|
Archiwum
Zakładki:
con mucho gusto
Cucina
Cultivo
Estar de moda
Inspiración
Książki, książki, książki!!!
Kulturalnie
Mis Espana
Ulubione sklepy
Varsoviana
Zajrzyj też tu
|
sobota, 24 października 2009
czwartek, 22 października 2009
Z ostatniej chwili...
Wpadłam dosłownie na sekundkę! Dla lubiących twórczość greckiego mistrza kinematografii Theodorosa Angelopoulosa jutro na programie Zone Europa o 15:35 film "Pejzaż we mgle"! Nie lada gratka dla miłośników kina - filmy Theo są trudno dostępne w Polsce! Ja nie będę mogła oglądać "na żywo", ale sobie nagram. Jeśli ktoś chciałby, abym przegrała mu ten film niech do mnie napisze! Ja nie mogę się doczekać!
"Obraz powstał na podstawie scenariusza Tonino Guerry, stałego współpracownika Theodorosa Angelopoulosa. Dwunastoletnia Voula i jej pięcioletni brat uciekają z domu. Pragną odnaleźć ojca, który rzekomo mieszka w Niemczech. Zaczyna się wielotygodniowa wędrówka dwójki małoletnich bohaterów przez Grecję. Dzieciaki nie mają pieniędzy i cel, czyli dotarcie do Nimiec, oddala się coraz bardziej. Bohaterowie spotykają na swojej drodze całą galerię postaci. Niestety, właściwie tylko młody aktor Orestis okazuje ludzkie uczucia i pomaga uciekinierom. Czy Voula i jej brat odnajdą ojca? Obraz niezwykle liryczny i emocjonalny. Reżyser, podobnie jak w innych swoich filmach, sięga po schemat fabularny obecny w literaturze antycznej. Parafrazując mit Odyseusza, Angelopoulos tworzy specyficzny film drogi, obraz dziecięcej inicjacji, poszukiwania sensu życia i prawdziwych wartości. Niestety, rzeczywistość wielokrotnie okaże się dla bohaterów groźna, niezrozumiała. Doznają wielu krzywd (niezwykle przejmująca scena gwałtu), a podróż przez świat jest traumatycznym doświadczeniem. Grecja Angelopoulosa jest ponura, przygnębiająca i niegościnna, spowita burą kolorystyką. Jakże daleko do dionizyjskiej urody, chęci życia i zabawy kojarzonej z tym krajem. Mimo realistycznego obrazu świata, film przepełniony jest symboliką, licznymi cytatami kulturowymi i metaforyką często zawieszającą logikę opowiadania. Podróż dzieci jest w gruncie rzeczy ukazaniem procesu dojrzewania, podróżą w prawdziwe życie, symbolicznym przekroczeniem dzieciństwa. Pejzaż we mgle to obraz pesymistyczny, przesiąknięty wizualnym oniryzmem, atmosferą "świata wszędzie i nigdzie". Człowiek zdaje się tylko pyłkiem, mechanicznym ogniwem stanowiącym co najwyżej tło odwiecznie dziejącego się dramatu (stąd piękne, statyczne ujęcia krajobrazów z bohaterami jako elementami dekoracji). Podkreślano niezwykłą pracę Giorgosa Arvanitisa, stałego operatora Angelopoulosa, oraz sugestywną ścieżkę dźwiękową Eleni Karaindrou." (źródło: Telemagazyn)
sobota, 10 października 2009
środa, 30 września 2009
Jesienne polecanki
Wpadłam tu dosłownie na sekundkę. Aby donieść o zbliżających się filmowych wydarzeniach. Już niebawem rozpocznie się Warszawski Festiwal Filmowy. Muszę jeszcze uważnie przejrzeć propozycje filmowe, lecz zapewne wybiorę się na Granaty i mirra, Zachowaj spokój i licz do siedmiu, Plac zabaw i oczywiście polecany niedawno przez Mage marę „Obiad w środku sierpnia”, który jest nominowany do Europejskiej Nagrody Filmowej. Pod koniec października w Kinie Kultura/ będzie miał miejsce Przegląd filmów kulinarnych. To nie lada gratka dla miłośników dobrego jedzenia i pichcenia w kuchni. Ja nie mogę się doczekać.
Poza tym następne ważne dla mnie wydarzenie filmowe coraz bliżej - Festiwal Filmy Świata Ale Kino. Na pewno pójdę na „Gorzkie mleko”, którego reżyserka wcześniej stworzyła niezwykły i piękny film „Madeinusa” (jeden z moich ulubionych filmów, o którym kiedyś pisałam). Ależ filmowa jesień przede mną!
wtorek, 29 września 2009
Tu zaszła zmiana..
