pokazała prawdę o tym, co może dziać się na sąsiedniej ulicy. Ukazała toksyczne związki między ludźmi, często żyjącymi w jednym mieszkaniu. Trochę przypominała w wymowie „Moralność pani Dulskiej”. Pełno w niej kołtunierstwa, dulszczyzny, obłudy i fałszu, dbałości o pozory.   Pseudomoralności i kierowania się w życiu prawidłami drobnomieszczańskimi. Główna bohaterka tkwi w zaduchu i kurzu nigdy nie wietrzonego domu, ale także w zaduchu własnej drobnomieszczańskiej rodziny. Mnie książka w pewien sposób urzekła, lecz zgadzam się z Chiarą, że nie każdemu może przypaść do gustu. Lafort mistrzowsko tworzy fabułę, stale jest w niej pełno niedopowiedzeń,  tajemnic, niejasności. Czuć kurz unoszący się w całym domu, po zamknięciu oczu zobaczyć można piękne, ozdobne kamienice, odczuwa się emocje towarzyszące Andrei. W tym roku wznowiona Złuda  powstała w 1944 roku, a jej przekaz jest ponadwymiarowy, nadal aktualny.  Świetna pozycja, zdaje się, że jedna z moich ulubionych!

13:52, kemotalamot , librería
Link Komentarze (3) »
piątek, 24 października 2008
Zapraszam do Fotoplstikonu

Wybieraliśmy się kilka lat i jak sójka nie mogła wybrać się nad morze tak my nie mogliśmy dotrzeć do fotoplastykonu. Wreszcie udało mi się i polecam! Jeśli chcesz choć na chwilę, choć w wyobraźni przenieść się w przeszłość, gdy nie było jeszcze kina, nie mówiąc już o innych dziełach techniki udaj się do starej kamienicy w Alejach Jerozolimskich. Tam właśnie pod numerem 51 wejdź w bramę, obok której setki razy przechodziłeś, a nie przyszło Ci do głowy wejść, zajrzeć, zobaczyć, czy przypadkiem nie czeka tam na Ciebie przygoda.. Odnajdź tam szyld z napisem Fotoplastykon, zamknij oczy i wyobraź sobie, że jesteś nie w XXI, a w Xix. Wtedy właśnie powstał Fotoplastykon Warszawski, który był wielką innowacją, ogromnym dziełem sztuki technicznej. Usiądź na krześle, otwórz szeroko oczy i zajrzyj w okulary, które przeniosą Cię w daleki świat, w odległe czasy tak, że poczujesz się, jakbyś naprawdę patrzył na to, co dzieje się na zdjęciach! Podziwiaj, aktualnie zdjęcia Japonii w trójwymiarze! Wsłuchaj się w sączącą się z głośników muzykę, stare cudowne piosenki w najpiękniejszym języku świata, w języku polskim (czy jest bardziej dźwięczny i zmysłowy język? – dla mnie nie!). I zastanów się, jakim wydarzeniem ponad sto lat temu było wybranie się do Fotoplastykonu. Wyobrażam sobie, że zakładano odświętne ubranie, przywdziewano piękne kapelusze, starannie układano włosy i z całą rodziną udawano się w al. Jerozolimskie zaczerpnąć trochę niesamowitej rozrywki. Ach, cudowne to miejsce, będę do niego powracać nieraz i nie dwa.. Aby znów się zatracić, skręcić z głośnej i ruchliwej ulicy, aby zaczerpnąć chwili niezwykłego spokoju i przeniesienia się hen, hen w przeszłość!

         fotoplastikon

 

Historia Fotoplatykonu – przeczytaj, bo jest ciekawa

 Fotoplastykon  w Wikipedii

Strona Fotoplastikonu

 

Fotoplastikon

 kamienic

 przy Al. Jerozolimskich 51

Już nóżkami nie przebieram ;)

Opinie są podzielone. Dla niektórych tandetna, banalna i naciągana. Bezwartościowa i kiczowata. Ja jednak byłam zchwycona. Od pierwszej strony polubiłam ją i nie mogłam się oderwać. Intrygowała mnie i ciekawiła jej aura tajemniczości. Będąc w Barcelonie w niektórych miejscach odnalzłam cień wiatru. Bo Barcelona jest wielowymiarowa, nieodgadniona, zaskakująca. Wystarczy skręcić z ruchliwej, lekko przereklamowanej i męczącej Rambli, by znaleźć się w zaułku wyjętego niczym z książki Zafona.  Jakiś czas temu w Hiszpanii ukazała się jego nowa pozycja. Przebierałam nogami z niecierpliwością, aż będzie dostępna u nas. I z nieukrywaną radością informuję, że już jest! Gra Anioła jest już nad Wisłą! Kupuję i mam zamiar znowu się zatracić...

