|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
con mucho gusto
Cucina
Cultivo
Książki, książki, książki!!!
Zajrzyj też tu
Tagi
;
|
piątek, 05 lutego 2010
wtorek, 02 lutego 2010
Biały balonik, Dzieci niebios
Zapowiada się u mnie świetny rok filmowy. Minął pierwszy miesiąć 2010 roku, a miałam okazję obejrzeć już dużą ilość świetnych filmów. Przed chwilą skończyłam chyba najbardziej poruszający film, jaki w ostatnim czasie widziałam... "Dzieci niebios" Blisko rok temu oglądałam rewelacyjny film „Biały balonik” w reżyserii Jafara Panami.
Pamiętam, że oglądałam go z ogromnym zainteresowaniem, a wzruszeń przy nim było co nie miara. Zatem do rzeczy.. Zbliża się perski Nowy Rok. W domu irańskiej rodziny trwają przygotowania do obchodów święta. Ojciec wysyła syna po zakupy, matka sprząta dom, nikt z dorosłych nie ma czasu zająć się dziećmi, a co dopiero mówić o spełnianiu ich marzeń. Córka państwa domu wymarzyła sobie złotą rybkę (która miała zostać użyta do przygotowania haft sinu*). Jej brat ubłagał matkę, aby dała jej pieniądze na spełnienie pragnienia. Dziewczynka podąża więc do sklepu, aby zakupić rybkę. Jednak w drodze do niego spotyka ją wiele przygód, nie zawsze dobrych, w końcu gubi pieniądze. Za wszelką cenę postanawia je odnaleźć. Zadziwia determinacja z jaką mała Razije szuka pieniędzy, jak stale odnawiają się w niej siły popychające do dalszych poszukiwań. Na swojej drodze spotyka wiele osób (derwiszy, żołnierzy, mieszkańców Teheranu), lecz dopiero mały Afgańczyk sprzedający balony oraz staruszka pomagają im (im,gdyż w poszukiwaniach bierze udział także brat dziewczynki) odnaleźć pieniądze (ciekawostką jest, że staruszka to Polka – Anna Borkowska, która przybyła do Iranu z Armią Andersa i pozostała w nim na zawsze). Oglądając ten nieśpieszny film obserwujemy dzieci, które imają się w Iranie rozmaitej pracy. Teheran wypełniony setkami dzieci, które musiały szybko dorosnąć. Widzimy dzieci – krawców, sprzedawców, pomocnika przy sprzedawcy rybek. Piszę o tym, gdyż dziś obejrzałam kolejny film, który przypomniał mi o „Białym baloniku” – obejrzałam mianowicie „Dzieci niebios” . Jest równie poruszający i wzruszający, a opowiada kolejną historię irańskich dzieci.
„Biały balonik” obracał się wokół złotej rybki, natomiast „Dzieci niebios” skupiony jest wokół bucików. Buty. Policzmy, ile ich par mamy w swojej szafie. Ile mamy w niej kapci, pantofelków, kozaków, sandałków, kaloszy i innych rodzajów butów. Są dla nas oczywistością, gdy się zepsują kupujemy po prostu nowe, coraz rzadziej naprawiamy u szewca. Mamy je na właściwie każdą porę roku czy okazję. Dlaczego piszę o butach? Jaki ma to związek z filmami? Czytajcie dalej… W „Dzieciacg niebios” znów obserwujemy rodzinę żyjącą w biednej części Teheranu. Chłopiec odbiera od szewca buty swojej młodszej siostry i je gubi. Od pierwszej sceny filmu domyślamy się, że buty te są niezwykle ważne. Pokazano bowiem mozolną pracę szewca, który je ceruje. Chłopiec wydaje się niezwykle przejęty i zdenerwowany, gdy dowieduje się, że buty zniknęły z miejsca, w którym je położył. Szuka ich w popłochu, lecz niestety bezskutecznie. Wraca zrozpaczony do domu, dowiadujemy się, że były to jedyne (poza kapciami) buty dziewczynki. Od tej chwili chłopiec musi dzielić się swoimi butami z siostrą. Rodzice nie mogą dowiedzieć się o zgubie, gdyż zdenerwowałoby to ojca i matkę. Są oni już zadłużeni w sklepie, a także u mężczyzny od którego wynajmują dom. Rodziny nie stać na zakup nowych bucików dla dziewczynki.