I nadszedł ten dzień. Deszcowy i szary.Jesienny. Nie lubię takich dni, gdy muszę być poza domem. Na szczęście z trzech posiadanych w tym roku parasolek ostała mi się jeszcze jedna (ciągle je gdzieś zostawiam i gubię). Przebywając w domu to co innego. Lubię przyglądać się spływającym po szybie kroplach deszczu, a także nasłuchiwać ich miarodajnych uderzeń o parapet. Ślicznie dziś brzmiały, gdy byłam w pracy. Od września pracuję w nowym miejscu. W szkole. Na razie mam zerówkę, liczę że doprowadzę te dzieci aż do trzeciej klasy. W mojej grupie jest czternaście dzieci, to świetna ilość, aby móc zrobić śliczne i bardziej skomplikowane prace oraz „pochylić” się nad każdym uczniem. My w tym roku robiliśmy już sałatkę owocową i warzywną, byliśmy w pobliskim przedszkolu na Świecie Pieczonego Ziemniaka, poszliśmy na spacer na pobliskie ogródki działkowe, w których się zakochałam, a także całą masę innych rzeczy, które sprawiają radość dzieciom, ale także i mi. Jestem bardzo zadowolona z tej nowej pracy. Atmosfera między pracownikami jest bardzo przyjazna, mam o wiele większe pole do działania niż w poprzedniej placówce, jest bardziej normalnie i swobodnie. Nie czuję wreszcie napięcia, gdy rano jadę do pracy (zresztą ta jazda zajmuje mi zaledwie jakieś 20 minut, więc mam także do pracy bardzo blisko). Przedszkole w którym pracowałam jest dla mnie już jakby zamierzchłą przeszłością i chce z niej pamiętać jedynie fajne dzieci i sympatycznych rodziców. Wracając do jesiennej aury – kto mnie czytał rok temu pamięta, że jesień jest moją ulubioną porą roku z całą swoją malowniczością, iskrzącym światłem, pięknie przebarwionymi klonami, szyszkami, błyszczącymi kasztanami (które nadal zbieram z nie mniejszym zapałem i łapczywością niż w czasach dzieciństwa), czerwonymi koralami jarzębiny. Jesień jest dla mnie najlepszą porą na popisy kulinarne. Najlepiej wtedy spaceruje mi się po bazarkach, unosi się na nich piękny zapach buraków, dyń, cukinii, bakłażanów, kiszonej kapusty (którą będąc dzieckiem wyjadałam garściami – mama musiała zawsze kupić parę gram więcej, gdyż ja połowę wyjadałam!) i innymi znakomitościami – pysznymi owocami i orzechami. Jesienią najlepiej smakuje moja ulubiona soczewica, którą robię w różnych wersjach, kombinacjach i potrawach. Jesień sprzyja czytaniu książek (których mam całą masę jeszcze nieprzeczytanych) oraz oglądaniu filmów w domowych pieleszach. Na szczęście ja jestem dobrze wyposażona na jesień – mam całą masę zapasów filmów. Już nie mogę doczekać się, gdy obejrzę oczekujące „Spojrzenie Odyseusza”, „Wiarołomni”, „Euforię”, „Przepiórki w płatkach róż”, „Hamam”, „Kasaba” , „Otar” i wiele, wiele innych. Książki, jak już napisałam także czekają na jesienne długie wieczory, a na kilka zamówionych czekam ja. A jakie Wy filmy czy książki polecacie mi jesiennie? Muszę tylko kupić nowy koc, więcej herbat (mam już połowę szafki, ale muszę jeszcze kilka dokupić) i wylegiwać się na łóżku i oddawać się słodkiemu lenistwu. Na łóżku, które mam dopiero od jakiś trzech miesięcy. Kupiliśmy je, gdy przenieśliśmy się do naszego mieszkanka. Uwielbiam je. Jest małe, gdyż ma jeden pokój (na szczęście całkiem spory), ale ślicznie je sobie urządziliśmy i jest już całkiem przytulne. Jak to powiedziała siostra mojego męża (nadal to dla mnie dziwnie brzmi) wygląda tak, jakbyśmy mieszkali w nim już jakieś trzy lata! Brakuje nam jeszcze paru rzeczy, bardzo dla mnie ważnych. Nie mamy w łazience lustra, nie mamy jeszcze żadnych półek na książki i różnych ozdób, które sobie wymyśliłam (choć ostatnio bliżej mi do ascetyzmu aniżeli zbyt wielu ozdób i obwieszania ścian rozmaitymi duperelkami). Mieszkamy w starym bloku, aż na 9 piętrze. Mamy śliczny widok. Z jednego okna widzę dachy starego miasta, z innego – centrum Warszawy.
Uwielbiam nasze mieszkanie także dlatego, że mamy wszędzie blisko. Do metra mamy właściwie dwa kroki, bliziutko mamy piekarnię, moje ukochane kino Muranów (gdy w domu nudzi mi się w pięć minut spacerkiem mogę znaleźć się w kinowym fotelu), pod nosem mam kino Paradiso, a także jeszcze jedno kino, bardzo wyjątkowe, o którym napiszę przy innej okazji. Wystarczy wyjść z klatki, przejść przez ulicę i już właściwie jestem w fajnej księgarni w której zaopatruję się w książki. Gdy zabraknie mi w domu soli mogę zjechać windą i kupić go w sklepiku znajdującym się w naszym bloku. Często udajemy się teraz na spacery, a w pobliżu domu dzieje się wiele wydarzeń na które często trafiamy całkiem przypadkiem (ostatnio na targi mazowieckich regionalnych specjałów). Niedaleko od domu mamy nasze ulubione kawiarnie, przyjemne sklepiki, teatry, a także uwielbianą przeze mnie operę. Większość sąsiadów mamy bardzo fajnych i specyficznych. W naszym bloku mieszka sporo starszych ludzi, którzy chętnie zagadują nas w windzie i nie tylko.. Uwielbiam oglądać przemiany sąsiadki z naprzeciwko, którą czasem na klatce spotykam w podomce, rozczochranych włosach, a za godzinkę już pięknie wystrojoną, w peruce, umalowaną. Straszna z niej gaduła..
No, nic zmykam na razie. Najlepsze jesienią, gdy nadchodzi taki dzień jak ten mam całą masę czasu, aby odwiedzić Was na blogach, co za chwilkę z przyjemnością uczynię!
poniedziałek, 21 września 2009
poniedziałek, 14 września 2009
Przerwane objęcia
Dziś znów zapraszam na film. Jestem przeszczęśliwa, gdyż miałam okazję oglądać „Przerwane objęcia” Almodovara. Nie mogłam się I jestem urzeczona, a jakże! Piękne zdjęcia , piękna Penelope (choć pojawiają się także inne lubiane przez Almodovara kobiety), fantastyczna historia miłosna sprzed lat. Z całego filmu wyziera zastosowana przez Almodovara koncepcja podwójności, główni bohaterowie mają podwójne oblicza, przedstawione jest kino w kinie. W „Przerwanych objęciach” pełno jest nawiązań do innych filmów (nie tylko almodovarowskich), zapożyczeń cytatów i scen. Najbardziej znamiennym obrazem filmu jest stos rozrzuconych i rozerwanych zdjęć przytulonych do siebie kochanków ( z czym koresponduje tytuł filmu). Poza tym w filmie pojawia się zdjęcie wykonane ponoć przed laty przez samego Almodovara.
