;
wtorek, 31 sierpnia 2010
Okno

Ja naprawdę lubię takie dni, jak ten którry właśnie przemija ;)

deszcz

Tagi: deszcz
23:04, kemotalamot , dolce far niente
Link Komentarze (5) »
środa, 19 maja 2010
Klocki

 

 

 

 

piątek, 14 maja 2010
rowery i Prenzlauer Berg

Berlin to miasto rowerów, nie jest ich tam tak wiele jak w Amsterdami, ale jest ich napewne duuuuuużo. To miasto dla mnie pod kolejnym względem;) :

 

 

W Berlinie mieszkaliśmy w dzielnicy Prenzlauer Berg. Mogłabym chyba w niej zamieszkać na dłuższy czas. Zauroczyła mnie. Czytałam, że dzielnica staje się coraz bardziej „trendy” i turystyczna, lecz w jej przypadku absolutnie mi to nie przeszkadza.

Prenzlauer Berg wypełniają kamienice zbudowane przede wszystkim w końcu XIX wieku, kiedy to zaczęto tworzyć budynki zwane „czynszowymi koszarami” z przeznaczeniem dla robotników. Były to zwykle ciasne dwupokojowe mieszkania. Kamienice posiadały pośrodku niewielki dziedziniec obsadzony drzewami ( mieszkaliśmy w takiej kamienicy, miała ona podwórko pośrodku,  a także piękne wysokie okna). Początkowo była to najuboższa część Berlina, lecz zarazem najgęściej zabudowana i zaludniona.  W czasie Drugiej Wojny Światowej niewielka część zabudowy dzielnicy została zniszczona, szczególnie w porównaniu z innymi częściami Berlina. W latach powojennych dzielnica długo nie cieszyła się popularnością, wszelkie siły i pieniądze przeznaczane były na rozbudowywanie i odnawianie innych części miasta. Wiele kamienic zaczęło się „sypać” i straszyć wyglądem przechodniów. Do dziś w bocznych uliczkach dzielnicy można odnaleźć stare, nieodnowione domy dające wyobrażenie dawnego Berlina. Byliśmy przy takim budynku. Dotarliśmy do starego, nieodnowionego podwórca berlińskiego. Niegdyś w kamienicy okalającej owe podwórko mieściła się żydowska szkoła dla niewidomych. Obecnie jest tam kino oraz knajpka. Niesamowite wraenie zrobiła na mnie kamienica. Odpadający ze ścian tynk, cegły pokryte graffiti, unoszący się zapach stęchlizny (który mi się podobał), rozpadające się okna. Ileż historii ludzkich, ileż dramatów uświadczyły te mury.  W bramie obok tego starego, zaniedbanego podwórka mieści się inny dziedziniec. Pięknie odrestaurowany, świetnie zachowany, chyba najbardziej elegancki w Berlinie. Wokół niego ulokowały się wytworne butki oraz drogie restauracje. Szczególnie podobała mi się mieszcząca się przy nim klatka schodowa z uroczo wijącymi się schodami i pięknymi poręczami. Niezwykły kontrast dwóch podwórek, dwóch światów, dwóch Berlinów, Ja wybieram ten pierwszy, bardziej naturalny, pachnący historią, wywołujący dreszczyk emocji oraz budzący moją ciekawość.

Gdy upadł mur berliński w mieście nastąpiły masowe przeprowadzki. Ludzie poczuli wolność, mogli przemieszczać się bez problemu z jednej częśći Berlina na drugą. Młodzi zainteresowali się dzikim Prenzlauer Berg, rdzenni mieszkańcy dzielnicy poszukiwali bardziej komfortowych warunków życia (bloków), a ponadto uciekli przed zalewem nowych mieszkańców dla których Prenzlauer Berg wydał się tak interesujący (nastąpował on głównie po 1993 roku).  Zaczęto dostrzegać dzielnicę i ją modernizować. Remontowano, przebudowywano, unowocześniano.  Stale przybywało nowych mieszkańców, którzy zaczęli tworzyć parki, skwery, ogródki. Jednym słowem – Prenzlauer Berg stawał się coraz przyjaźniejszym miejscem. Wiele osób działało społecznie chcąc mieszkać w przyjemnym, zadbanym i przyjaznym rodzinom miejscu.