W „Dzieciach niebios” po raz kolejny możemy zobaczyć dzieci, które nie mają wsparcia wśród dorosłych i muszą zmierzyć się ze swoimi problemami same. Zarówno nie mogą zwierzyć się rodzicom ze swoich kłopotów, nauczyciele w szkole także nie chcą zglębić dziecięcego świata. Dyrektor szkoły nie wnika, dlaczego uczeń (główny bohater) notorycznie spóźnia się do szkoły, aby móc temu zaradzić, jedynie ruga go za to (a przyczyną spóźnień chłopca są buciki i konieczność wymieniania ich z siostrą). Dzieci skazane są na same siebie. Znamienna jest dla mnie scena, gdy ojciec mówi do swojego syna” Masz 9 lat. Nie jesteś już dzieckiem”. Zarówno „Biały balonik”, jak i „Dzieci niebios” to bardzo proste filmy, bez szybkiej akcji czy nagłych jej zrotow. Są dla mnie niezwykle poetyckie, choć gdy uświadamiam sobie, że zapewne nie są historiami wymyślonymi jedynie przez scenarzystę wprawiają mnie w ogromne wzruszenie.Oglądając te dwa filmy czułam w sobie niezgodę na taki stan rzeczy. Pięknie pokazana jest w tych filmach dziecięca solidarność (gdy rodzeństwo wzajemnie sobie pomaga, a także niejednokrotnie „kryje” przed rodzicami i ich gniewem). Temat dzieci, dzieciństwa, szkoły niezwykle mnie interesuje (nie tylko zawodowo), dlatego z chęcią obejrzę kolejne tego typu filmy. Obaj reżyserzy są zapewne niezwykle wrażliwymi osobami i marzę, aby móc lepiej zapoznać się z ich twórczością – obejrzę zapewne film „Colour of Paradise” o którym niedawno pisała Maga Mara.. Biały balonik, Badkonake sefid reż. Jafar Panahi
Dzieci niebios, Bacheha-Ye aseman Haft Sin - przygotowanie Haft Sin należy do głównych tradycji irańskiego Nowego Roku. Haft Sin to obrus, na którym umieszcza się siedem rzeczy, których nazwy zaczynają się od litery sin perskiego alfabetu. Są to: sabze (różne zielone rośliny takie, jak pszenica, jeczmień, soczewica, które rosną w naczyniu - symbolizują odnowę życia), samanu (rodzaj słodkiej potrawy z zarodków pszenicy - symbolizują bogactwo), sendżed (suszone owoce jujuby - symbolizuje miłość), sir (czosnek - symbolizuje medycynę), sib (jabłko - symbolizuje piękno i zdrowie), somaq (owoce sumaku - symbolizują wschód słońca), serke (ocet - symbolizuje wiek i cierpliwość). Oprócz tych zaczynających się na literę sin rzeczy na Haft Sin mogą znajdować się również: zapalone świece (symbol jasności i szczęścia), lustro, naczynie, w którym pływają czerwone rybki (symbol życia), suszone owoce, rodzynki i orzechy, kolorowane jajka (symbol płodności), woda różana (posiadająca właściwości oczyszczające), Koran, zbiór wierszy Hafeza (źródło: http://www.literaturaperska.com)
sobota, 24 października 2009
czwartek, 22 października 2009
Z ostatniej chwili...
Wpadłam dosłownie na sekundkę! Dla lubiących twórczość greckiego mistrza kinematografii Theodorosa Angelopoulosa jutro na programie Zone Europa o 15:35 film "Pejzaż we mgle"! Nie lada gratka dla miłośników kina - filmy Theo są trudno dostępne w Polsce! Ja nie będę mogła oglądać "na żywo", ale sobie nagram. Jeśli ktoś chciałby, abym przegrała mu ten film niech do mnie napisze! Ja nie mogę się doczekać!
"Obraz powstał na podstawie scenariusza Tonino Guerry, stałego współpracownika Theodorosa Angelopoulosa. Dwunastoletnia Voula i jej pięcioletni brat uciekają z domu. Pragną odnaleźć ojca, który rzekomo mieszka w Niemczech. Zaczyna się wielotygodniowa wędrówka dwójki małoletnich bohaterów przez Grecję. Dzieciaki nie mają pieniędzy i cel, czyli dotarcie do Nimiec, oddala się coraz bardziej. Bohaterowie spotykają na swojej drodze całą galerię postaci. Niestety, właściwie tylko młody aktor Orestis okazuje ludzkie uczucia i pomaga uciekinierom. Czy Voula i jej brat odnajdą ojca? Obraz niezwykle liryczny i emocjonalny. Reżyser, podobnie jak w innych swoich filmach, sięga po schemat fabularny obecny w literaturze antycznej. Parafrazując mit Odyseusza, Angelopoulos tworzy specyficzny film drogi, obraz dziecięcej inicjacji, poszukiwania sensu życia i prawdziwych wartości. Niestety, rzeczywistość wielokrotnie okaże się dla bohaterów groźna, niezrozumiała. Doznają wielu krzywd (niezwykle przejmująca scena gwałtu), a podróż przez świat jest traumatycznym doświadczeniem. Grecja Angelopoulosa jest ponura, przygnębiająca i niegościnna, spowita burą kolorystyką. Jakże daleko do dionizyjskiej urody, chęci życia i zabawy kojarzonej z tym krajem. Mimo realistycznego obrazu świata, film przepełniony jest symboliką, licznymi cytatami kulturowymi i metaforyką często zawieszającą logikę opowiadania. Podróż dzieci jest w gruncie rzeczy ukazaniem procesu dojrzewania, podróżą w prawdziwe życie, symbolicznym przekroczeniem dzieciństwa. Pejzaż we mgle to obraz pesymistyczny, przesiąknięty wizualnym oniryzmem, atmosferą "świata wszędzie i nigdzie". Człowiek zdaje się tylko pyłkiem, mechanicznym ogniwem stanowiącym co najwyżej tło odwiecznie dziejącego się dramatu (stąd piękne, statyczne ujęcia krajobrazów z bohaterami jako elementami dekoracji). Podkreślano niezwykłą pracę Giorgosa Arvanitisa, stałego operatora Angelopoulosa, oraz sugestywną ścieżkę dźwiękową Eleni Karaindrou." (źródło: Telemagazyn)
sobota, 10 października 2009
środa, 30 września 2009
Jesienne polecanki
Wpadłam tu dosłownie na sekundkę. Aby donieść o zbliżających się filmowych wydarzeniach. Już niebawem rozpocznie się Warszawski Festiwal Filmowy. Muszę jeszcze uważnie przejrzeć propozycje filmowe, lecz zapewne wybiorę się na Granaty i mirra, Zachowaj spokój i licz do siedmiu, Plac zabaw i oczywiście polecany niedawno przez Mage marę „Obiad w środku sierpnia”, który jest nominowany do Europejskiej Nagrody Filmowej. Pod koniec października w Kinie Kultura/ będzie miał miejsce Przegląd filmów kulinarnych. To nie lada gratka dla miłośników dobrego jedzenia i pichcenia w kuchni. Ja nie mogę się doczekać.