W początkowych scenach filmu poznajemy Harrego Cane’a – niewidomego autora, któremu sprzyja passa i szczęście i mimo swojej niepełnosprawności wiedzie udane życie, ma bliskich przyjaciół, zaprasza do domu przypadkowo spotkane kobiety. W dalszej części filmu dowiadujemy się, że Harry to jedynie pseudonim, a prawdziwym imieniem jest Mateo. Mateo w momencie utraty wzroku i życiowej miłości uznał, że umarł i kazał na siebie mówić Harry. Mateo był reżyserem, Harry jest pisarzem i scenarzystą żyjącym w ciemności. Wkrótce przyjdzie mu zmierzyć się z własną, bolesną przeszłością.
Poznajemy także Lenę – sekretarkę w biurze madryckiego biznesmana (Ernesto). Jej ojciec ma raka żołądka, lekarz odmawia wykonania natychmiastowej operacji wymigując się wakacyjnym wyjazdem, a zarówno Leny jak i jej matki nie stać na opłacenie operacji w prywatnej klinice. Z pomocą przychodzi Ernesto. Oglądając te sceny wytężałam umysł zaciekawiona, jak połączą się losy Mateo oraz Ernesto i Leny. Przez całość filmu odkrywałam razem z Diego – przyjacielem pisarza, jakie tajemnice skrywa przeszłość Mateo. Okazała się dla mnie świetną historią, którą oglądałam z przyjemnością i czasem z zapartym tchem.
Ona (Lena) - sekretarka wpływowego biznesmana, początkująca aktorka, skrycie ekskluzywna prostytutka, którą połączą inne aniżeli służbowe relacje z szefem. Jak to ktoś ładnie napisał „kolejna kobieta na skraju załamania nerwowego”, nawiązując do tytułu innego Almodovarowskiego filmu. Skądinąd baczny widz dostrzeże sporo nawiązań do tego, jak i innych dzieł Pedro. On (Mateo) - reżyser pracujący nad filmem „Dziewczyny i walizka” z Leną w roli głównej. Jak łatwo się domyśleć obydwoje zakochują się w sobie, jednak na drodze pełnego szczęścia i romansu pary staje kochanek Leny. Szalenie podobał mi się koncept zrobienia przez Almodovara filmu w filmie. Przez całość trwania Przerwanych objęć mamy okazję oglądać sceny z reżyserowanego przez Mateo dzieła. Poza tym zazdrosny kochanek Leny posyła stale syna na plan filmowy, aby kręcił Lenę z Mateo i tym samym móc ich podglądać (zatrudnia także kobietę ćmiącą czytać z ruchu warg, aby wiedzieć, co do siebie mówią). Gdy Lena zauważa siebie na monitorze telewizora postanawia ostatecznie opuścić Ernesta. Film więc niejako staje się bohaterem filmu. Uważam, że to niełatwe zadanie nakręcić aktorkę grającą aktorkę, przedstawić film, w którym kręci się film, jednak Almodovarowi powiodło się i wszystko wypadło znakomicie i jak najbardziej prawdziwie. Poza tym filmy o filmie kojarzą mi się z przedstawianiem w nich kryzysów twórczych reżyserów, aktorów czy innych osób pracujących przy filmie, a tu pokazany jest po prostu proces twórczy, poza tym prezentuje, że kino jest często wiernym odzwierciedleniem rzeczywistości, natomiast życie staje się podobne do sztuki.
Wielu krytyków zarzuca Almodovarowi, że nakręcił telenowelę. Jednak gdyby przyjrzeć się większości jego filmów to po części nią właśnie są. Są kiczowate, pełne nasyconych kolorów, pokazują perypetie i relacje kobiet i mężczyzn, jednak zazwyczaj są niezwykle skomplikowane i złożone, a do tego jakże piękne! Ja uwielbiam filmy Almodovara chyba za ich groteskowość, za łączenie tragedii z komedią, za przedstawianie kobiet znajdujących się w sytuacjach kryzysowych, granicznych. Kobiety w dziełach mistrza z La Manchy są przeróżne, czasem zabawne, śmieszne, komiczne, tryskające energią i radością, czasem są silne, odważne, innym jeszcze razem przepełnione bólem i cierpieniem. Są zdesperowane, zdesperowane, załamane, sentymentalne, perwersyjne, znerwicowane. Mozaika rozmaitych osobowości. To całe my, kobiety! Poza tym podoba mi się charakterystyczne dla Almodovara przedstawienia miłości, która w każdym jego filmie ma inny odcień. Czasem jest to miłość matki, czasem miłość między kobietą a mężczyzną, a czasem miłość homoseksualna. Miłość wyzierająca z ekranów almodovarowskich filmów jest rezygnacją z dążenia do realizacji własnych, egoistycznych celów, innym razem jest poświęceniem, czasem jest romantyczna, a czasem niezwykle gwałtowna. Zawsze – jest czymś pozytywnym, chroniącym człowieka przed samotnością, ratującą przed samozagładą.
środa, 19 sierpnia 2009
The Edge of Heaven
The Edge Of Heaven Na krawędzi nieba reż.Fatih Akin
Jakiś już czas temu miałam okazję obejrzeć film, który zrobił na mnie spore wrażenie. „Na krawędzi nieba” to pierwszy film Faitha Akina, który mogłam obejrzeć i zapewne nie ostatni. Fatih Akin urodził się w Hamburgu, pochodzi z tureckiej rodziny. Nieprzypadkowo zatem główny bohater podobnie jak reżyser przyszedł na świat w Niemczech, a jego przodkami są Turkowie (tak ja to odebrałam). Film podzielony jest na dwie części. Obie są ze sobą silnie związane, lecz myślę, że wybranie takiego rozwiązania przez reżysera było dobrym posunięciem – oglądając widz ma chwilę na odetchnięcie po zaprezentowaniu pierwszego epizodu, a także na rozładowanie napięcie wywołanego przez ową pierwszą część.
