;
środa, 19 maja 2010
Klocki

 

 

 

 

piątek, 14 maja 2010
rowery i Prenzlauer Berg

Berlin to miasto rowerów, nie jest ich tam tak wiele jak w Amsterdami, ale jest ich napewne duuuuuużo. To miasto dla mnie pod kolejnym względem;) :

 

 

W Berlinie mieszkaliśmy w dzielnicy Prenzlauer Berg. Mogłabym chyba w niej zamieszkać na dłuższy czas. Zauroczyła mnie. Czytałam, że dzielnica staje się coraz bardziej „trendy” i turystyczna, lecz w jej przypadku absolutnie mi to nie przeszkadza.

Prenzlauer Berg wypełniają kamienice zbudowane przede wszystkim w końcu XIX wieku, kiedy to zaczęto tworzyć budynki zwane „czynszowymi koszarami” z przeznaczeniem dla robotników. Były to zwykle ciasne dwupokojowe mieszkania. Kamienice posiadały pośrodku niewielki dziedziniec obsadzony drzewami ( mieszkaliśmy w takiej kamienicy, miała ona podwórko pośrodku,  a także piękne wysokie okna). Początkowo była to najuboższa część Berlina, lecz zarazem najgęściej zabudowana i zaludniona.  W czasie Drugiej Wojny Światowej niewielka część zabudowy dzielnicy została zniszczona, szczególnie w porównaniu z innymi częściami Berlina. W latach powojennych dzielnica długo nie cieszyła się popularnością, wszelkie siły i pieniądze przeznaczane były na rozbudowywanie i odnawianie innych części miasta. Wiele kamienic zaczęło się „sypać” i straszyć wyglądem przechodniów. Do dziś w bocznych uliczkach dzielnicy można odnaleźć stare, nieodnowione domy dające wyobrażenie dawnego Berlina. Byliśmy przy takim budynku. Dotarliśmy do starego, nieodnowionego podwórca berlińskiego. Niegdyś w kamienicy okalającej owe podwórko mieściła się żydowska szkoła dla niewidomych. Obecnie jest tam kino oraz knajpka. Niesamowite wraenie zrobiła na mnie kamienica. Odpadający ze ścian tynk, cegły pokryte graffiti, unoszący się zapach stęchlizny (który mi się podobał), rozpadające się okna. Ileż historii ludzkich, ileż dramatów uświadczyły te mury.  W bramie obok tego starego, zaniedbanego podwórka mieści się inny dziedziniec. Pięknie odrestaurowany, świetnie zachowany, chyba najbardziej elegancki w Berlinie. Wokół niego ulokowały się wytworne butki oraz drogie restauracje. Szczególnie podobała mi się mieszcząca się przy nim klatka schodowa z uroczo wijącymi się schodami i pięknymi poręczami. Niezwykły kontrast dwóch podwórek, dwóch światów, dwóch Berlinów, Ja wybieram ten pierwszy, bardziej naturalny, pachnący historią, wywołujący dreszczyk emocji oraz budzący moją ciekawość.

Gdy upadł mur berliński w mieście nastąpiły masowe przeprowadzki. Ludzie poczuli wolność, mogli przemieszczać się bez problemu z jednej częśći Berlina na drugą. Młodzi zainteresowali się dzikim Prenzlauer Berg, rdzenni mieszkańcy dzielnicy poszukiwali bardziej komfortowych warunków życia (bloków), a ponadto uciekli przed zalewem nowych mieszkańców dla których Prenzlauer Berg wydał się tak interesujący (nastąpował on głównie po 1993 roku).  Zaczęto dostrzegać dzielnicę i ją modernizować. Remontowano, przebudowywano, unowocześniano.  Stale przybywało nowych mieszkańców, którzy zaczęli tworzyć parki, skwery, ogródki. Jednym słowem – Prenzlauer Berg stawał się coraz przyjaźniejszym miejscem. Wiele osób działało społecznie chcąc mieszkać w przyjemnym, zadbanym i przyjaznym rodzinom miejscu.