Poza tym następne ważne dla mnie wydarzenie filmowe coraz bliżej - Festiwal Filmy Świata Ale Kino. Na pewno pójdę na „Gorzkie mleko”, którego reżyserka wcześniej stworzyła niezwykły i piękny film „Madeinusa” (jeden z moich ulubionych filmów, o którym kiedyś pisałam). Ależ filmowa jesień przede mną!
wtorek, 29 września 2009
Tu zaszła zmiana..
I nadszedł ten dzień. Deszcowy i szary.Jesienny. Nie lubię takich dni, gdy muszę być poza domem. Na szczęście z trzech posiadanych w tym roku parasolek ostała mi się jeszcze jedna (ciągle je gdzieś zostawiam i gubię). Przebywając w domu to co innego. Lubię przyglądać się spływającym po szybie kroplach deszczu, a także nasłuchiwać ich miarodajnych uderzeń o parapet. Ślicznie dziś brzmiały, gdy byłam w pracy. Od września pracuję w nowym miejscu. W szkole. Na razie mam zerówkę, liczę że doprowadzę te dzieci aż do trzeciej klasy. W mojej grupie jest czternaście dzieci, to świetna ilość, aby móc zrobić śliczne i bardziej skomplikowane prace oraz „pochylić” się nad każdym uczniem. My w tym roku robiliśmy już sałatkę owocową i warzywną, byliśmy w pobliskim przedszkolu na Świecie Pieczonego Ziemniaka, poszliśmy na spacer na pobliskie ogródki działkowe, w których się zakochałam, a także całą masę innych rzeczy, które sprawiają radość dzieciom, ale także i mi. Jestem bardzo zadowolona z tej nowej pracy. Atmosfera między pracownikami jest bardzo przyjazna, mam o wiele większe pole do działania niż w poprzedniej placówce, jest bardziej normalnie i swobodnie. Nie czuję wreszcie napięcia, gdy rano jadę do pracy (zresztą ta jazda zajmuje mi zaledwie jakieś 20 minut, więc mam także do pracy bardzo blisko). Przedszkole w którym pracowałam jest dla mnie już jakby zamierzchłą przeszłością i chce z niej pamiętać jedynie fajne dzieci i sympatycznych rodziców. Wracając do jesiennej aury – kto mnie czytał rok temu pamięta, że jesień jest moją ulubioną porą roku z całą swoją malowniczością, iskrzącym światłem, pięknie przebarwionymi klonami, szyszkami, błyszczącymi kasztanami (które nadal zbieram z nie mniejszym zapałem i łapczywością niż w czasach dzieciństwa), czerwonymi koralami jarzębiny. Jesień jest dla mnie najlepszą porą na popisy kulinarne. Najlepiej wtedy spaceruje mi się po bazarkach, unosi się na nich piękny zapach buraków, dyń, cukinii, bakłażanów, kiszonej kapusty (którą będąc dzieckiem wyjadałam garściami – mama musiała zawsze kupić parę gram więcej, gdyż ja połowę wyjadałam!) i innymi znakomitościami – pysznymi owocami i orzechami. Jesienią najlepiej smakuje moja ulubiona soczewica, którą robię w różnych wersjach, kombinacjach i potrawach. Jesień sprzyja czytaniu książek (których mam całą masę jeszcze nieprzeczytanych) oraz oglądaniu filmów w domowych pieleszach. Na szczęście ja jestem dobrze wyposażona na jesień – mam całą masę zapasów filmów. Już nie mogę doczekać się, gdy obejrzę oczekujące „Spojrzenie Odyseusza”, „Wiarołomni”, „Euforię”, „Przepiórki w płatkach róż”, „Hamam”, „Kasaba” , „Otar” i wiele, wiele innych. Książki, jak już napisałam także czekają na jesienne długie wieczory, a na kilka zamówionych czekam ja. A jakie Wy filmy czy książki polecacie mi jesiennie? Muszę tylko kupić nowy koc, więcej herbat (mam już połowę szafki, ale muszę jeszcze kilka dokupić) i wylegiwać się na łóżku i oddawać się słodkiemu lenistwu. Na łóżku, które mam dopiero od jakiś trzech miesięcy. Kupiliśmy je, gdy przenieśliśmy się do naszego mieszkanka. Uwielbiam je. Jest małe, gdyż ma jeden pokój (na szczęście całkiem spory), ale ślicznie je sobie urządziliśmy i jest już całkiem przytulne. Jak to powiedziała siostra mojego męża (nadal to dla mnie dziwnie brzmi) wygląda tak, jakbyśmy mieszkali w nim już jakieś trzy lata! Brakuje nam jeszcze paru rzeczy, bardzo dla mnie ważnych. Nie mamy w łazience lustra, nie mamy jeszcze żadnych półek na książki i różnych ozdób, które sobie wymyśliłam (choć ostatnio bliżej mi do ascetyzmu aniżeli zbyt wielu ozdób i obwieszania ścian rozmaitymi duperelkami). Mieszkamy w starym bloku, aż na 9 piętrze. Mamy śliczny widok. Z jednego okna widzę dachy starego miasta, z innego – centrum Warszawy.