                                          zafon

10:48, kemotalamot , librería
Link Komentarze (5) »
wtorek, 21 października 2008

Pięknie dziękuję Chichiro za zaproszenie mnie do wspólnej zabawy ! Podobnie, jak ona za łańcuszkami nie przepadam, ale ten jest wyjątkowy! Sensowny i nie obiecujący, że po przesłaniu go do 10 osób spotka mnie niesłychane szczęście czy też uratuję czyjeś zdrowie. A do tego zaproszająca jest tak miła, że już w ogóle nie mogłabym odmówić! A więc próbuję zmierzyć się z czytelniczymi pytaniami (nie czytam odpowiedzi Chichiro, aby w żaden sposób się nie sugerować, przeczytam później ;)

O, hura, hura, ja teraz także mogę zprosić ;) Nie wiem, czy dziewczyny się zgodzą, znajdą chwilę i chęci, ale zapraszam do zabawy: Zielonooką (jestem niezwykle ciekawa jej odpowiedzi, o ile ich udzieli), Patekku, Dziewczynę z wyśnionego zacisza i jeszcze jedną Zielonooką! Dopraszam jeszcze La Polaquite! Mam nadzieję, że znajdzie chwilkę na przeprowadzenie wywiadu!

 

1.O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?

Najwięcej książek zapewne przeczytałam w łóżku, przed zaśnięciem. To chyba moje ulubiona pora dnia na czytanie, choć czytam także w ciągu całego dnia, rano, po południu, wieczorem. Nie potrzebuję całkowitej ciszy, aby móc rozumieć czytane przeze mnie zdania i dostrzec sens treści, ale wieczory pozwalają mi na całkowite skupienie się na książce, wniknięcie w nią, w historię, jaką opowiadają. Cisza, spokój, delikatne światło lampki. Tylko wieczorami  czytając przeżywam uczucie tzw. uskrzydlenia, czyli całkowitego zespolenia się z książką oraz jej treścią, często tak, że nie zauważam, kiedy mija czas, kolejny kwadrans, kolejna godzina… W weekendy lubię czytać rano, także w łóżku, ale przed wstaniem.. W łóżku chyba po prostu najlepiej mi się czyta! Jestem łóżkowym molem książkowym!

2.Gdzieczytasz?

Jak już napisałam w odpowiedzi na wcześniejsze pytanie – przede wszystkim w łóżku, ale także w łazience (ale tam czytam przede wszystkim etykietki na kosmetykach – nie to, żeby mnie to szczególnie ciekawiło, ale chyba tak bardzo lubię czytać, że muszę sobie znaleźć jakieś zastępstwo książki czy gazety), na fotelu. Gdy pogoda na to pozwala lubię czytać w parku, na ławce ( przy okazji się opalam).. Oj, pisząc to rozmarzyłam się, kiedy znowu spakuję w plecak książkę, jakąś pyszną przekąskę, sok ananasowy i wsiądę na rower, pojadę do parku (może tego przy Królikarni), zasiądę na ławce i nie będę wiedziała, kiedy mijają chwile spędzone na czytaniu, robiąc sobie tylko chwilowe przerwy na wsłuchanie się w śpiew ptaków i obserwowanie kaczek w stawie… No, ale za daleko odbiegam od tematu… Czytam także w autobusach, tramwajach, metrze ( to jest plus poruszania się komunikacją miejską), ale wtedy wybieram książki z gatunku „łatwych, lekkich i przyjemnych” oraz gazety. Nie czytam podczas wakacji. Owszem, zawsze zabieram ze sobą kilka książek, mam szczere zamiary nadrabiania zaległości czytelniczych, ale łapię się zawsze na tym, że nie potrzebnie dźwigam zbędne ciężary (oczywiści nie mam tu na myśli przewodników).