W Prenzlauer Berg jest cała masa uroczych kawiarenek, sklepików z rozmaitymi przedmiotami. Klimat tej dzielnicy jest niesamowity. Z przyjemnością obserwowałam odpoczywające w parkach rodziny, zaglądałam w okna berlińskich przedszkoli (skrzywienie zawodowe). Podobali mi się rodzice zawożący rowerami swoje pociechy do przedszkoli (wnioskuję tak po obserwacji dokonanej we wtorkowy poranek). Prenzlauer Berg określany jest „stolicą niemieckiej rozrodczości”. Wskaźnik urodzeń jest tu bardzo wysoki w porównaniu z innymi miejscami w Niemczech. Skąd bierze się ten fenomen? Być może z dużej ilości żłobków (także prywatnych), być może z dużej popularności zatrudniania tu opiekunek do dzieci (z różnych stron świat), być może dłuższe godziny pracy tutejszych przedszkoli, a być może wręcz luksusowe warunki „domów rodzenia” w których rodzące kobiety traktowane są z należną godnością i szacunkiem. Ponadto w Prenzlauer Berg młode mamy mogą uczęszczać na rozmaite zajęcia (np. zajęcia z chóru, pływania, gimnastyki)  wraz z dziećmi i nikt nie skrzywi się na dźwięk głośnego płaczu maleństwa. W dzielnicy mieści się masa kawiarni otwartych dla rodziców z dziećmi ( co ciekawe w Prenzaluer Berg powstała także kontrowersyjna kawiarnia „wolna od dzieci”); są sklepy dla dzieci (kilka przecudnych widziałam, miałam ochotę wykupić calutki asortyment) i matek. W Berlinie polityka prorodzinna zapewnia 14 miesięcy płatnego urlopu macierzyńsko-tacierzyńskiego (tzn miesiące te można rozdzielić między dwoje rodziców; urlop nie jest pełnopłatny). Rodzicom przysługuje dodatek rodzicielski. Otrzymują miesięcznie 150 euro na każde dziecko do ukończenia przez nie 18 roku życia. Jeszcze niedawno w Niemczech likwidowano przedszkola z powodu hałasu z nich wydobywającego się (na który skarżyli się sąsiedzi). Powstało nawet określenie na dziecięce hałasy – kinderlaerm. Obecne przepisy przeciwdziałają takim sytuacjom przez określenie halasów tworzonych przez dzieci jako niezaprzeczalnych wskaźników prawidłowego rozwoju dziecięcej osobowości.W Prenzlauer Berg ponadto jest sporo parków, a także placów zabaw. Nic, tylko przenosić się do Berlina i rodzić dzieci! Czuję się mocno skuszona ;)

Dla wielu Prenzlauer Berg jest miejscem bardzo snobistycznym, w którym żyją przede wszystkim osoby mające „wolne zawody”, dobrze sytuowane, mogące pozwolić sobie na nieśpieszny tryb życia, lubiące ekologiczne produkty (biomarketów jest tu pod dostatkiem - znów coś dla mnie), robiące zakupy w małych, lokalnych sklepikach.  Złośliwi określają Prenzlauer Berg jako wzgórze ciążowe. Mieszkańcy innej berlińskiej dzielnicy – Charlottenburga (zamieszkałej głównie przez starsze osoby)  jako główną zaletę swojego miejsca zamieszkania nieraz podają „wolność od wózków”. Niektórzy twierdzą, że Prenzlauer Berg jest zamkniętą społecznością w której rodzą się dzieci, ale nie wszyscy dobrze się w niej czują. Kobieta bezdzietna może czuć się tu gorzej. Nie bez echa obyło się utworzenie w Prenlauer restauracji zabraniającej przyprowadzania do niej dzieci. Niektórzy twierdzili, że to świetne miejsce, które w  dzielnicy jako jedyne nie dyskryminuje osób nie mających dzieci i dające okazję do wypicia kawy czy zjedzenia śniadania w spokoju, bez konieczności wysłuchiwania płaczu dzieci. Rozumiem argumenty obydwu stron, lecz osobiście miałabym ochotę przez jakiś czas pomieszakć w Prenzlauer Berg.