Uwielbiam nasze mieszkanie także dlatego, że mamy wszędzie blisko. Do metra mamy właściwie dwa kroki, bliziutko mamy piekarnię, moje ukochane kino Muranów (gdy w domu nudzi mi się w pięć minut spacerkiem mogę znaleźć się w kinowym fotelu), pod nosem mam kino Paradiso, a także jeszcze jedno kino, bardzo wyjątkowe, o którym napiszę przy innej okazji. Wystarczy wyjść z klatki, przejść przez ulicę i już właściwie jestem w fajnej księgarni w której zaopatruję się w książki. Gdy zabraknie mi w domu soli mogę zjechać windą i kupić go w sklepiku znajdującym się w naszym bloku. Często udajemy się teraz na spacery, a w pobliżu domu dzieje się wiele wydarzeń na które często trafiamy całkiem przypadkiem (ostatnio na targi mazowieckich regionalnych specjałów). Niedaleko od domu mamy nasze ulubione kawiarnie, przyjemne sklepiki, teatry, a także uwielbianą przeze mnie operę. Większość sąsiadów mamy bardzo fajnych i specyficznych. W naszym bloku mieszka sporo starszych ludzi, którzy chętnie zagadują nas w windzie i nie tylko.. Uwielbiam oglądać przemiany sąsiadki z naprzeciwko, którą czasem na klatce spotykam w podomce, rozczochranych włosach, a za godzinkę już pięknie wystrojoną, w peruce, umalowaną. Straszna z niej gaduła..
No, nic zmykam na razie. Najlepsze jesienią, gdy nadchodzi taki dzień jak ten mam całą masę czasu, aby odwiedzić Was na blogach, co za chwilkę z przyjemnością uczynię!
poniedziałek, 21 września 2009
poniedziałek, 14 września 2009
Przerwane objęcia
Dziś znów zapraszam na film. Jestem przeszczęśliwa, gdyż miałam okazję oglądać „Przerwane objęcia” Almodovara. Nie mogłam się I jestem urzeczona, a jakże! Piękne zdjęcia , piękna Penelope (choć pojawiają się także inne lubiane przez Almodovara kobiety), fantastyczna historia miłosna sprzed lat. Z całego filmu wyziera zastosowana przez Almodovara koncepcja podwójności, główni bohaterowie mają podwójne oblicza, przedstawione jest kino w kinie. W „Przerwanych objęciach” pełno jest nawiązań do innych filmów (nie tylko almodovarowskich), zapożyczeń cytatów i scen. Najbardziej znamiennym obrazem filmu jest stos rozrzuconych i rozerwanych zdjęć przytulonych do siebie kochanków ( z czym koresponduje tytuł filmu). Poza tym w filmie pojawia się zdjęcie wykonane ponoć przed laty przez samego Almodovara.
W początkowych scenach filmu poznajemy Harrego Cane’a – niewidomego autora, któremu sprzyja passa i szczęście i mimo swojej niepełnosprawności wiedzie udane życie, ma bliskich przyjaciół, zaprasza do domu przypadkowo spotkane kobiety. W dalszej części filmu dowiadujemy się, że Harry to jedynie pseudonim, a prawdziwym imieniem jest Mateo. Mateo w momencie utraty wzroku i życiowej miłości uznał, że umarł i kazał na siebie mówić Harry. Mateo był reżyserem, Harry jest pisarzem i scenarzystą żyjącym w ciemności. Wkrótce przyjdzie mu zmierzyć się z własną, bolesną przeszłością.
Poznajemy także Lenę – sekretarkę w biurze madryckiego biznesmana (Ernesto). Jej ojciec ma raka żołądka, lekarz odmawia wykonania natychmiastowej operacji wymigując się wakacyjnym wyjazdem, a zarówno Leny jak i jej matki nie stać na opłacenie operacji w prywatnej klinice. Z pomocą przychodzi Ernesto. Oglądając te sceny wytężałam umysł zaciekawiona, jak połączą się losy Mateo oraz Ernesto i Leny. Przez całość filmu odkrywałam razem z Diego – przyjacielem pisarza, jakie tajemnice skrywa przeszłość Mateo. Okazała się dla mnie świetną historią, którą oglądałam z przyjemnością i czasem z zapartym tchem.