3. Jeśli czytasz (na leżąco) w łóżku, to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu?
Zawsze na plecach. Ładuję pod głowę poduszki i poduszeczki, aby głowa była uniesiona (choć śpię na malutkiej poduszce)  i czytam…Nigdy nie czytam na brzuchu, jest mi nie wygodnie i szybko męczę się czytaniem..

4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?

Zdecydowanie powieści. Poruszające najróżniejsze tematy, zagadnienia, problemy.  Najbardziej chyba lubię książki, których jednym z bohaterów jest miasto lub chociaż tworzy tło akcji. Czasem sięgam po kryminały, ale wybieram właśnie takie rozgrywające się w konkretnym miejscu na ziemi, w których miasto jest wyraźnie wpisane w fabułę (choć kryminały czytałam namiętnie kilka lat temu, teraz są one pojedynczymi czytelniczymi epizodami). Lubię udawać się w czytelnicze podróże po najodleglejszych zakątkach ziemi. Dlatego z przyjemnością  zaglądam na  stronę Miejskie czytanie   Chętnie czytam książki poruszające temat zetknięcia się dwóch, czasem całkiem odmiennych kultur!Nie cierpię fantastyki! Ach, uwielbiam czytać książki kulinarne, z przepisami, o gotowaniu, jedzeniu, które potraktowane są w nich jako swoisty rodzaj sztuki!5. Jaką książkę ostatnio kupiłaś/-eś?Ann Patchett „Biegnij”,  Carmen Laforet „Złuda”, “La nonna La cucina La vita”, “A table”, Maggie O'Farrell  Zniknięcia Esme Lennox”
6. Co czytałaś/-eś ostatnio?

”Złuda” Carmen Laforet (recenzja zapewne wkrótce).

7. Co czytasz aktualnie?

”Comedia infantil” Henning Mankell.

8. Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?
Staram się używać zakładek. Chętnie je kupuję i dostają. Obecnie mam kilka, przywiezionych z Barcelony. Uwielbiam zakładki z obrazami, ale także z pięknymi fotografiami. Obecnie używam z obrazem La Pedrery. Niestety często zakładki gubię i wtedy muszę się ratować pocztówkami, karteczkami w ich roli. Gdy wieczorem odkładam książkę na stolik przy łóżku kładę ją do góry grzbietem, otwartą na stronie na której zakończyłam czytanie.

9. Co sądzisz o książkach do słuchania?Są dobrą alternatywą dla tradycyjnych książek papierowych, ale ja osobiście w tej formie po książkę nie sięgnęłam. Chyba zbyt wiele uroku ma dla mnie szelest przewracanych kartek, dotyk papieru, zapach tuszu. Poza tym czytając wtapiam się w książkę, wyobrażam sobie bohaterów, ich wygląd, gesty, otoczenie, a także czasem ich głos. Czytający książkę mógłby mi tę frajdę zepsuć. Nieodpowiednią interpretacją, akcentem.. Ale mimo to popieram książki do słuchania. Myślę, że za kilkanaście lat, gdy wzrok mi wysiądzie skuszę się..

10. Co sądzisz o ebookach?
Świetna forma promowania książek i czytelnictwa. Jednak wszystko wolę czytać napisane na papierze. Większość informacji, które chciałabym lub muszę przeczytać, a znajdują się w komputerze drukuję. Męczy mnie wpatrywanie się w monitor, nie jestem w stanie także dobrze skupić się na tym, co czytam. Nie wiem dlaczego, ale wyjątek stanowią blogi (ale tu znów odbiegam od tematu) !

 
23:02, kemotalamot , librería
Link Komentarze (5) »
sobota, 18 października 2008
Wieści

Najnowsze wieści Sędzia Garzon ściga frankistów oraz sąd nad dyktaturą Franco, zakaz reklamowych sandwiczy w Madrycie

Na sobotnie popoludnie zespół Chambao (Chambao w Wikipedii)

A ja tymczasem uciekam poznawać nowe zagadnienia z zakresy andragogiki ;)

10:20, kemotalamot , polecarnia
Link Komentarze (2) »
piątek, 17 października 2008
Technika ze mną wygrała ;)

Bardzo chciałam wkleić najróżniejsze zdjęcia wykonane przeze mnie i dodać nowe wpisy, które stworzyłam już jakiś czas temu i które bez fotek nie mogą się obejść..Ale coś w bloxie się popsuło i od kilku dni nie chcą mi się wklejać zdjęć! Czy też macie taki problem?A może wiecie, jak go rozwiązać?