Film rozpoczyna się w chwili poznania się dwójki bohaterów – emerytowanego Ali oraz prostytutki Yeter. Obydwoje pochodzą z Turcji, a do spotkania dochodzi w Bremie, w Niemczech. Poznanie się tej dwójki bohaterów przyczynia się do lawiny zdarzeń, które przedstawione są w dalszej części filmu. Po kilku spotkaniach Ali proponuje kobiecie, aby z nim zamieszkała w zamian za wypłacanie jej sumy, którą zarabia pracując w burdelu. Ali jest wdowcem, pragnie, aby prostytutka zabiła dręczącą go samotność. Yeter po krótkich wahaniach przystaje na propozycję swojego klienta. Zamieszkuje w domu Aliego, poznaje jego syna Nejata – szanowanego profesora germanistyki, który początkowo nie aprobuje układu łączącego jej ojca i kobietę. Gdy dowiaduje się, że Yeter zarobione pieniądze wysyła do córki żyjącej w Turcji przełamuje się i zaczyna inaczej postrzegać kobietę. Gdy Yeter w dramatycznych okolicznościach umiera z winy Aliego Nejat zaczyna czuć coraz bardziej rosnącą nienawiść do ojca i postanawia odnaleźć córkę zmarłej kobiety, w tym celu wyrusza do Istambułu. W tym samym czasie poznajemy kolejną bohaterkę filmu – Ayten – córkę Yeter, która bez grosza w kieszeni wyjeżdża do Niemiec, aby odnaleźć matkę. Tam poznaje niemiecką studentkę Lottę, która udziela jej schronienia i zapewnia opiekę oraz pomoc w poszukiwaniach.
Film Akina odebrałam przede wszystkim jako prezentację zetknięcia się dwóch kultur, które dzieli mur właściwie nie do przebicia. Z jednej strony żyjemy w świecie coraz bardziej zjednoczonym, w którym bez problemu możemy przekraczać granice państw, wybierać miejsce, w którym pragniemy żyć, zalewa nas coraz większa ilość towarów z każdego zakątka świata, proces globalizacji coraz bardziej postępuje – z drugiej istnieją narody, które nie zgadzają się na tego typu swoistą symbiozę między państwami, żyją w okopach własnych tradycji i tożsamości. Niemcy i Turcję dzieli dystans właściwie nie do przebycia, różni ich zbyt wiele, odmiennie postrzegają świat i całą otaczającą rzeczywistość. Jest to w filmie unaoczniane prawie w każdej minucie filmu, a niemożliwym do przeoczenia jest w momencie rozmowy Ayeten z matką jej partnerki Lotty. Czytałam gdzieś, że częstokroć mieszkający w Niemczech Turcji często izolują się, żyją w swoich własnych barykadach tożsamościowych bądź też całkiem o owej tożsamości zapominają i żyją całkiem jak niemieccy ludzie Zachodu nie wracając zbyt często do własnej przeszłości i nie pozwalają sobie na resentymenty. Główny bohater filmu Nejet, mimo tureckiego pochodzenia doskonale radzi sobie w zachodnim świecie. Jest dobrze wykształcony, wykłada język niemiecki na tamtejszym Uniwersytecie, świetnie zna języki. Decydując się na wyjazd do Istambułu zaczyna zastanawiać się nad wartościami, którymi kierował się w dotychczasowym życiu. Dowiaduje się, że podczas pobytu w państwie swoich przodków pragnie wprowadzić zmiany w do tej pory prowadzonej, uporządkowanej egzystencji. Czuje się odpowiedzialny za krzywdy, które spotkały Yester i poniekąd dzięki temu całkowicie przewartościowuje swoje życie. Tymczasowy pobyt (tak planował Nejet) w Turcji nieoczekiwanie zmienia się w dłuższy niż przypuszczał. Wyraźnie widać kontrast między synem Nejetem oraz jego ojcem Alim. Ten pierwszy jest bardziej świadomy, inteligenty, nie żyje przeszłością, natomiast Ali pokazany jest jako człowiek nie pasująca do europejskiej kultury, a nadal „żyjąca” według zasad panujących za czasów jego pobytu w Turcji. Kontrast wyraźny jest także między Lottą a Ayten, choć ten z czasem coraz bardziej się zaciera. Natomiast w opozycji do Ayten przez większość filmu stoi matka jej przyjaciółki, która pochodzi z Niemiec, jest euroentuzjastką i nie może zrozumieć zachowania i wyborów Ayten. Dopiero pod koniec filmu, po tragicznych wydarzeniach zaczyna kruszeć.
Uważam, że film doskonale wpisuje się w żywo toczone dyskusje na temat Turcji – czy kraj ten jest Europą czy nią nie jest. Podczas tegorocznego wyjazdu miałam okazję przyjrzeć się z bliska Cyprowi (gdzie oglądałam „Na krawędzi niebia”), który jest kolejnym jak dla mnie przykładem paradoksu. Aby dostać się z Polski na wyspę odległą o kilka tysięcy kilometrów potrzebowałam jedynie dowodu osobistego, nie musiałam ubiegać się o jakąkolwiek wizę. Natomiast, aby swobodnie móc przemieszczać się po Cyprze musiałam przekroczyć granicę grecko – turecką na której wydawano mi wizę. Ponadto zaobserwowałam ogromne różnice w mentalności obywateli obydwu części wyspy liczącej zaledwie około 9tys. kilometrów kwadratowych powierzchni (dla porównania – Polska liczy ok. 322tys km) Jesteśmy w coraz większym stopni jedną, wielką, globalną wioską, a jednocześnie istnieją takie granice i przeszkody (bardziej mentalne niż faktycznie istniejące), których pokonać nie jesteśmy w stanie. Zadziwiający jest ten nasz świat. Więcej o podziale Cypru napiszę innym razem, tu chciałam jedynie o tym wspomnieć – wpisało mi się to niejako w temat.