Ona (Lena) - sekretarka wpływowego biznesmana, początkująca aktorka, skrycie ekskluzywna prostytutka, którą połączą inne aniżeli służbowe relacje z szefem. Jak to ktoś ładnie napisał „kolejna kobieta na skraju załamania nerwowego”, nawiązując do tytułu innego Almodovarowskiego filmu. Skądinąd baczny widz dostrzeże sporo nawiązań do tego, jak i innych dzieł Pedro. On (Mateo) - reżyser pracujący nad filmem „Dziewczyny i walizka” z Leną w roli głównej. Jak łatwo się domyśleć obydwoje zakochują się w sobie, jednak na drodze pełnego szczęścia i romansu pary staje kochanek Leny. Szalenie podobał mi się koncept zrobienia przez Almodovara filmu w filmie. Przez całość trwania Przerwanych objęć mamy okazję oglądać sceny z reżyserowanego przez Mateo dzieła. Poza tym zazdrosny kochanek Leny posyła stale syna na plan filmowy, aby kręcił Lenę z Mateo i tym samym móc ich podglądać (zatrudnia także kobietę ćmiącą czytać z ruchu warg, aby wiedzieć, co do siebie mówią). Gdy Lena zauważa siebie na monitorze telewizora postanawia ostatecznie opuścić Ernesta. Film więc niejako staje się bohaterem filmu. Uważam, że to niełatwe zadanie nakręcić aktorkę grającą aktorkę, przedstawić film, w którym kręci się film, jednak Almodovarowi powiodło się i wszystko wypadło znakomicie i jak najbardziej prawdziwie. Poza tym filmy o filmie kojarzą mi się z przedstawianiem w nich kryzysów twórczych reżyserów, aktorów czy innych osób pracujących przy filmie, a tu pokazany jest po prostu proces twórczy, poza tym prezentuje, że kino jest często wiernym odzwierciedleniem rzeczywistości, natomiast życie staje się podobne do sztuki.
Wielu krytyków zarzuca Almodovarowi, że nakręcił telenowelę. Jednak gdyby przyjrzeć się większości jego filmów to po części nią właśnie są. Są kiczowate, pełne nasyconych kolorów, pokazują perypetie i relacje kobiet i mężczyzn, jednak zazwyczaj są niezwykle skomplikowane i złożone, a do tego jakże piękne! Ja uwielbiam filmy Almodovara chyba za ich groteskowość, za łączenie tragedii z komedią, za przedstawianie kobiet znajdujących się w sytuacjach kryzysowych, granicznych. Kobiety w dziełach mistrza z La Manchy są przeróżne, czasem zabawne, śmieszne, komiczne, tryskające energią i radością, czasem są silne, odważne, innym jeszcze razem przepełnione bólem i cierpieniem. Są zdesperowane, zdesperowane, załamane, sentymentalne, perwersyjne, znerwicowane. Mozaika rozmaitych osobowości. To całe my, kobiety! Poza tym podoba mi się charakterystyczne dla Almodovara przedstawienia miłości, która w każdym jego filmie ma inny odcień. Czasem jest to miłość matki, czasem miłość między kobietą a mężczyzną, a czasem miłość homoseksualna. Miłość wyzierająca z ekranów almodovarowskich filmów jest rezygnacją z dążenia do realizacji własnych, egoistycznych celów, innym razem jest poświęceniem, czasem jest romantyczna, a czasem niezwykle gwałtowna. Zawsze – jest czymś pozytywnym, chroniącym człowieka przed samotnością, ratującą przed samozagładą.
środa, 19 sierpnia 2009
The Edge of Heaven
The Edge Of Heaven Na krawędzi nieba reż.Fatih Akin
Jakiś już czas temu miałam okazję obejrzeć film, który zrobił na mnie spore wrażenie. „Na krawędzi nieba” to pierwszy film Faitha Akina, który mogłam obejrzeć i zapewne nie ostatni. Fatih Akin urodził się w Hamburgu, pochodzi z tureckiej rodziny. Nieprzypadkowo zatem główny bohater podobnie jak reżyser przyszedł na świat w Niemczech, a jego przodkami są Turkowie (tak ja to odebrałam). Film podzielony jest na dwie części. Obie są ze sobą silnie związane, lecz myślę, że wybranie takiego rozwiązania przez reżysera było dobrym posunięciem – oglądając widz ma chwilę na odetchnięcie po zaprezentowaniu pierwszego epizodu, a także na rozładowanie napięcie wywołanego przez ową pierwszą część.