Na wszelkie komentarze odpiszę, a także sama pokomentuję Wasze wpisy w następnej wolnej chwili, której mi aktualnie brakuje..

środa, 15 października 2008

Ponieważ z założenia miał być to blog nie o mnie, a o pięknej, a czasem nikczemnej Hiszpanii polecam artykuł o Barcelonie !

"Barcelona jest miastem z poczuciem humoru, bo przecież miasta są różne: ciepłe, zimne, klasyczne nowoczesne, przytulne, takie i owakie. A Barcelona nie jest wcale dystyngowana, z tymi swoimi wielkimi nazwiskami, ze statusem stolicy, z milionami turystów, ona zawsze mnie rozśmiesza.
Raz wsiadłam do pociągu o piątej rano, na miejscu byłam po siódmej. Wysiadałam z pociągu jakby to była stacje Włocławek Zazamcze, bez emocji. Wychodząc z dworca spojrzałam ku górze a niebo było całe różowe. Poranne różowe niebo, różowiutkie jak landrynka, kto to widział?! Pięknie sie komponuje, kochana, z Twoimi mozaikami, z Twoimi palmami, z Twoimi placami. Ludzie na przystanku patrzą na niebo, sprzedawcy gazet, kelnerzy rozkładający stoliki na chodnikach, wszyscy się z twojego żartu śmiali, Barcelono.
Inny razem, szukając pewnego adresu zabłądziłam w uliczkę,jak z okładki Zafona “Cień wiatru” , takie same chodniki, latarni, mury, taka sama powaga i cisza. Lecz ostatnim razem przebiła samą siebie. Zażaratowala sobie ze mnie, cały dzień nic się nie działo, a jednak. Mowilam jej, że nie dziś, same mam powane sprawy, nie będzie kafejek i lekkiej cavy, nie będzie spacerków, tylko będą grube mury adwokackich gabinetów i nowoczesne wnętrza.
I juz byłam pewna, że do niej to dotarło i bedzie już ze mną poważna ta cała Barcelona. Gdy wysiadając z metra zbliżałam się do dworca , w miejscu, w którym nigdy nic nie sie działo, tego dnia dział się koncert, na trąbkach i bąbnach, 10 bębnów , 10 trąbek, wielki hałas, festyn uliczny, tańczą panie trzymając w rękach swoje torebki, tańcza dzieci. I festyn jak festyn, bardzo fajnie. I już miałam odejść gdy zagrali “ La rumba de Barcelona” zespołu Mano Negra a przecież wszyscy wiedzą , że to moja ukochana piosenka.
Ech co za żartowniś, dla każdego ma po prezencie." ( Niestety to nie mój cytat, a
piszącej  niesamowicie pięknymi słowami Galapagosce- mam nadzieję, że nie będziesz dla mnie wredna za wykorzystanie cytatu, ale niesamowicie mi się spodobał, tak bardzo, że przepisałam go sobie ;) Jeśli życzysz sobie, abym go usunęła oczywiście uczynię to!)

22:01, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (1) »
piątek, 03 października 2008
Dynie, festiwale i Wrocław

Pisałam już, że uwielbiam jesień. U mnie w domu jesień wczoraj zawitała. Dyniowo. Na komodzie w koszu odpoczywają dynie, tykwy, patisony. O fantazyjnych kształtach i kolorach. Tylko jesień mogła je wymyślić.I za te dynie także ją uwielbiam!  Muszę wkrótce coś dyniowego upichcić..

Planujemy za tydzień odwiedzić Wrocław. Miasto, które od lat mi się marzy. Liczę na udany DyniowyFestiwal. Mam nadzieję załapać się na  FestiwalOpowiadania .

Poza tym ekscytuję się WarszawskimFestiwalemFilmowym  , które już od 10 października. Ciekawe, czy coś z festiwalowych propozycji uda mi się zobaczyć..