Kolejna dawka migawek z Berlina:

 

 

 

 

 

 

 

sobota, 08 maja 2010
Berlin

Weekend majowy spędziliśmy w Berlinie.  Cóż to miasto ma w sobie takiego, że jest tak pociągające? Nie jest zachwycające w takim sensie , jak zachwycający jest dla mnie Madryt czy Barcelona, gdzie piękny budynek przyklejony jest do kolejnego pięknego budynku; gdzie place otaczają niesamowite, pięknie odrestaurowane zabytki. Berlin wręcz przeciwnie, nie ma wielu zapierających dech w piersiach cacek architektonicznych (jak dla mnie); nie jest naszpikowany ugładzonymi kamienicami, takimi jak są chociażby w Wiedniu. W Berlinie nie podobał mi się Alexanderptalz, nie zainteresowała jedna z najbardziej reprezentatywnych ulic Berlina – Unter den Linen, czyli aleja pod lipami. Byłam w Pergamonmuseum (podobała mi się część poświęcona zbiorom sztuki islamskiej) , lecz pozostałe muzea na Museumsinsel (Wyspa Muzeów) jakoś nieszczególnie mnie pociągały.  Jednak mimo moich krytycznych uwag Berlin ma w sobie  wiele uroku i czaru, który nieraz będzie mnie przyciągał do siebie. Zakochałam się szczególnie w jednym berlińskim miejscu – dzielnicy Prenzlauer Berg.

Berlin jest stolicą artystów, legenda mówi, że więcej jest ich tylko w Nowym Jorku. W Berlinie jest wiele galerii, muzeów, ktoś spragniony obcowania ze sztuką na pewno ma co robić w niemieckiej stolicy. Zapewne także artyści dobrze się tam poczują, dziwacy nie będą wywoływać zdumienia czy dziwnego i nieprzyjemnego zainteresowania. Każda „nietypowość” znajdzie swoje miejsce, czy to nietypowość stroju i wyglądu, czy działania i zachowania czy   też myślenia i głoszonych poglądów. Takie odniosłam wrażenie, być może mylne – mam nadzieję, że będę miała jeszcze okazję do jego weryfikacji bądź potwierdzenia (czytałam różne opinie w tej kwestii).  Ja w Berlinie czułam się świetnie i swobodnie, nikt mnie jakoś szczególnie nie obserwował, co często odczuwam w Polsce. "Berlin jest teraz tym, czym Nowy Jork był w latach osiemdziesiątych".

 

 

Myślę, że berlińską atmosferę tworzy luz i otwarcie się, wyjście „na zewnątrz”. Gdy nie padało widziałam masę ludzi w kawiarniach, w parkach, na skwerach. Z przyjemnością obserwowałam rodziny spędzające sobotnie popołudnie na trawniku przy  Museuminsel. Popularnym środkiem transportu są rowery, które kilka razy o mały włos nie rozjechały mnie (mam wrażenie, że rowerzyści mają tam więcej praw niż piesi czy kierowcy samochodów).  Byłam zachwycona wystawianiem przed sklepy części asortymentu. Warzywniaki, sklepy z artykułami domowymi, kwiaciarnie, zwykłe spozywczaki , czy drogerie część wystaw przenosi na okalający je chodnik. Sprawia to miłe wrażenie, wcale nie wprowadza nadmiernego chaosu czy bałaganu.