Film rozpoczyna się w chwili poznania się dwójki bohaterów – emerytowanego Ali oraz prostytutki Yeter. Obydwoje pochodzą z Turcji, a do spotkania dochodzi w Bremie, w Niemczech. Poznanie się tej dwójki bohaterów przyczynia się do lawiny zdarzeń, które przedstawione są w dalszej części filmu. Po kilku spotkaniach Ali proponuje kobiecie, aby z nim zamieszkała w zamian za wypłacanie jej sumy, którą zarabia pracując w burdelu. Ali jest wdowcem, pragnie, aby prostytutka zabiła dręczącą go samotność. Yeter po krótkich wahaniach przystaje na propozycję swojego klienta. Zamieszkuje w domu Aliego, poznaje jego syna Nejata – szanowanego profesora germanistyki, który początkowo nie aprobuje układu łączącego jej ojca i kobietę. Gdy dowiaduje się, że Yeter zarobione pieniądze wysyła do córki żyjącej w Turcji przełamuje się i zaczyna inaczej postrzegać kobietę. Gdy Yeter w dramatycznych okolicznościach umiera z winy Aliego Nejat zaczyna czuć coraz bardziej rosnącą nienawiść do ojca i postanawia odnaleźć córkę zmarłej kobiety, w tym celu wyrusza do Istambułu. W tym samym czasie poznajemy kolejną bohaterkę filmu – Ayten – córkę Yeter, która bez grosza w kieszeni wyjeżdża do Niemiec, aby odnaleźć matkę. Tam poznaje niemiecką studentkę Lottę, która udziela jej schronienia i zapewnia opiekę oraz pomoc w poszukiwaniach.
Film Akina odebrałam przede wszystkim jako prezentację zetknięcia się dwóch kultur, które dzieli mur właściwie nie do przebicia. Z jednej strony żyjemy w świecie coraz bardziej zjednoczonym, w którym bez problemu możemy przekraczać granice państw, wybierać miejsce, w którym pragniemy żyć, zalewa nas coraz większa ilość towarów z każdego zakątka świata, proces globalizacji coraz bardziej postępuje – z drugiej istnieją narody, które nie zgadzają się na tego typu swoistą symbiozę między państwami, żyją w okopach własnych tradycji i tożsamości. Niemcy i Turcję dzieli dystans właściwie nie do przebycia, różni ich zbyt wiele, odmiennie postrzegają świat i całą otaczającą rzeczywistość. Jest to w filmie unaoczniane prawie w każdej minucie filmu, a niemożliwym do przeoczenia jest w momencie rozmowy Ayeten z matką jej partnerki Lotty. Czytałam gdzieś, że częstokroć mieszkający w Niemczech Turcji często izolują się, żyją w swoich własnych barykadach tożsamościowych bądź też całkiem o owej tożsamości zapominają i żyją całkiem jak niemieccy ludzie Zachodu nie wracając zbyt często do własnej przeszłości i nie pozwalają sobie na resentymenty. Główny bohater filmu Nejet, mimo tureckiego pochodzenia doskonale radzi sobie w zachodnim świecie. Jest dobrze wykształcony, wykłada język niemiecki na tamtejszym Uniwersytecie, świetnie zna języki. Decydując się na wyjazd do Istambułu zaczyna zastanawiać się nad wartościami, którymi kierował się w dotychczasowym życiu. Dowiaduje się, że podczas pobytu w państwie swoich przodków pragnie wprowadzić zmiany w do tej pory prowadzonej, uporządkowanej egzystencji. Czuje się odpowiedzialny za krzywdy, które spotkały Yester i poniekąd dzięki temu całkowicie przewartościowuje swoje życie. Tymczasowy pobyt (tak planował Nejet) w Turcji nieoczekiwanie zmienia się w dłuższy niż przypuszczał. Wyraźnie widać kontrast między synem Nejetem oraz jego ojcem Alim. Ten pierwszy jest bardziej świadomy, inteligenty, nie żyje przeszłością, natomiast Ali pokazany jest jako człowiek nie pasująca do europejskiej kultury, a nadal „żyjąca” według zasad panujących za czasów jego pobytu w Turcji. Kontrast wyraźny jest także między Lottą a Ayten, choć ten z czasem coraz bardziej się zaciera. Natomiast w opozycji do Ayten przez większość filmu stoi matka jej przyjaciółki, która pochodzi z Niemiec, jest euroentuzjastką i nie może zrozumieć zachowania i wyborów Ayten. Dopiero pod koniec filmu, po tragicznych wydarzeniach zaczyna kruszeć.
Uważam, że film doskonale wpisuje się w żywo toczone dyskusje na temat Turcji – czy kraj ten jest Europą czy nią nie jest. Podczas tegorocznego wyjazdu miałam okazję przyjrzeć się z bliska Cyprowi (gdzie oglądałam „Na krawędzi niebia”), który jest kolejnym jak dla mnie przykładem paradoksu. Aby dostać się z Polski na wyspę odległą o kilka tysięcy kilometrów potrzebowałam jedynie dowodu osobistego, nie musiałam ubiegać się o jakąkolwiek wizę. Natomiast, aby swobodnie móc przemieszczać się po Cyprze musiałam przekroczyć granicę grecko – turecką na której wydawano mi wizę. Ponadto zaobserwowałam ogromne różnice w mentalności obywateli obydwu części wyspy liczącej zaledwie około 9tys. kilometrów kwadratowych powierzchni (dla porównania – Polska liczy ok. 322tys km) Jesteśmy w coraz większym stopni jedną, wielką, globalną wioską, a jednocześnie istnieją takie granice i przeszkody (bardziej mentalne niż faktycznie istniejące), których pokonać nie jesteśmy w stanie. Zadziwiający jest ten nasz świat. Więcej o podziale Cypru napiszę innym razem, tu chciałam jedynie o tym wspomnieć – wpisało mi się to niejako w temat.