A co do Wrocławia, macie tam jakieś ulubione miejsca? Co warto zobaczyć, zjeść, odwiedzić? Oczywiście poza miejscami oczywistymi. A może wicie coś o niezwykłych wrocławskich wydarzeniach najbliższych dni?

czwartek, 02 października 2008
W małym kinie

Marzy mi się pójść do Małego Kina.. Takiego, jak to z Ciemna Paradiso. Gdzie filmy są pasją, radością, rozrywką, a zarazem miejscem przemyśleń dla ludzi. Gdzie idzie się obejrzeć film, a po nim podyskutować, porównać, powspominać, odnieść wrażenia filmowe do osobistych doświadczeń. Gdzie nie czuć wszechobecnego zapachu popcornu, a zapach taśmy filmowej… Gdzie kino tworzą ludzie, a nie bezosobowe maszyny. Kino, które jest miejscem spotkań, siedzenia się rozkładają i składają tak, że trzeba szybko wstać, aby nas nie przycięło ;) Gdzie skrzypi także drewniana podłoga, kino, w którym stoi pianino. Które jest całkowitą ucztą dla zmysłów. Dla oka – piękne, filmowe krajobrazy, stroje, niezwykła fabuła, a także kino jako budynek, jego architektura. Piękne, rzeźbione sufity, stare lampy na ścianach, obite zamszem fotele. Dla ucha – cudowna, sycąca, czasem niepokojąca muzyka.. Dla nosa – zapach taśmy filmowej, zapach perfum przybyłych kinomaniaków.

 

Zachwycam się muzyką Mieczysława Fogga.. Przenoszę się w czasie, zapominam się, rozkoszuję się słowami, melodią, głosem… A Fogg śpiewa o kinie z moich marzeń i snów!

sobota, 27 września 2008
Kia ora!

Wróciłam dziś na studia. I choć rano ciężko mi się wstawało, marzyłam, by dłużej powylegiwać się pod kołdrą, by zamknąć oczy i jeszcze udać się w krainę snu, choć nawet zapach porannej kawy nie postawił mnie do końca na nogi, choć miałam nieprzyjemną świadomość spędzenia całego dnia w pozycji siedzącej jestem bardzo zadowolona, że zaczął mi się kolejny rok akademicki. Miałam ciekawe zajęcia (może poza jednymi), poruszone zostały (choć na razie wstępnie) zagadnienia, które mnie interesują. Teraz mam przypływ swoistej radości z powrotu do nauki. Sprawia mi ona satysfakcję i pewną przyjemność, choć wiem, że ciężki rok przede mną. Wiele się w moim życiu zmieni, wiele muszę zrobić, przygotować, ale zmian wszelkich nie mogę się już doczekać. W tym roku mam zajęcia z antropologii kulturowej, którą marzyłoby mis się kiedyś studiować. Interesują mnie wszelkie zagadnienia związane z kulturą jako taką oraz z różnorodnymi kulturami. Ciekawe dla mnie jest to, jak bardzo zdeterminowani jesteśmy przez kulturę, jej elementy, jak inaczej wyglądałoby nasze życie gdybyśmy żyli w innym czasie, w innej przestrzeni, wśród innych tradycji i obyczajów. Wydaje nam się, że jesteśmy ludźmi wolnymi, podejmujemy samodzielnie decyzje, a często nie zdajemy sobie z prawy z tego, jak bardzo od kultury jesteśmy uzależnieni. Wiadomo, że jednym z elementów kultury jest język. Znamy wszystko to, co umiemy nazwać. Tego, co nie istnieje w naszym języku dla nas nie istnieje wcale. Język wyznacza postrzeganie przez nas świata. Podając, zapewne znane wszystkim przykłady można się o kulturotwórczej funkcji języka przekonać. My na śnieg i jego formy mamy może pięć-sześć określeń – Eskimosi – kilkadziesiąt. Na piasek w języku polski mamy niewiele określeń (właściwie ja mogę jedynie wymienić – mokry i sypki, jakie jeszcze mogą być) – Arabowie kilkadziesiąt. Plemię Hopi  pochodzące z Ameryki Południowej na to, co lata ma zaledwie dwa określenia – „ptaki”  (gdyż stanowią dla nich źródło pożywienia) oraz inne „obiekty latające”.  Pewnie przykładów tego typu jest ogromna ilość (znacie jeszcze jakieś?). Dowodzą one temu, że każda kultura operuje językiem, ale każda czyni to w odmienny, swoisty tylko sobie sposób. Inne jest więc także postrzeganie świata, odbiór rzeczywistości. No, nic przynudzam już pewnie, ale nie mogłam się powstrzymać, gdyż dla mnie jest to niezwykle ciekawe.. A dla Was?