Film Akina to gorzki obraz z przepięknymi zdjęciami, świetnie skomponowaną muzyką, przepełniony symboliką. Jest swego rodzaju lekcją o otaczającym świecie, nie ma w nim jednak nachalnego i czasem niezrozumiałego dydaktyzmu. To film z podtekstem politycznym, jednak Akin skupia się przede wszystkim na doskonałym kreśleniu swoich bohaterów. Ani na minutę nie wydał mi się nudny, żadne ujęcie nie trwało zbyt długo, nie był "naciągany". Z niecierpliwością czekam na okazje do obejrzenia kolejnych filmów reżysera. Polecam!
wtorek, 18 sierpnia 2009
Powrót
Uwielbiam powroty. Powroty do tego, co mi znane i pewne. Do miejsc w których czuję się bezpiecznie i gdzie widzę znane i kochane mi twarze. Do ulubionych zapachów i smaków. Do własnej, mięciutkiej pościeli i najwygodniejszego na świecie łóżka. Do wykreowanych przeze mnie rytuałów. Choć nie wszystkie powroty początkowo są łatwe. Najgorsze są powroty z podróży, kiedy to tęsknie za miejscami w których byłam i do których zdążyłam się przyzwyczaić. Jednak po chwili, która czasem trwa kilka dni cieszę się mogąc uporządkować w głowie zdobyte podróżnicze doświadczenia, przeglądać przywiezione zdjęcia i pamiątki (w tym roku to przede wszystkim przyprawy z których korzystam w mojej kuchni za którą tak bardzo tęskniłam), czytać o miejscach, które odwiedziłam i rozmyślać, ile miałam szczęścia mogąc być tam, gdzie byłam.. No, ale nie o powrotach z podróży miało być! Chciałam się przywitać ze wszystkimi po długiej, blogowej nieobecności. Przestałam pisać, gdyż najpierw w moim życiu zapanowało trochę zamętu, doszło do wielu zmian i z braku czasu i miliona spraw na głowie nie miałam kiedy pisać.. Zaglądałam stale na Wasze blogi, lecz nie zostawiałam po sobie śladu w postaci komentarza, gdyż co przysiadłam do komputera uświadamiałam sobie, że mam jeszcze wiele innych rzeczy do zrobienia i załatwienia. Gdy już trochę się w moim życiu uspokoiło i uładziło ciężko było mi przysiąść do komputera i pisać, gdyż zupełnie się od tego odzwyczaiłam.. A teraz wracam, a ten powrót to właściwie tak samo jak początek blogowania, więc pewnie nie będzie łatwo, lecz chciałabym pisać o tak wielu sprawach, które widziałam i przeżyłam w przeciągu ostatnich miesięcy, więc mam nadzieję, że tematów mi nie zabraknie!!!Oj, stęsniłam się za Wami! P.S. Chciałam wkleić obraz związany z tematem powrotów, lecz nic interesującego nie znalazłam. Może Wy jakiś znacie?
czwartek, 26 lutego 2009
Nowinki
Hop, hop! Panie i panowie. Jestem Czy ktoś tu jeszcze zagląda?Dwie nowinki. Filmowe. Hiszpańskie. Wspaniałe. Number one. Trailer nowego filmu Almodovara. Nie mogę już się doczekać, na razie oglądam zapowiedź i wygląda smakowicie.
Nowina numer dwa. Zbliża się Tydzień Kina Hiszpańskiego. Zacieram ręcę z niecierpliwości. Polecam. Ja będę uczestniczyła trzeci raz. W tamtym roku udało mi się obejrzeć zaledwie jeden film, w tym roku planuję zobaczyć więcej. Dwa lata temu widziałam kilka filmów, w tym mój ukochany Granatowy Prawie Czarny. Grany był on później regularnie w kinach, ale większość festiwalowych filmów można obejrzeć tylko podczas marcowo-kwietniowego tygodnia. Nielada gratka dla miłośników kina i Hiszpanii. Program Tygodnia znajdziecie tu
wtorek, 27 stycznia 2009
Powspominajmy...
Hity ostatnich dni. Tata Filipa najchętniej czyta książki będąc w toalecie (uważajcie mamusie i tatusiowie – dzieci powiedzą wszystko! Żebyście wiedzieli, co o Was wiem ;) ) Pytam dziś dzieci (odnośnie pewnej zabawy), czy wiedzą, co to są Łazienki i czy kiedyś w nich były. Na to Kamilka: „Tak! To ten park, w którym jest dużo wiewiórek!” Mamy czasem taką zabawę, że mówię do dzieci „Pomachają do mnie dzieci, które… (np umyły rano zęby, lubią truskawki itp.). Czasami inicjatywę przejmują dzieci i przedstawiają swoje pomysły na to, kto ma do nich pomachać. Karolina: „Pomachają do mnie dzieci, które lubią lepić ze śniegu bałwana”; Paulinka: „Pomachają do mnie dzieci, które lubią lepić ze śniegu bałwana” (machają wszystkie dziewczyny oraz Hubert – dziewczyny bardziej zainteresowane są tematem wiewiórek – a sama ciekawa jestem ile z nich ile razy w swoim życiu lepiło śniegowe wiewiórki.) Ostatnio wróciła jak bumerang mania przyklejania plastrów. Dzieci wyszukują sobie najmniejszych zadrapań, ranek, „wywiniętych” skórek tylko po to, aby przyjść do mnie i poprosić o plaster. Co to za pomysły? Bardzo mnie martwi, bo kilka dziewczynek – grupowych gwiazd socjometrycznych podczas tzw zabawy dowolnej przygotowuje koncert śpiewając piosenkę Dody. „Nie daj się ludzie niech swoje myślą, Nie daj się ,Z diabłem do piekła wyślą. Nie daj się, warto być zawsze tylko sobą”. W zabawy dzieci staram się nie ingerować, ale pani, której piosenkę wykonują nie trawię, więc co tu robić… Pracuję z dziećmi i nieraz zastanawiam się, jaka byłam w ich wieku. Niby jakieś pojęcie mam, ale na pewno nie pełne. W przedszkolu byłam bardzo wstydliwa, nie lubiłam publicznych występów, zgłaszania się, wychodzenia przed grupę. Na pewien bal karnawałowy mama uszyła mi piękny strój cyganki, do czerwonej apaszki przyszyła wykonane z wełny warkocze. Ja byłam do tego stopnia nieśmiała, że słowem nie odezwałam się, gdy pani ową chustkę przewiązała mi w pasie zamiast na głowie… Mama zobaczyła to później na zdjęciu i miała mi trochę za złe, że nie zwróciłam nauczycielce uwagi. Byłam wstydliwa, ale na pewno nie byłam aniołkiem. Kiedyś w przedszkolu