 

Po powrocie z Berlina, jak zresztą po każdej podróży staram się odszukać cząstki danego miejsca w Warszawie. Już nie mogę doczekać się  Święta ulicy Smolnej, które odbywa się rokrocznie w czerwcowy weekend. W zeszłym roku świetny pomysł miały dwie artystki, które zbierały osobiste wspomnienia mieszkańców Smolnej, następnie tworzyły plastikowe płytki na których laserowo spisano owe wspomnienia. Pomysł ten początkowo zrealizowały właśnie w Berlinie, w Kreuzbergu. Chodziły od ludzi do ludzi,  przepytywały z osobistych doświadczeń, które następnie można było przeczytać na płytkach powieszonych w berlińskim metrze.  "Jechałem tymi schodami ruchomymi wczesnym latem 2008 r. z właściwie mi obcym, ale bardzo sympatycznym Wilsonem";  "Tu wydrukowałem swoją pracę magisterską 22 września 2007 r. o 23.30". Uważam, że to fantastyczna inicjatywa przeniesiona na nasze polskie podwórko. Wydaje mi się, że w Berlinie odbywa się wiele tego typu akcji, że są oni od tego specami.  Cieszę się, że i w Warszawie jest ich więcej.

Zachwycałam się berlińskimi  kawiarniami, knajpami, restauracjami, których pełno jest w mieście. Większość z nich jest niewyszukanych i nienadętych . Pragnęłam do każdej kawiarni wstąpić i usiąść choćby na szklankę wody. Pragnęłam całą sobą wchłonąć klimat Berlina (choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że za mało czasu w nim spędziłam, by było to możliwe). Właściwie wszystkie knajpki odznaczały się estetyką, którą lubię najbardziej. Proste stoły, proste krzesła, malutka doniczka z uroczymi kwiatkami na blacie stołu.  Bez zbędnych, dziwnych ozdób czy sztuczności.    Bardzo podobały mi się berlińskie sklepy – pełne artystycznych przedmiotów, pięknych kuchennych akcesoriów (które są moją obsesją), cudownych rozmaitych gadżetów. Piękne są berlińskie księgarnie. Kilka chwil spędziłam we wspaniałej księgarni oferującej wyłącznie książki kucharskie. Jest ona malutka, lecz wypełniona regałami z przepisami.  Księgarnia oferuje przede wszystkim książki w języku niemieckim, lecz znalazły się w niej półki z książkami angielskimi. W księgarni poza zakupem książek zjeść oferowane przez właścicieli pyszności oraz skorzystać z usług cateringowych, a także zapisać się na kurs gotowania (o czym marzę). Piszę o tej księgarni, gdyż sama uwielbiam kupować książki kulinarne i nie mogłam przejść obok tej księgarni obojętnie. Byłam pod ogromnym wrażeniem tego, ile książek kucharskich przetłumaczono na niemiecki i jak pięknie są one wydane. W sumie to chyba dobrze, że nie mieszkam w Berlinie – całą miesięczną pensję przepuszczałabym w tej księgarni.

 

(ulica Bergamana- marzy mi się, by była w Warszwie ulica mojego mistrza)