Tak więc studiowanie jest dla mnie dość przyjemne, choć zapewne jutro znowu będę miała ogromny problem ze wstawaniem.. Ale pomyślę wtedy, że studiowanie to powód do dumy i że nie muszę, aby móc się uczyć jednocześnie upokarzać się. Pierwszy egzamin doktorancki kobiety w Polsce miał miejsce w 1903 roku w Krakowie. Wywołał ogromne oburzenie. Mimo to pozwolono kobietom studiować pod warunkiem, że… będą gotowały i prały mężczyznom pracującym na Uniwersytecie…

                                      hopi

wtorek, 23 września 2008
Podczas pobytu w Barcelonie nie mogliśmy nie odwiedzić Muzeum Picassa, które mieści się w zabytkowym pałacu przy via Montcada. Pablo Picasso spędzili w Barcelonie młodość, i taki charakter - wczesnych dzieł malarza - ma dzisiejsze muzeum. Pokazuje zainteresowanie młodego artysty sztuką paryską przełomu wieków. Znalazły się tu także niektóre dzieła z okresu błękitnego, różowego i kubistycznego, podarowane miastu przez twórcę Panien z Avinionu. Mnie zaskoczyły wczesne, trochę nieporadne prace, kiedy malował z natury. Podpisywał je wówczas pełnym nazwiskiem Pablo Ruiz Picasso. Picasso zazwyczaj kojarzył mi się z kubizmem, trójwymiarowymi formami wpisanymi w obraz. W Muzeum odkryłam całkiem innego Picassa. Okazało się, że tworzył malutkie prace przedstawiające piękne widoki i krajobrazy oraz dzieła, które mogę śmiało określić jako impresjonistyczne. W Muzeum obejrzeć można także ceramiki stworzone przez artystę w ostatnich latach swojego życia. Myślę, że Muzeum Picassa jest obowiązkowym punktem podczas pobytu w Barcelonie.

Talent Picassa odkrył jego ojciec, który był znakomitym rysownikiem. Picasso kształcił się w Hiszpanii, później w Paryżu 1900-1902, gdzie znaczny wpływ na jego twórczość miało zetknięcie z postimpresjonistami oraz zwłaszcza Henri Toulouse-Lautrec'iem. Z tego okresu pochodzi moja ulubiona La espera:

      

W latach 1901-1904 prace Picassa określa się jako okres niebieski. Były to prace utrzymane w kolorycie melancholijnym, ukazując tematykę i postaci osób biednych. (Więcej )

     picasso

 

Po tym okresie twórczość Picassa weszła w okres różowy, sceny z życia między innymi cyrkowców. Świetny artykuł o Picassie i cyrkowcach znajdziecie  tu .

    

 

Od roku 1907 Picasso pod wpływem Paula Cézanne'a oraz sztuki iberyjskiej i afrykańskiej rozpoczął twórcze eksperymenty z geometryzacją i uproszczeniem formy, które dały początek kubizmowi. W dalszym okresie po współpracy z Braque'iem skrystalizowały się zasady kubizmu analitycznego, hermetycznego i syntetycznego.

   

Następne lata charakteryzowały ciągłe poszukiwania twórcze. Gdy wybuchła wojna domowa w Hiszpanii opowiedział się po stronie republikańskiej, a w roku 1937 za 200 tys. peset namalował słynną Guernicę, obraz wystawiony w Pawilonie Hiszpanii na Wystawie Światowej w Paryżu. Okres II wojny światowej spędził w Paryżu, w roku 1944 wstąpił do Francuskiej Partii Komunistycznej, a po wojnie zaangażował się po stronie ruchów lewicowych i pokojowych.  

Strona Muzeum - warto ją odwiedzić, aby dowiedzieć się o artyście trochę więcej

Poza tym miałam to szczęście, że w Barcelonie mieszkałam na Starym Mieście, a po wychyleniu się przez balkon mogłam dostrzec ulicę Avinyo. Ulica ta była dla Picassa inspiracją do stworzenia dzieła "Panny z Awinionu" (owe panny pochodziły z ulicy Avinyo, a nie jak się błędnie sądzi z miejscowości Avignon). Przedstawia ono prostetytutki z Carrer Avinyo niedaleko której artysta mieszkał i z których usług korzystał i dzięki której, jak mawiał sam malarz stał się mężczyzną. Mówi się, że dzieło to jest jednym z najbardziej wpływowych dzieł sztuki ostatnich 100 lat.        