ukradłam koleżance piękne buciki dla lalki Barbie. Ale nie byłam pomysłową i wyrafinowaną złodziejką, gdyż kradzież ukryłam na własnej półce, na której trzymałam prace przedszkolne i inne szpargały. Mój czyn szybko się wydał, nie pamiętam reakcji pani, ale wiem, że koleżanki przez pewien czas mówiły na mnie kradziejka. W przedszkolu miałam niewiele koleżanek. Najlepszą była Kasia, którą wszyscy nazywali szmata. A to dlatego, że uwielbiała kłaść się na podłodze i jeździć po całej sali wycierając cały brud i kurz. Nikt jej nie lubił, a ja bardzo chętnie bawiłam się z nią. Uwielbiałam przedszkolne śniadania, a zwłaszcza, gdy podawano kanapkę z …. jabłkiem (teraz bleee). Pamiętam, że jedna z pań w przedszkolu była moją idolką, drugiej – bardzo nie lubiłam. Do przedszkola przynosiłam ulubioną lalkę dla której mama uszyła mi śliczną koszulę nocną w różowe kwiatki. Zakładałam ją lalce, gdy zaczynało się leżakowanie, kładłam na poduszce obok mojej głowy i miałyśmy słodko spać po obiedzie. Ta druga pani zawsze zabierała mi tą lalkę, a oddawała dopiero, gdy wychodziłam do domu.. Nie mogłam jej tego wybaczyć i dlatego nie darzyłam sympatią. Nie pamiętam, czy lubiłam leżakować czy nie. Większość dzieci, zwłaszcza na samym początku uczęszczania do przedszkola nie znosi spać w nim. Spanie kojarzy im się z nocą i dlatego śpiąc w przedszkolu myślą, że jest już noc, a rodzice zostawili je przedszkolu aż na dwa dni! (cóż za marna ta moja stylistka – ale mam nadzieję, że rozumiecie o co chodzi..). Pamiętam także ogródek przedszkolny. Jak każde dziecko bardzo lubiłam spędzać w nim czas. Była tam niewielka górka, a za nią pełno było ślimaków – wszyscy uwielbiali tam chodzić zafascynowani tymi mięczakami , a ja ich nie znosiłam i za górkę nie chodziłam. W ogródku miałam też kiedyś bardzo przykre zdarzenie. W czasie zabawy w berka przewróciłam się na asfalcie i miałam po tym bardzo starty (do czerwoności) policzek. Byłam wtedy w ulubionej sukience, której po tym dniu znienawidziłam. Mam jeszcze jedno przykre przedszkolne wspomnienie. Pamiętam, że pewnego dnia po przedszkolu biegałam w bluzce i białych rajstopkach. W pewnej chwili podczas zabawy poczułam, że bardzo chce mi się siku, zaczęłam biec do łazienki i niestety nie zdążyłam… Mam niewiele wspomnień z okresu przedszkola, a jak widzicie –są one przykre i właściwie uświadamiam sobie, że nie mam żadnej przyjemnej i radosnej reminiscencji z tamtego czasu. Mam nadzieję, że dzieci z mojej grupy będą mnie miło wspominać i czas spędzony w przedszkolu jako jeden z lepszych w ich życiu ;) A Wy jakie macie wspomnienia z przedszkola?? Może przeciwnie do mnie pamiętacie coś super przyjemnego? P.S. Jeśli mi się uda, to jutro wstawię kilka moich przedszkolnych zdjęć
wtorek, 20 stycznia 2009
Sodoma i Gomorra
Filmy o mafii nigdy mnie nie interesowały i choć znam kilku entuzjastów obrazów o tej tematyce ja nie miałam ochoty ich oglądać. Z „Gomorą” było nieco inaczej. Książka na której podstawie powstała stała się już swoistą legendą sprawiła, że zapragnęłam zobaczyć film Mateo Garrone. I zobaczyłam.
Najpierw książka. Roberto Saviano opisał mechanizmy działania neapolitańskiej mafii – Camorry. Książka przyniosła mu ogromny rozgłos i popularność, ale jednocześnie wyrok śmierci wydany przez żądną zemsty Camorrę. Od dwóch lat pod osłoną eskorty ukrywa się przed żołnierzami mafijnego klanu. Książki nie czytałam, więc nie będę jej tu opisywała. Film podobno pogorszył już i tak nie najlepszą sytuację Saviano. Jeszcze bardziej rozjuszył neapolitańskich bossów. Filmy o mafii kojarzyły mi się z lukrowanymi obrazami w stylu „Ojca chrzestnego”. „Gomora” obdziera taki wizerunek i pokazuje Camorrę bez zbędnego cukru. Ukazuje ogromne mocarstwa finansowe, które stały się przykrywką dla handlu bronią i narkotykami, które powstały na fundamentach nielegalnej konkurencji, wymuszeń, szantażów, korupcji, morderstw. Niby zdawałam sobie z tego wszystkiego sprawę, ale zobaczyć to na własne oczy na ekranie uświadomiło mi na jak wielką skalę działa ta nielegalna organizacja. Niby nielegalna, ale jakże bezkarna. Podobno policja oglądając obraz Garrone rozpoznała dwóch faktycznych członków neapolitańskiego mafijnego imperium. Ponadto w sondażu przeprowadzonym kilka lat temu Włosi odpowiadając na pytanie „Kto rządzi na południu Włoch?” w 90% odpowiedzieli, że mafia, a jedynie 10% stwierdziło, że rząd. Mafia we Włoszech złapała w swoje macki wiele sektorów gospodarki, uzależniła od siebie tysiące ludzi stając się tym samym ogromnym „przedsiębiorstwem” biznesowym i jak napisał sam Saviano jest „jednym z bastionów europejskiej ekonomii”Kilka lat w dużej mierze przejęła sektor budowlany, a w „Gomorze” pokazane jest, że zajmuje się także nielegalną wywózką śmieci i składowaniem odpadów radioaktywnych w miejscach do tego nie przeznaczonych. Badania pokazują, że w rejonach w których są one odkładane znacznie wzrosła zachorowalność na choroby nowotworowe. Poza tym mafijni bossowie stoją za przemysłem włókienniczym i krawieckim. W Gomorze jest świetna ironiczna scena ukazująca, jak bardzo mafia rządzi światem. Na ekranie telewizora, który ogląda główny krawiec zakładu kierowanego przez mafię widzi uszytą prze siebie suknię założoną przez Scarlett Johnson przechadzającą się po czerwonym dywanie. Piękna suknia wybrana przez aktorkę nieświadomą za jak brudne pieniądze została uszyta.