W Prenzlauer Berg jest cała masa uroczych kawiarenek, sklepików z rozmaitymi przedmiotami. Klimat tej dzielnicy jest niesamowity. Z przyjemnością obserwowałam odpoczywające w parkach rodziny, zaglądałam w okna berlińskich przedszkoli (skrzywienie zawodowe). Podobali mi się rodzice zawożący rowerami swoje pociechy do przedszkoli (wnioskuję tak po obserwacji dokonanej we wtorkowy poranek). Prenzlauer Berg określany jest „stolicą niemieckiej rozrodczości”. Wskaźnik urodzeń jest tu bardzo wysoki w porównaniu z innymi miejscami w Niemczech. Skąd bierze się ten fenomen? Być może z dużej ilości żłobków (także prywatnych), być może z dużej popularności zatrudniania tu opiekunek do dzieci (z różnych stron świat), być może dłuższe godziny pracy tutejszych przedszkoli, a być może wręcz luksusowe warunki „domów rodzenia” w których rodzące kobiety traktowane są z należną godnością i szacunkiem. Ponadto w Prenzlauer Berg młode mamy mogą uczęszczać na rozmaite zajęcia (np. zajęcia z chóru, pływania, gimnastyki)  wraz z dziećmi i nikt nie skrzywi się na dźwięk głośnego płaczu maleństwa. W dzielnicy mieści się masa kawiarni otwartych dla rodziców z dziećmi ( co ciekawe w Prenzaluer Berg powstała także kontrowersyjna kawiarnia „wolna od dzieci”); są sklepy dla dzieci (kilka przecudnych widziałam, miałam ochotę wykupić calutki asortyment) i matek. W Berlinie polityka prorodzinna zapewnia 14 miesięcy płatnego urlopu macierzyńsko-tacierzyńskiego (tzn miesiące te można rozdzielić między dwoje rodziców; urlop nie jest pełnopłatny). Rodzicom przysługuje dodatek rodzicielski. Otrzymują miesięcznie 150 euro na każde dziecko do ukończenia przez nie 18 roku życia. Jeszcze niedawno w Niemczech likwidowano przedszkola z powodu hałasu z nich wydobywającego się (na który skarżyli się sąsiedzi). Powstało nawet określenie na dziecięce hałasy – kinderlaerm. Obecne przepisy przeciwdziałają takim sytuacjom przez określenie halasów tworzonych przez dzieci jako niezaprzeczalnych wskaźników prawidłowego rozwoju dziecięcej osobowości.W Prenzlauer Berg ponadto jest sporo parków, a także placów zabaw. Nic, tylko przenosić się do Berlina i rodzić dzieci! Czuję się mocno skuszona ;)

Dla wielu Prenzlauer Berg jest miejscem bardzo snobistycznym, w którym żyją przede wszystkim osoby mające „wolne zawody”, dobrze sytuowane, mogące pozwolić sobie na nieśpieszny tryb życia, lubiące ekologiczne produkty (biomarketów jest tu pod dostatkiem - znów coś dla mnie), robiące zakupy w małych, lokalnych sklepikach.  Złośliwi określają Prenzlauer Berg jako wzgórze ciążowe. Mieszkańcy innej berlińskiej dzielnicy – Charlottenburga (zamieszkałej głównie przez starsze osoby)  jako główną zaletę swojego miejsca zamieszkania nieraz podają „wolność od wózków”. Niektórzy twierdzą, że Prenzlauer Berg jest zamkniętą społecznością w której rodzą się dzieci, ale nie wszyscy dobrze się w niej czują. Kobieta bezdzietna może czuć się tu gorzej. Nie bez echa obyło się utworzenie w Prenlauer restauracji zabraniającej przyprowadzania do niej dzieci. Niektórzy twierdzili, że to świetne miejsce, które w  dzielnicy jako jedyne nie dyskryminuje osób nie mających dzieci i dające okazję do wypicia kawy czy zjedzenia śniadania w spokoju, bez konieczności wysłuchiwania płaczu dzieci. Rozumiem argumenty obydwu stron, lecz osobiście miałabym ochotę przez jakiś czas pomieszakć w Prenzlauer Berg.

Kolejna dawka migawek z Berlina:

 

 

 

 

 

 

 

sobota, 08 maja 2010
Berlin

Weekend majowy spędziliśmy w Berlinie.  Cóż to miasto ma w sobie takiego, że jest tak pociągające? Nie jest zachwycające w takim sensie , jak zachwycający jest dla mnie Madryt czy Barcelona, gdzie piękny budynek przyklejony jest do kolejnego pięknego budynku; gdzie place otaczają niesamowite, pięknie odrestaurowane zabytki. Berlin wręcz przeciwnie, nie ma wielu zapierających dech w piersiach cacek architektonicznych (jak dla mnie); nie jest naszpikowany ugładzonymi kamienicami, takimi jak są chociażby w Wiedniu. W Berlinie nie podobał mi się Alexanderptalz, nie zainteresowała jedna z najbardziej reprezentatywnych ulic Berlina – Unter den Linen, czyli aleja pod lipami. Byłam w Pergamonmuseum (podobała mi się część poświęcona zbiorom sztuki islamskiej) , lecz pozostałe muzea na Museumsinsel (Wyspa Muzeów) jakoś nieszczególnie mnie pociągały.  Jednak mimo moich krytycznych uwag Berlin ma w sobie  wiele uroku i czaru, który nieraz będzie mnie przyciągał do siebie. Zakochałam się szczególnie w jednym berlińskim miejscu – dzielnicy Prenzlauer Berg.