Film Akina to gorzki obraz z przepięknymi zdjęciami, świetnie skomponowaną muzyką, przepełniony symboliką. Jest swego rodzaju lekcją o otaczającym świecie, nie ma w nim jednak nachalnego i czasem niezrozumiałego dydaktyzmu. To film z podtekstem politycznym, jednak Akin skupia się przede wszystkim na doskonałym kreśleniu swoich bohaterów. Ani na minutę nie wydał mi się nudny, żadne ujęcie nie trwało zbyt długo, nie był "naciągany". Z niecierpliwością czekam na okazje do obejrzenia kolejnych filmów reżysera. Polecam!
wtorek, 18 sierpnia 2009
Powrót
Uwielbiam powroty. Powroty do tego, co mi znane i pewne. Do miejsc w których czuję się bezpiecznie i gdzie widzę znane i kochane mi twarze. Do ulubionych zapachów i smaków. Do własnej, mięciutkiej pościeli i najwygodniejszego na świecie łóżka. Do wykreowanych przeze mnie rytuałów. Choć nie wszystkie powroty początkowo są łatwe. Najgorsze są powroty z podróży, kiedy to tęsknie za miejscami w których byłam i do których zdążyłam się przyzwyczaić. Jednak po chwili, która czasem trwa kilka dni cieszę się mogąc uporządkować w głowie zdobyte podróżnicze doświadczenia, przeglądać przywiezione zdjęcia i pamiątki (w tym roku to przede wszystkim przyprawy z których korzystam w mojej kuchni za którą tak bardzo tęskniłam), czytać o miejscach, które odwiedziłam i rozmyślać, ile miałam szczęścia mogąc być tam, gdzie byłam.. No, ale nie o powrotach z podróży miało być! Chciałam się przywitać ze wszystkimi po długiej, blogowej nieobecności. Przestałam pisać, gdyż najpierw w moim życiu zapanowało trochę zamętu, doszło do wielu zmian i z braku czasu i miliona spraw na głowie nie miałam kiedy pisać.. Zaglądałam stale na Wasze blogi, lecz nie zostawiałam po sobie śladu w postaci komentarza, gdyż co przysiadłam do komputera uświadamiałam sobie, że mam jeszcze wiele innych rzeczy do zrobienia i załatwienia. Gdy już trochę się w moim życiu uspokoiło i uładziło ciężko było mi przysiąść do komputera i pisać, gdyż zupełnie się od tego odzwyczaiłam.. A teraz wracam, a ten powrót to właściwie tak samo jak początek blogowania, więc pewnie nie będzie łatwo, lecz chciałabym pisać o tak wielu sprawach, które widziałam i przeżyłam w przeciągu ostatnich miesięcy, więc mam nadzieję, że tematów mi nie zabraknie!!!Oj, stęsniłam się za Wami! P.S. Chciałam wkleić obraz związany z tematem powrotów, lecz nic interesującego nie znalazłam. Może Wy jakiś znacie?
czwartek, 26 lutego 2009
Nowinki
Hop, hop! Panie i panowie. Jestem Czy ktoś tu jeszcze zagląda?Dwie nowinki. Filmowe. Hiszpańskie. Wspaniałe. Number one. Trailer nowego filmu Almodovara. Nie mogę już się doczekać, na razie oglądam zapowiedź i wygląda smakowicie.
Nowina numer dwa. Zbliża się Tydzień Kina Hiszpańskiego. Zacieram ręcę z niecierpliwości. Polecam. Ja będę uczestniczyła trzeci raz. W tamtym roku udało mi się obejrzeć zaledwie jeden film, w tym roku planuję zobaczyć więcej. Dwa lata temu widziałam kilka filmów, w tym mój ukochany Granatowy Prawie Czarny. Grany był on później regularnie w kinach, ale większość festiwalowych filmów można obejrzeć tylko podczas marcowo-kwietniowego tygodnia. Nielada gratka dla miłośników kina i Hiszpanii. Program Tygodnia znajdziecie tu
wtorek, 27 stycznia 2009
Powspominajmy...