Zakochiwałam się także w berlińskich kwiaciarniach. Jak cały Berlin były niezwykle proste, a zarazem przeurocze. Niestety w Warszawie większość kwiaciarń jest jak dla mnie mało estetyczna, mieszczą się one głównie w starych blaszakach. Kwiaciarnia dla mnie powinna być „mekką” estetyki i zadbania o każdy szczegół, powinnam się nią zachwycać i chciałabym, aby zachęcała mnie do częstych w niej zakupów. Z warszawskich kwiaciarń mam niezbyt miłe doświadczenia, kwiaty zazwyczaj wetknięte są w nieładne plastikowe kubły czy wazony, dekoracje i wystawy zazwyczaj odstraszają mnie kiczem i bylejakością. Natomiast kwiaciarnie berlińskie są dla mnie bajeczne (naprawdę niewiele trzeba, aby takie były). Sprzedawcy wystawiają kwiaty na zewnątrz sklepu, ustawiają je w ładnych doniczkach, są zadbane i pięknie pachną świeżością. Można w nich kupić zarówno kwiaty cięte, jak i malutkie, śliczne kwiatuszki doniczkowe.  Wszystkie kwiaciarnie  przyciągały mój wzrok.  Obserwowałam chwilkę kurs kwiaciarski odbywający się w kwiaciarni na Prenzlauer Berg (dzielnicy w której mieszkaliśmy). Zapragnęłam uczestniczyć w takich warsztatach, najchętniej  w tamtym miejscu.  Kwiaciarnie były na każdym kroku, a najwięcej widziałam ich w dzielnicy Kreuzberg. Kreuzberg odwiedziliśmy w deszczowy poniedziałek, nie mogliśmy się nacieszyć jego atmosferą w pełni (choć deszcz jakoś wyjątkowo pasował do Berlina). Żałuję, że do Kreuzberga nie dotarliśmy w sobotę, kiedy to odbywał się uliczny festiwal promujący hasła antynazistowskie. Dowiedzieliśmy się o nim od znajomych, którzy także byli w Berlinie i uczestniczyli w festiwalu, na którym podobno panowała niesamowita i nieskrępowana atmosfera,  bary i restauracje „wychodziły” na ulice, grała muzyka i wszyscy doskonale się bawili. Kreuzberg to podobno najbardziej barwna dzielnica, pełno w niej imigrantów (przede wszystkim z Turcji- stąd duża ilość tu barów i sklepów tureckich; w Kreuzberg mieści się targ na którym  można dostać wiele tureckich produktów – Turkenmarkt Maybachufer),  a także artystów oraz ludzi poszukujących alternatywnego stylu życia. Kreuzburg stał się pierwszym berlińskim „domem” dla punk rocka, a w późniejszych latach centrum berlińskiego hip hopu, breakdance,  a także innych subkultur,  .  Kreuzberg podobno od zawsze przyciągał dziwaków i oryginałów, z czego znany jest na całe Niemcy.  W dzielnicy przeważa budownictwo z późnego XIX wieku. Atrakcją Kreuzberg (do której nie dotrliśmy) są  plaże nad brzegiem Szprewy wypełnione barami i knajpami w których można wypocząć po ciężkim dniu.  Kreuzberg od kilku lat stał się niemałą atrakcją turystyczną, zatem część jego funkcji przejął pobliski Neukölln do którego niestety nie zawitaliśmy.

 

My po Kreuzberg przespacerowaliśmy się w deszczu i poczuliśmy fantastyczną atmosferę tego miejsca. Kreuzberg i Prenzlauer Berg to dwie części miasta, które lubię najbardziej. O Prenzlauer Berg napiszę w następnym odcinku i zapewne więcej niż o Kreuzberg ;)

 

Zdjęcia zamieszczę w późniejszym terminie. Niestety spotkało mnie nieszczęście - zabrałam do Berlina moją lustrzankę. Omyłkowo wzięłam ładowarkę do baterii do mojej cyfrówki, nie wziełam ładowarki do lustrzanki. Miałam dwie baterie, obie rozładowane. Na szczęście miałam ową cyfrówkę, lecz zdjęcia nie wyszły takie, jak pragnęłam, aby były. Berlin to dla mnie niezwykle fotogeniczne miasto. Uwielbiam robić zdjęcia miejscom czy przedmiotom ogólnie uznawanych za brzydkie, zniszczone, obdrapane. Gdy są jeszcze w połączeniu z bardziej wymuskanymi i nowoczesnymi miejscami to nie mogę się oprzeć, aby nie fotografować. Niestety uroku takich miejsc w Berlinie nie oddają moje zdjęcia.

 

13:37, kemotalamot , viejas
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Jest i wiosna!

Mój wiosenny cel: oswoić aparat, aby te zdjęcia były doskonalsze (ja nie wiem dlaczego, ale widzę, że blox zniszczył jakość niektórych z tych nich).

I w końcu oczyścić obiektyw, aby pozbyć się tej wstrętnej plamki widocznej na niektórych zdjęciach:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Co jecie dziś na swój wiosenny obiad??

piątek, 05 lutego 2010
Moje zima.

 

 

wtorek, 02 lutego 2010
Biały balonik, Dzieci niebios

Zapowiada się u mnie świetny rok filmowy. Minął pierwszy miesiąć 2010 roku, a miałam okazję obejrzeć już dużą ilość świetnych filmów. Przed chwilą skończyłam chyba najbardziej poruszający film, jaki w ostatnim czasie widziałam... "Dzieci niebios"

Blisko rok temu oglądałam rewelacyjny film „Biały balonik” w reżyserii Jafara Panami.