Berlin jest stolicą artystów, legenda mówi, że więcej jest ich tylko w Nowym Jorku. W Berlinie jest wiele galerii, muzeów, ktoś spragniony obcowania ze sztuką na pewno ma co robić w niemieckiej stolicy. Zapewne także artyści dobrze się tam poczują, dziwacy nie będą wywoływać zdumienia czy dziwnego i nieprzyjemnego zainteresowania. Każda „nietypowość” znajdzie swoje miejsce, czy to nietypowość stroju i wyglądu, czy działania i zachowania czy   też myślenia i głoszonych poglądów. Takie odniosłam wrażenie, być może mylne – mam nadzieję, że będę miała jeszcze okazję do jego weryfikacji bądź potwierdzenia (czytałam różne opinie w tej kwestii).  Ja w Berlinie czułam się świetnie i swobodnie, nikt mnie jakoś szczególnie nie obserwował, co często odczuwam w Polsce. "Berlin jest teraz tym, czym Nowy Jork był w latach osiemdziesiątych".

 

 

Myślę, że berlińską atmosferę tworzy luz i otwarcie się, wyjście „na zewnątrz”. Gdy nie padało widziałam masę ludzi w kawiarniach, w parkach, na skwerach. Z przyjemnością obserwowałam rodziny spędzające sobotnie popołudnie na trawniku przy  Museuminsel. Popularnym środkiem transportu są rowery, które kilka razy o mały włos nie rozjechały mnie (mam wrażenie, że rowerzyści mają tam więcej praw niż piesi czy kierowcy samochodów).  Byłam zachwycona wystawianiem przed sklepy części asortymentu. Warzywniaki, sklepy z artykułami domowymi, kwiaciarnie, zwykłe spozywczaki , czy drogerie część wystaw przenosi na okalający je chodnik. Sprawia to miłe wrażenie, wcale nie wprowadza nadmiernego chaosu czy bałaganu.

 

Po powrocie z Berlina, jak zresztą po każdej podróży staram się odszukać cząstki danego miejsca w Warszawie. Już nie mogę doczekać się  Święta ulicy Smolnej, które odbywa się rokrocznie w czerwcowy weekend. W zeszłym roku świetny pomysł miały dwie artystki, które zbierały osobiste wspomnienia mieszkańców Smolnej, następnie tworzyły plastikowe płytki na których laserowo spisano owe wspomnienia. Pomysł ten początkowo zrealizowały właśnie w Berlinie, w Kreuzbergu. Chodziły od ludzi do ludzi,  przepytywały z osobistych doświadczeń, które następnie można było przeczytać na płytkach powieszonych w berlińskim metrze.  "Jechałem tymi schodami ruchomymi wczesnym latem 2008 r. z właściwie mi obcym, ale bardzo sympatycznym Wilsonem";  "Tu wydrukowałem swoją pracę magisterską 22 września 2007 r. o 23.30". Uważam, że to fantastyczna inicjatywa przeniesiona na nasze polskie podwórko. Wydaje mi się, że w Berlinie odbywa się wiele tego typu akcji, że są oni od tego specami.  Cieszę się, że i w Warszawie jest ich więcej.

Zachwycałam się berlińskimi  kawiarniami, knajpami, restauracjami, których pełno jest w mieście. Większość z nich jest niewyszukanych i nienadętych . Pragnęłam do każdej kawiarni wstąpić i usiąść choćby na szklankę wody. Pragnęłam całą sobą wchłonąć klimat Berlina (choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że za mało czasu w nim spędziłam, by było to możliwe). Właściwie wszystkie knajpki odznaczały się estetyką, którą lubię najbardziej. Proste stoły, proste krzesła, malutka doniczka z uroczymi kwiatkami na blacie stołu.  Bez zbędnych, dziwnych ozdób czy sztuczności.    Bardzo podobały mi się berlińskie sklepy – pełne artystycznych przedmiotów, pięknych kuchennych akcesoriów (które są moją obsesją), cudownych rozmaitych gadżetów. Piękne są berlińskie księgarnie. Kilka chwil spędziłam we wspaniałej księgarni oferującej wyłącznie książki kucharskie. Jest ona malutka, lecz wypełniona regałami z przepisami.  Księgarnia oferuje przede wszystkim książki w języku niemieckim, lecz znalazły się w niej półki z książkami angielskimi. W księgarni poza zakupem książek zjeść oferowane przez właścicieli pyszności oraz skorzystać z usług cateringowych, a także zapisać się na kurs gotowania (o czym marzę). Piszę o tej księgarni, gdyż sama uwielbiam kupować książki kulinarne i nie mogłam przejść obok tej księgarni obojętnie. Byłam pod ogromnym wrażeniem tego, ile książek kucharskich przetłumaczono na niemiecki i jak pięknie są one wydane. W sumie to chyba dobrze, że nie mieszkam w Berlinie – całą miesięczną pensję przepuszczałabym w tej księgarni.