SUkazuje wielkie imperia finansowe, które powstały na międzynarodowym handlu bronią i narkotykami, na agresywnej, nielegalnej konkurencji, na szantażach, wymuszeniach, korupcji i morderstwach. Opisując świat mafii, wojny między klanami, vendetty, killerów i dealerów, Saviano dowodzi, że neapolitańska kamora pod względem liczebności, siły ekonomicznej i bezwzględności jest znacznie silniejsza i potężniejsza niż sławna mafia sycylijska i inne zorganizowane grupy przestępcze południowych Włoch. Okazuje się, że Camorra obraca rocznie pieniędzmi rzędu 12 mld euro. Podobno w dniu zamachu na Word Trade Centre jeden z mafijnych bossów zadzwonił do swojego „wspólnika”, aby poinformować, że „zwolniła się działka na Manhattanie”. W filmie okazuje się to prawdą, podczas napisów końcowych podana jest informacja, że Camorra bierze udział przy odbudowie WTC. Gomora oprócz szeregu informacji przedstawiających silne wpływu Camorry na świecie ukazuje wiele mechanizmów działania mafii. Nie ma już w niej miejsca na honorowe zasady, którymi kierują się członkowie mafii, jakie znamy z wielu dotychczasowych filmów. Członkowie nie cofną się właściwie przed niczym, aby osiągnąć zamierzony cel – w jednej ze scen zabita zostaje kobieta, co do tej pory w obrazach mafijnych było nie do pomyślenia. Nie ma także kobiety- matki „la mammy”, która cichaczem kierowałaby poczynaniami synków. Mafia to ogromna organizacja przestrzenna, mająca ogromny zasięg i dzięki szerokiej sieci społecznych powiązań oraz całkowicie legalnych zabezpieczeń zapełniła przestrzeń w której funkcjonują nie tylko donowie, członkowie, ale także zwykli obywatele. Mafia tkwi w przede wszystkim sycylijskiej, neapolitańskiej oraz kalabryjskiej mentalności, tak naprawdę nie ma szefa, zastępcy czy jakiejkolwiek struktury. Nie ma w niej miejsca na honory, rytuały, jakiekolwiek symbole czy zwyczaje. Cel uświęca środki. Jedynyną zasadą współczesnej mafii nadal zdaje się być omerta – kierujący się nią członkowie nie zdradzają jakichkolwiek tajemnic, jest to reguła milczenia.
Film pokazuje jeszcze jeden aspekt mafijnego życia. Jesteś w mafii, ale wydostać się z niej właściwie nie masz szans. Jeden z bohaterów po zabiciu kobiety – przyjaciółki chce opuścić Camorrę. Niestety okazuje się to niemożliwe. Poza tym Gomora dała mi do myślenia, jak bardzo jesteśmy uzależnieni i zdeterminowani od czasów i miejsca w którym żyjemy. Jak twierdziła Ruth Benedict kultura jest syntetyczną i zintegrowaną całością podporządkowaną wokół jednego wzoru myślenia. Dlatego żyjąc w danej kulturze chcąc czy nie chcąc jesteśmy pod silnym wpływem owego nadrzędnego wzoru. Myślę, że w Gomorze takowy aspekt kultury można zauważyć. Choćby wzbraniać się z całych sił mieszkając na południu Włoch pośrednio lub bezpośrednio wpadlibyśmy w macki Camorry, Cosa Nostry czy Ndrangheta (kalabryjska mafia) - tak ja już wcześniej wspominana zamordowana kobieta – matka chłopca, który zdradził „swoich”.
Jeśli chcecie ujrzeć mafię bez retuszy, bez dodawania jej atrakcyjności, bez makijażu polecam „Gomorę”. Sam reżyser powiedział, że filmował go najprościej jak to było możliwe, tak jakbym był przechodniem, który znalazł się tam przez przypadek”. Myślę, że udało mu się to. Jeśli chcecie zobaczyć Neapol z nieco innej strony, strony, która burzy wyobrażenie Italii jako kraju w którym wszędzie grzeje słoneczko, rosną malownicze palmy, wszyscy są uśmiechnięci i szczęśliwi obejrzyjcie „Gomorę”. Nie ma w niej pięknych widoków, są za to: szare i zniszczone blokowisko (jakiego nigdzie nie widziałam), brudne plaże, obskurne kluby nocne przypominające bardziej widoki Europy Wschodniej niż uroczych Włoch. W filmie nie zobaczycie czerwonych ust, gęstych i ciemnych włosów Włoszek, nie zobaczycie eleganckich i przystojnych Włochów. Zobaczycie za to obleśne brzuszyska, szerokie karki, tłuste i ulizane włosy.