 

Pamiętam, że oglądałam go z ogromnym zainteresowaniem, a wzruszeń przy nim było co nie miara. Zatem do rzeczy.. Zbliża się perski Nowy Rok. W domu irańskiej rodziny trwają przygotowania do obchodów święta. Ojciec wysyła syna po zakupy, matka sprząta dom, nikt z dorosłych nie ma czasu zająć się dziećmi, a co dopiero mówić o spełnianiu ich marzeń. Córka państwa domu wymarzyła sobie złotą rybkę (która miała zostać użyta do przygotowania haft sinu*). Jej brat ubłagał matkę, aby dała jej pieniądze na spełnienie pragnienia. Dziewczynka podąża więc do sklepu, aby zakupić rybkę. Jednak w drodze do niego spotyka ją wiele przygód, nie zawsze dobrych,  w końcu gubi pieniądze. Za wszelką cenę postanawia je odnaleźć. Zadziwia determinacja z jaką mała Razije szuka pieniędzy, jak stale odnawiają się w niej siły popychające do dalszych poszukiwań. Na swojej drodze spotyka wiele osób (derwiszy, żołnierzy, mieszkańców Teheranu), lecz dopiero mały Afgańczyk sprzedający balony oraz staruszka pomagają im (im,gdyż w poszukiwaniach bierze udział także brat dziewczynki) odnaleźć pieniądze (ciekawostką jest, że staruszka to Polka – Anna Borkowska, która przybyła do Iranu z Armią Andersa i pozostała w nim na zawsze). Oglądając ten nieśpieszny film obserwujemy dzieci, które imają się w Iranie rozmaitej pracy. Teheran wypełniony setkami dzieci, które musiały szybko dorosnąć.  Widzimy dzieci – krawców, sprzedawców, pomocnika przy sprzedawcy rybek.

Piszę o tym, gdyż dziś obejrzałam kolejny film, który przypomniał mi o „Białym baloniku” – obejrzałam mianowicie „Dzieci niebios” . Jest równie poruszający i wzruszający, a opowiada kolejną historię irańskich dzieci.

 

„Biały balonik” obracał się wokół złotej rybki, natomiast „Dzieci niebios” skupiony jest wokół bucików. Buty. Policzmy, ile ich par mamy w swojej szafie. Ile mamy w niej kapci, pantofelków, kozaków, sandałków, kaloszy i innych rodzajów butów. Są dla nas oczywistością, gdy się zepsują kupujemy po prostu nowe, coraz rzadziej naprawiamy u szewca.  Mamy je na właściwie każdą porę roku czy okazję.  Dlaczego piszę o butach? Jaki ma to związek z filmami? Czytajcie dalej…

W „Dzieciacg niebios” znów  obserwujemy rodzinę żyjącą w biednej części Teheranu. Chłopiec odbiera od szewca buty swojej młodszej siostry i je gubi. Od pierwszej sceny filmu domyślamy się, że buty te są niezwykle ważne. Pokazano bowiem mozolną pracę szewca, który je ceruje. Chłopiec wydaje się niezwykle przejęty i zdenerwowany, gdy dowieduje się, że buty zniknęły z miejsca, w którym je położył. Szuka ich w popłochu, lecz niestety bezskutecznie. Wraca zrozpaczony do domu, dowiadujemy się, że były to jedyne (poza kapciami) buty dziewczynki. Od tej chwili chłopiec musi dzielić się swoimi butami z siostrą. Rodzice nie mogą dowiedzieć się o zgubie, gdyż zdenerwowałoby to ojca i matkę. Są oni już zadłużeni w sklepie, a także u mężczyzny od którego wynajmują dom. Rodziny nie stać  na zakup nowych bucików dla dziewczynki.