    

Więcej o Pannach z Avinyo tu i tu 

18:56, kemotalamot , pintura
Link Komentarze (2) »
czwartek, 18 września 2008
Moje zapachy

Uwielbiam zapach świeżo skoszonej trawy. Ale musi być ona właśnie świeżuteńka, ścięta chwilę temu. Lubię zapach letniego deszczu przynoszącego ochłodę. Zapach ten kojarzy mi się z dzieciństwem. Gdy zabawę na podwórku grupki  dzieci nagle przerywał deszcz wracały one domu. Tam w oknie czekały aż przestanie padać, zakładały kalosze na chude, gołe nogi i wychodziły skakać po kałużach, obserwować wyczołgujące się zewsząd ślimaki i dżdżownice (których osobiście nie znosiłam), wdychać zapach przychodzący wraz z deszczem i unoszącym się chwilę po nim oraz wypatrywać tęczy, która była znakiem, że wyszło słońce i że zabawy po chwilowej przerwie mogą być wznowione.  Uwielbiam zapachy kuchenne w łazience. Cynamon, karmel, czekolada, kokos, brązowy cukier, kawa to zapachy, którymi rozkoszuję się podczas kąpieli i wszelkich zabiegów łazienkowych. Zwłaszcza jesienno-zimowych, kiedy to  przyjemnie rozgrzewają i umilają  nieprzyjemne wieczory i poranki. Ubóstwiam zapach pieczonego ciasta, który kojarzy mi się także z dzieciństwem. Mama ciasto piekła zazwyczaj w prodiżu do którego zaglądały moje małe oczka sprawdzając czy przypadkiem nie jest już gotowe. Gdy było– mama wyjmowała je na talerz lub tacę, a ja wyjadałam jego skrawki. Ciepłe były najpyszniejsze.

Nie mogłabym czytać elektronicznych książek, gdyż liczy się dla mnie zapach papieru, szelest przewracanych kartek, wygląd okładki. Gdy czytam co jakiś czas zanurzam nos w stronnice książki, aby poczuć ich zapach. Widząc książkę, jej wnętrze mogę sobie wyobrazić jej zapach. Niektóre pachną kurzem tak mocnym, że chce mi się kichać. Inne świeżutką nowością bądź drażniącą farbą drukarską. Ja najbardziej lubuję zapach starości książkowej, gdy mogę sobie wyobrażać, kto przede mną miał w rękach czytane właśnie dzieło. Ot, można rzec taki mały powrót w wyobraźni do przeszłości.Ukochanym zapachem jest także zapach świeżutkiego prania (o tym zapachu przypomniała mi Charlotte). Gdy dni są ciepłerozwieszam pranie na sznurkach, pozwalam im wietrzyć się w podmuchach delikatnego wiatru, ogrzewać promieniami ciepłego słońca, nasączać zapachem niezwykłej świeżości. I takie pranie najpiękniej pachnie. Szczególnie pościel. Jedną z cudowniejszych chwil jest ta, gdy otulam się kołdrą powleczoną w dopiero co wypraną poszewkę. Zasypia mi się wtedy i śpi bajkowo. Charlotte w komentarzu wspomniała także o zapachu prasowania. Ja lubię także ten aromat, ale w wersji maglane. I jest to kolejne wspomnienie dzieciństwa i nie ma ona swojej kontynuacji w teraźniejszości. Gdy byłam mała wyprana i wyschnięta pościel zwijana była w perfekcyjny kłębek, wałek, owijana ogromnym ręcznikiem, zakładana na ramię taty i zanoszona przeze mnie i siostrę do magla. W pewien sposób fascynowało mnie to miejsce, ogromne wałkownice i unoszący się tam zapach. Pranie zostawiało się tam, a po kilku dniach odbierało idealnie wyprasowane, bez najdrobniejszego zagięcia czy fałdki. To była dla mnie magia.

Zapachów lubianych, uwielbianych, ubóstwianych mam niezwykle wiele, lecz te są dla mnie szczególne i najprzyjemniejsze. A dla Was jakie?

 T

W dzieciństwie miałam przedziwną koleżankę, która oprócz miliona najróżniejszych  dziwactw  uwielbiała zapach piwnicy i benzyny. Przy każdej nadarzającej się okazji podkreślała, że marzy o perfumach w tych właśnie zapachach.. Pięknie pachniałaby, prawda?

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7