Mi nie pozostaje nic innego, jak sięgnąć po książkę Saviano. Żałuję tylko, że nie uczyniłam tego w innej kolejności (najpierw książka- potem film). Polecam fragmenty książki: Gomorra
wtorek, 06 stycznia 2009
Brenna i okolice
Wyjazd był bardzo krótki, ale niezwykle odświeżający. Czułam mroźne, czyste, pięknie pachnące powietrze w płucach, starałam się je wdychać jak najmocniej, najzachłanniej, najwięcej. Chciałam uzupełnić jego zapasy na kolejne dni. Powietrze w górach pachnie czystym śniegiem, drzewem palonym w domowych kominkach, grzanym winem, gorącą herbatą i żurkiem. Powietrze w górach jest lekkie i oczyszczające. Cieszyłam wzrok pięknymi widokami. Wszędzie było śnieżnie biało, przejrzyście i ślicznie. Czułam się trochę jak królewna w najpiękniejszej krainie śniegu. W Ustroniu oprócz spacerowania odwiedziłam świetny second hand ;)
Kiedyś nienawidziłam zimy. W tym roku ją pokochałam. Nadal nie znoszę zimy na przystankach autobusowych, a także gdy zapomnę zabrać rękawiczek z domu lub gdy mam przemoczone buty. Nadal jestem ciepłolubna, lecz coś się we mnie zmienia w postrzeganiu i przeżywaniu tej srogiej pory roku. Spodobała mi się mała, cieszyńska Starówka. Podczas wyjazdu dowiedziałam się, a raczej potwierdziłam , że jestem czasem wielką panikarą, że boję się wielu rzeczy. I jest we mnie wiele sprzeczności. Na wiele zdarzeń macham lekceważąco ręką, gdyż uważam, że drobiazgami nie należy się przejmować, a zarazem w niektórych błahych sytuacjach moje emocje wybuchają ze zdwojoną siłą. Podczas wyjazdu uzależniłam się od żurku. Stale mam na niego ochotę i mogłabym go jeść codziennie. Poza tym uznałam, że chciałabym mieć w moim mieszkaniu podgrzewaną podłogę w łazience. Chciałabym nauczyć się jeździć na snowboardzie, grać w więcej gier planszowych i czytać więcej książek (to ostatnie bardzo zaniedbuję
Uwielbiam odkrywać mój kraj. Są w nim naprawdę cudowne miasta i miasteczka, często zapomniane. Cieszyn i Skoczów to dwa miasta w Beskidzie Sląskim, które są niezwykle urokliwe. Uśpione, spokojne, pełne cudownych detali. Wiele mogłabym im zarzucić, do najróżniejszych elementów odnieść się negatywnie, ale staram się widzieć to, co dobre. A jaka to przyjemność, gdy odkryje się coś pięknego i niezwykłego, często nieoczywistego. Zdecydowanie większa niż obserowanie tego, co na pierwszy rzut oka jest cudne, a czasem wręcz idealne. Poza tym w górach spotkałam wiele cudownych ludzi - sympatycznego Pana Kapustkę, panią z second handu, która chwaliła wybrane przez mnie ubrania, pomocną sprzedawczynię miodów i cudowne sprzedawczynie z cukierni. Już nie mogę się doczekać kolejnej takiej wyprawy.. Na jednym ze zdjęć jest ciasto. To Balbina. Jestem estetką, dlatego w niej zakochałam się od pierwszego wejrzenia i nie mogłam się oprzeć, aby nie kupić w jednej z ustrońskich cukierni. Zjadłam ją już w domu, w Warszawie. Posmarowaną miodem malinowym, także zakupionym w Ustroniu. Była pyszna i czułam w niej śnieg z krystalicznie cudownych i świeżych polskich gór.
Obejrzałam wreszcie „Złe wychowanie” Almodovara. I zrobiło na mnie ogromne wrażenie. "Złe wychowanie" przyprawia o zawrót głowy swą scenariuszową i montażową precyzją, przypominał mi układankę, w której najróżniejsze klocki, często z pozoru należące do zupełnie innego kompletu, dają w efekcie, jeden czytelny znaczeniowo i głęboko poruszający obraz. W trakcie oglądania nie tylko nie wolno przerwać ani rozmawiać z towarzyszącymi osobami, ale trzeba maksymalnie skupić uwagę na ekranie i opowiadanej historii. Reżyser zmienia bowiem swobodnie struktury czasowe, część zdarzeń rozgrywa się w rzeczywistości, część jest wspomnieniem, wyobrażeniem lub kreacją artystyczną, część może zmyśleniem lub zwykłym kłamstwem. Hmm, mam problem z krótkim opisaniem fabuły filmu. Czy mam to czynić chronologicznie, tzn. od lat sześćdziesiątych, kiedy w klasztornej szkole spotkało się i zakochało w sobie dwóch chłopców, Ignacio i Enrique, i gdy w Ignaciu zakochał się także ich nauczyciel, ksiądz Manolo, wywierając zgubny wpływ na dzieci? Czy zgodnie z akcją filmu, kiedy w latach osiemdziesiątych do Enrique, sławnego już reżysera, przychodzi aktor Angel, dawny Ignacio, ze scenariuszem filmu opowiadającym o szantażu, jakiego transwestyta Zahara, onże Ignacio, dopuszcza się na księdzu Manolu? Czy może od wyjaśnienia, że Angel to naprawdę Juan, udający swego nieżyjącego już brata Ignacia, kochanek pana Berenguera, dawnego ojca Manolo, który porzucił stan kapłański, i reżysera Enrique, zabójca swego brata i cyniczny karierowicz? To tylko streszczenie jest tak skomplikowane i nieprawdopodobne, w filmowym opowiadaniu wszystkie wątki logicznie z siebie wynikają, uzupełniają się wzajemnie i nigdy nie tracą sensu, znakomicie prowadzone precyzyjnym montażem i wystudiowanymi kreacjami aktorów. Można też prbować opowiedzieć, a może zrozumieć "Złe wychowanie", przedstawiając osobne historie czterech jego bohaterów: Ignacia, Enrique, Juana-Angela i księdza Manola-pana Berenguera. Bo to film wyłącznie o mężczyznach, którzy kochają się, pożądają, nienawidzą, upokarzają i zabijają. Tylko na moment pojawiają się w nim dwie stare kobiety, obie bardzo typowe dla stylu Almodóvara, nadopiekuńcza matka i groteskowa ciotka. "Złe wychowanie" to film gejowski "tout court", wyrastający z homoseksualnej wyobraźni i zmysłowości jego autora, obcy dla kobiet i heteroseksualistów, ale równocześnie fascynująco odkrywczy, śmiały i komunikatywny. Na pewno także ekshibicjonistyczny. Miałam wrażenie, że oglądając go, przekraczam granicę prywatności artysty i psychicznych barier bohaterów, że z niezwykłą odwagą i bolesną determinacją odsłaniane są przede mną pierwotne ludzkie instynkty, nagłe zauroczenia, mroczne pragnienia, destrukcyjne namiętności, zgubne ambicje. I oczywiście miłość, namiętna i bezbronna, ciągle narażona na zniszczenie, ale jednak trwała i na zawsze piętnująca ludzi. |