 

W „Dzieciach niebios” po raz kolejny możemy zobaczyć dzieci, które nie mają wsparcia wśród dorosłych i muszą zmierzyć się ze swoimi problemami same. Zarówno nie mogą zwierzyć się rodzicom ze swoich kłopotów, nauczyciele w szkole także nie chcą zglębić dziecięcego świata. Dyrektor szkoły nie wnika, dlaczego uczeń (główny bohater) notorycznie spóźnia się do szkoły, aby móc temu zaradzić,  jedynie ruga go za to (a przyczyną spóźnień chłopca są buciki i konieczność wymieniania ich z siostrą). Dzieci skazane są na same siebie. Znamienna jest dla mnie scena, gdy ojciec mówi do swojego syna” Masz 9 lat. Nie jesteś już dzieckiem”.

Zarówno „Biały balonik”, jak i „Dzieci niebios” to bardzo proste filmy, bez szybkiej akcji czy nagłych jej zrotow. Są dla mnie niezwykle poetyckie, choć gdy uświadamiam sobie, że zapewne nie są historiami wymyślonymi jedynie przez scenarzystę wprawiają mnie w ogromne wzruszenie.Oglądając te dwa filmy czułam w sobie  niezgodę na taki stan rzeczy.

Pięknie pokazana jest w tych filmach  dziecięca solidarność (gdy rodzeństwo wzajemnie sobie pomaga, a także niejednokrotnie „kryje” przed rodzicami i ich gniewem). Temat dzieci, dzieciństwa, szkoły niezwykle mnie interesuje (nie tylko zawodowo), dlatego z chęcią obejrzę kolejne tego typu filmy. Obaj reżyserzy są zapewne niezwykle wrażliwymi osobami i marzę, aby móc lepiej zapoznać się z ich twórczością – obejrzę zapewne film „Colour of Paradise” o którym niedawno pisała Maga Mara..

Biały balonik, Badkonake sefid

reż. Jafar Panahi

 

Dzieci niebios, Bacheha-Ye aseman

reż. Majid Majidi

Haft Sin - przygotowanie Haft Sin należy do głównych tradycji irańskiego Nowego Roku. Haft Sin to obrus, na którym umieszcza się siedem rzeczy, których nazwy zaczynają się od litery sin perskiego alfabetu. Są to: sabze (różne zielone rośliny takie, jak pszenica, jeczmień, soczewica, które rosną w naczyniu - symbolizują odnowę życia), samanu (rodzaj słodkiej potrawy z zarodków pszenicy - symbolizują bogactwo), sendżed (suszone owoce jujuby - symbolizuje miłość), sir (czosnek - symbolizuje medycynę), sib (jabłko - symbolizuje piękno i zdrowie), somaq (owoce sumaku - symbolizują wschód słońca), serke (ocet - symbolizuje wiek i cierpliwość). Oprócz tych zaczynających się na literę sin rzeczy na Haft Sin mogą znajdować się również: zapalone świece (symbol jasności i szczęścia), lustro, naczynie, w którym pływają czerwone rybki (symbol życia), suszone owoce, rodzynki i orzechy, kolorowane jajka (symbol płodności), woda różana (posiadająca właściwości oczyszczające), Koran, zbiór wierszy Hafeza (źródło: http://www.literaturaperska.com)

sobota, 24 października 2009
A jakie są Wasze ulubione gazety?

 

 

 

czwartek, 22 października 2009
Z ostatniej chwili...

Wpadłam dosłownie na sekundkę!

Dla lubiących twórczość greckiego mistrza kinematografii Theodorosa Angelopoulosa jutro na programie Zone Europa o 15:35  film "Pejzaż we mgle"! Nie lada gratka dla miłośników kina - filmy Theo są trudno dostępne w Polsce! Ja nie będę mogła oglądać "na żywo", ale sobie nagram. Jeśli ktoś chciałby, abym przegrała mu ten film niech do mnie napisze!

Ja nie mogę się doczekać!