Hity ostatnich dni. Tata Filipa najchętniej czyta książki będąc w toalecie (uważajcie mamusie i tatusiowie – dzieci powiedzą wszystko! Żebyście wiedzieli, co o Was wiem ;) ) Pytam dziś dzieci (odnośnie pewnej zabawy), czy wiedzą, co to są Łazienki i czy kiedyś w nich były. Na to Kamilka: „Tak! To ten park, w którym jest dużo wiewiórek!” Mamy czasem taką zabawę, że mówię do dzieci „Pomachają do mnie dzieci, które… (np umyły rano zęby, lubią truskawki itp.). Czasami inicjatywę przejmują dzieci i przedstawiają swoje pomysły na to, kto ma do nich pomachać. Karolina: „Pomachają do mnie dzieci, które lubią lepić ze śniegu bałwana”; Paulinka: „Pomachają do mnie dzieci, które lubią lepić ze śniegu bałwana” (machają wszystkie dziewczyny oraz Hubert – dziewczyny bardziej zainteresowane są tematem wiewiórek – a sama ciekawa jestem ile z nich ile razy w swoim życiu lepiło śniegowe wiewiórki.) Ostatnio wróciła jak bumerang mania przyklejania plastrów. Dzieci wyszukują sobie najmniejszych zadrapań, ranek, „wywiniętych” skórek tylko po to, aby przyjść do mnie i poprosić o plaster. Co to za pomysły? Bardzo mnie martwi, bo kilka dziewczynek – grupowych gwiazd socjometrycznych podczas tzw zabawy dowolnej przygotowuje koncert śpiewając piosenkę Dody. „Nie daj się ludzie niech swoje myślą, Nie daj się ,Z diabłem do piekła wyślą. Nie daj się, warto być zawsze tylko sobą”. W zabawy dzieci staram się nie ingerować, ale pani, której piosenkę wykonują nie trawię, więc co tu robić… Pracuję z dziećmi i nieraz zastanawiam się, jaka byłam w ich wieku. Niby jakieś pojęcie mam, ale na pewno nie pełne. W przedszkolu byłam bardzo wstydliwa, nie lubiłam publicznych występów, zgłaszania się, wychodzenia przed grupę. Na pewien bal karnawałowy mama uszyła mi piękny strój cyganki, do czerwonej apaszki przyszyła wykonane z wełny warkocze. Ja byłam do tego stopnia nieśmiała, że słowem nie odezwałam się, gdy pani ową chustkę przewiązała mi w pasie zamiast na głowie… Mama zobaczyła to później na zdjęciu i miała mi trochę za złe, że nie zwróciłam nauczycielce uwagi. Byłam wstydliwa, ale na pewno nie byłam aniołkiem. Kiedyś w przedszkolu ukradłam koleżance piękne buciki dla lalki Barbie. Ale nie byłam pomysłową i wyrafinowaną złodziejką, gdyż kradzież ukryłam na własnej półce, na której trzymałam prace przedszkolne i inne szpargały. Mój czyn szybko się wydał, nie pamiętam reakcji pani, ale wiem, że koleżanki przez pewien czas mówiły na mnie kradziejka. W przedszkolu miałam niewiele koleżanek. Najlepszą była Kasia, którą wszyscy nazywali szmata. A to dlatego, że uwielbiała kłaść się na podłodze i jeździć po całej sali wycierając cały brud i kurz. Nikt jej nie lubił, a ja bardzo chętnie bawiłam się z nią. Uwielbiałam przedszkolne śniadania, a zwłaszcza, gdy podawano kanapkę z …. jabłkiem (teraz bleee). Pamiętam, że jedna z pań w przedszkolu była moją idolką, drugiej – bardzo nie lubiłam. Do przedszkola przynosiłam ulubioną lalkę dla której mama uszyła mi śliczną koszulę nocną w różowe kwiatki. Zakładałam ją lalce, gdy zaczynało się leżakowanie, kładłam na poduszce obok mojej głowy i miałyśmy słodko spać po obiedzie. Ta druga pani zawsze zabierała mi tą lalkę, a oddawała dopiero, gdy wychodziłam do domu.. Nie mogłam jej tego wybaczyć i dlatego nie darzyłam sympatią. Nie pamiętam, czy lubiłam leżakować czy nie. Większość dzieci, zwłaszcza na samym początku uczęszczania do przedszkola nie znosi spać w nim. Spanie kojarzy im się z nocą i dlatego śpiąc w przedszkolu myślą, że jest już noc, a rodzice zostawili je przedszkolu aż na dwa dni! (cóż za marna ta moja stylistka – ale mam nadzieję, że rozumiecie o co chodzi..). Pamiętam także ogródek przedszkolny. Jak każde dziecko bardzo lubiłam spędzać w nim czas. Była tam niewielka górka, a za nią pełno było ślimaków – wszyscy uwielbiali tam chodzić zafascynowani tymi mięczakami , a ja ich nie znosiłam i za górkę nie chodziłam. W ogródku miałam też kiedyś bardzo przykre zdarzenie. W czasie zabawy w berka przewróciłam się na asfalcie i miałam po tym bardzo starty (do czerwoności) policzek. Byłam wtedy w ulubionej sukience, której po tym dniu znienawidziłam. Mam jeszcze jedno przykre przedszkolne wspomnienie. Pamiętam, że pewnego dnia po przedszkolu biegałam w bluzce i białych rajstopkach. W pewnej chwili podczas zabawy poczułam, że bardzo chce mi się siku, zaczęłam biec do łazienki i niestety nie zdążyłam… Mam niewiele wspomnień z okresu przedszkola, a jak widzicie –są one przykre i właściwie uświadamiam sobie, że nie mam żadnej przyjemnej i radosnej reminiscencji z tamtego czasu. Mam nadzieję, że dzieci z mojej grupy będą mnie miło wspominać i czas spędzony w przedszkolu jako jeden z lepszych w ich życiu ;) A Wy jakie macie wspomnienia z przedszkola?? Może przeciwnie do mnie pamiętacie coś super przyjemnego? P.S. Jeśli mi się uda, to jutro wstawię kilka moich przedszkolnych zdjęć |