 

(ulica Bergamana- marzy mi się, by była w Warszwie ulica mojego mistrza)

Zakochiwałam się także w berlińskich kwiaciarniach. Jak cały Berlin były niezwykle proste, a zarazem przeurocze. Niestety w Warszawie większość kwiaciarń jest jak dla mnie mało estetyczna, mieszczą się one głównie w starych blaszakach. Kwiaciarnia dla mnie powinna być „mekką” estetyki i zadbania o każdy szczegół, powinnam się nią zachwycać i chciałabym, aby zachęcała mnie do częstych w niej zakupów. Z warszawskich kwiaciarń mam niezbyt miłe doświadczenia, kwiaty zazwyczaj wetknięte są w nieładne plastikowe kubły czy wazony, dekoracje i wystawy zazwyczaj odstraszają mnie kiczem i bylejakością. Natomiast kwiaciarnie berlińskie są dla mnie bajeczne (naprawdę niewiele trzeba, aby takie były). Sprzedawcy wystawiają kwiaty na zewnątrz sklepu, ustawiają je w ładnych doniczkach, są zadbane i pięknie pachną świeżością. Można w nich kupić zarówno kwiaty cięte, jak i malutkie, śliczne kwiatuszki doniczkowe.  Wszystkie kwiaciarnie  przyciągały mój wzrok.  Obserwowałam chwilkę kurs kwiaciarski odbywający się w kwiaciarni na Prenzlauer Berg (dzielnicy w której mieszkaliśmy). Zapragnęłam uczestniczyć w takich warsztatach, najchętniej  w tamtym miejscu.  Kwiaciarnie były na każdym kroku, a najwięcej widziałam ich w dzielnicy Kreuzberg. Kreuzberg odwiedziliśmy w deszczowy poniedziałek, nie mogliśmy się nacieszyć jego atmosferą w pełni (choć deszcz jakoś wyjątkowo pasował do Berlina). Żałuję, że do Kreuzberga nie dotarliśmy w sobotę, kiedy to odbywał się uliczny festiwal promujący hasła antynazistowskie. Dowiedzieliśmy się o nim od znajomych, którzy także byli w Berlinie i uczestniczyli w festiwalu, na którym podobno panowała niesamowita i nieskrępowana atmosfera,  bary i restauracje „wychodziły” na ulice, grała muzyka i wszyscy doskonale się bawili. Kreuzberg to podobno najbardziej barwna dzielnica, pełno w niej imigrantów (przede wszystkim z Turcji- stąd duża ilość tu barów i sklepów tureckich; w Kreuzberg mieści się targ na którym  można dostać wiele tureckich produktów – Turkenmarkt Maybachufer),  a także artystów oraz ludzi poszukujących alternatywnego stylu życia. Kreuzburg stał się pierwszym berlińskim „domem” dla punk rocka, a w późniejszych latach centrum berlińskiego hip hopu, breakdance,  a także innych subkultur,  .  Kreuzberg podobno od zawsze przyciągał dziwaków i oryginałów, z czego znany jest na całe Niemcy.  W dzielnicy przeważa budownictwo z późnego XIX wieku. Atrakcją Kreuzberg (do której nie dotrliśmy) są  plaże nad brzegiem Szprewy wypełnione barami i knajpami w których można wypocząć po ciężkim dniu.  Kreuzberg od kilku lat stał się niemałą atrakcją turystyczną, zatem część jego funkcji przejął pobliski Neukölln do którego niestety nie zawitaliśmy.

 

My po Kreuzberg przespacerowaliśmy się w deszczu i poczuliśmy fantastyczną atmosferę tego miejsca. Kreuzberg i Prenzlauer Berg to dwie części miasta, które lubię najbardziej. O Prenzlauer Berg napiszę w następnym odcinku i zapewne więcej niż o Kreuzberg ;)

 

Zdjęcia zamieszczę w późniejszym terminie. Niestety spotkało mnie nieszczęście - zabrałam do Berlina moją lustrzankę. Omyłkowo wzięłam ładowarkę do baterii do mojej cyfrówki, nie wziełam ładowarki do lustrzanki. Miałam dwie baterie, obie rozładowane. Na szczęście miałam ową cyfrówkę, lecz zdjęcia nie wyszły takie, jak pragnęłam, aby były. Berlin to dla mnie niezwykle fotogeniczne miasto. Uwielbiam robić zdjęcia miejscom czy przedmiotom ogólnie uznawanych za brzydkie, zniszczone, obdrapane. Gdy są jeszcze w połączeniu z bardziej wymuskanymi i nowoczesnymi miejscami to nie mogę się oprzeć, aby nie fotografować. Niestety uroku takich miejsc w Berlinie nie oddają moje zdjęcia.

 

13:37, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (15) »