"Obraz powstał na podstawie scenariusza Tonino Guerry, stałego współpracownika Theodorosa Angelopoulosa. Dwunastoletnia Voula i jej pięcioletni brat uciekają z domu. Pragną odnaleźć ojca, który rzekomo mieszka w Niemczech. Zaczyna się wielotygodniowa wędrówka dwójki małoletnich bohaterów przez Grecję. Dzieciaki nie mają pieniędzy i cel, czyli dotarcie do Nimiec, oddala się coraz bardziej. Bohaterowie spotykają na swojej drodze całą galerię postaci. Niestety, właściwie tylko młody aktor Orestis okazuje ludzkie uczucia i pomaga uciekinierom. Czy Voula i jej brat odnajdą ojca? Obraz niezwykle liryczny i emocjonalny. Reżyser, podobnie jak w innych swoich filmach, sięga po schemat fabularny obecny w literaturze antycznej. Parafrazując mit Odyseusza, Angelopoulos tworzy specyficzny film drogi, obraz dziecięcej inicjacji, poszukiwania sensu życia i prawdziwych wartości. Niestety, rzeczywistość wielokrotnie okaże się dla bohaterów groźna, niezrozumiała. Doznają wielu krzywd (niezwykle przejmująca scena gwałtu), a podróż przez świat jest traumatycznym doświadczeniem. Grecja Angelopoulosa jest ponura, przygnębiająca i niegościnna, spowita burą kolorystyką. Jakże daleko do dionizyjskiej urody, chęci życia i zabawy kojarzonej z tym krajem. Mimo realistycznego obrazu świata, film przepełniony jest symboliką, licznymi cytatami kulturowymi i metaforyką często zawieszającą logikę opowiadania. Podróż dzieci jest w gruncie rzeczy ukazaniem procesu dojrzewania, podróżą w prawdziwe życie, symbolicznym przekroczeniem dzieciństwa. Pejzaż we mgle to obraz pesymistyczny, przesiąknięty wizualnym oniryzmem, atmosferą "świata wszędzie i nigdzie". Człowiek zdaje się tylko pyłkiem, mechanicznym ogniwem stanowiącym co najwyżej tło odwiecznie dziejącego się dramatu (stąd piękne, statyczne ujęcia krajobrazów z bohaterami jako elementami dekoracji). Podkreślano niezwykłą pracę Giorgosa Arvanitisa, stałego operatora Angelopoulosa, oraz sugestywną ścieżkę dźwiękową Eleni Karaindrou." (źródło: Telemagazyn)

sobota, 10 października 2009
Moje miasto...

moje miasto

18:39, kemotalamot , Moje miasto
Link Komentarze (6) »
środa, 30 września 2009
Jesienne polecanki

warsaw fest

Wpadłam tu dosłownie na sekundkę. Aby donieść o zbliżających się filmowych wydarzeniach. Już niebawem rozpocznie się  Warszawski Festiwal Filmowy. Muszę jeszcze uważnie przejrzeć propozycje filmowe, lecz zapewne wybiorę się na  Granaty i mirra,  Zachowaj spokój i licz do siedmiu,  Plac zabaw i oczywiście polecany niedawno przez Mage marę „Obiad w środku sierpnia”, który jest nominowany do Europejskiej Nagrody Filmowej.

Pod koniec października w Kinie Kultura/ będzie miał miejsce    Przegląd filmów kulinarnych. To nie lada gratka dla miłośników dobrego jedzenia i pichcenia w kuchni. Ja nie mogę się doczekać.

Poza tym następne ważne dla mnie wydarzenie filmowe coraz bliżej -  Festiwal Filmy Świata Ale Kino. Na pewno pójdę na „Gorzkie mleko”, którego reżyserka wcześniej stworzyła niezwykły i piękny film „Madeinusa” (jeden z moich ulubionych filmów, o którym kiedyś pisałam).

Ależ filmowa jesień przede mną!

21:42, kemotalamot , polecarnia
Link Komentarze (8) »
wtorek, 29 września 2009
Tu zaszła zmiana..

 

No, nic zmykam na razie. Najlepsze jesienią, gdy nadchodzi taki dzień jak ten mam całą masę czasu, aby odwiedzić Was na blogach, co za chwilkę z przyjemnością uczynię!

poniedziałek, 21 września 2009
Gdzie byłam, jak mnie nie było..

..między innymi oczywiście ;)

 

 

 

 

 

 

 

 

C.D.N...

21:25, kemotalamot
Link Komentarze (17) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7