;
Blog > Komentarze do wpisu
Powspominajmy...

Hity ostatnich dni.

Tata Filipa najchętniej czyta książki będąc w toalecie (uważajcie mamusie i tatusiowie – dzieci powiedzą wszystko! Żebyście wiedzieli, co o Was wiem ;) )

Pytam dziś dzieci (odnośnie pewnej zabawy), czy wiedzą, co to są Łazienki i czy kiedyś w nich były. Na to Kamilka: „Tak! To ten park, w którym jest dużo wiewiórek!”

Mamy czasem taką zabawę, że mówię do dzieci „Pomachają do mnie dzieci, które… (np umyły rano zęby, lubią truskawki itp.). Czasami inicjatywę przejmują dzieci i przedstawiają swoje pomysły na to, kto ma do nich pomachać. Karolina: „Pomachają do mnie dzieci, które lubią lepić ze śniegu bałwana”; Paulinka: „Pomachają do mnie dzieci, które lubią lepić ze śniegu bałwana” (machają wszystkie dziewczyny oraz Hubert – dziewczyny bardziej zainteresowane są tematem wiewiórek – a sama ciekawa jestem ile z nich ile razy w swoim życiu lepiło śniegowe wiewiórki.)

Ostatnio wróciła jak bumerang mania przyklejania plastrów. Dzieci wyszukują sobie najmniejszych zadrapań, ranek, „wywiniętych” skórek tylko po to, aby przyjść do mnie i poprosić o plaster. Co to za pomysły?

Bardzo mnie martwi, bo kilka dziewczynek – grupowych gwiazd socjometrycznych podczas tzw zabawy dowolnej przygotowuje koncert śpiewając piosenkę Dody. „Nie daj się ludzie niech swoje myślą, Nie daj się ,Z diabłem do piekła wyślą. Nie daj się, warto być zawsze tylko sobą”. W zabawy dzieci staram się nie ingerować, ale pani, której piosenkę wykonują nie trawię, więc co tu robić…

 

            Pracuję z dziećmi i nieraz zastanawiam się, jaka byłam w ich wieku. Niby jakieś pojęcie mam, ale na pewno nie pełne. W przedszkolu byłam bardzo wstydliwa, nie lubiłam publicznych występów, zgłaszania się, wychodzenia przed grupę. Na pewien bal karnawałowy mama uszyła mi piękny strój cyganki, do czerwonej apaszki przyszyła wykonane z wełny warkocze. Ja byłam do tego stopnia nieśmiała, że słowem nie odezwałam się, gdy pani ową chustkę przewiązała mi w pasie zamiast na głowie… Mama zobaczyła to później na zdjęciu i miała mi trochę za złe, że nie zwróciłam nauczycielce uwagi.

 Byłam wstydliwa, ale na pewno nie byłam aniołkiem. Kiedyś w przedszkolu ukradłam koleżance piękne buciki dla lalki Barbie. Ale nie byłam pomysłową i wyrafinowaną złodziejką, gdyż kradzież ukryłam na własnej półce, na której trzymałam prace przedszkolne i inne szpargały. Mój czyn szybko się wydał, nie pamiętam reakcji pani, ale wiem, że koleżanki przez pewien czas mówiły na mnie kradziejka.

W przedszkolu miałam niewiele koleżanek. Najlepszą była Kasia, którą wszyscy nazywali szmata. A to dlatego, że uwielbiała kłaść się na podłodze i jeździć po całej sali wycierając cały brud i kurz. Nikt jej nie lubił, a ja bardzo chętnie bawiłam się z nią.

Uwielbiałam przedszkolne śniadania, a zwłaszcza, gdy podawano kanapkę z …. jabłkiem (teraz bleee).

Pamiętam, że jedna z pań w przedszkolu była moją idolką,  drugiej – bardzo nie lubiłam. Do przedszkola przynosiłam ulubioną lalkę dla której mama uszyła mi śliczną koszulę nocną w różowe kwiatki. Zakładałam ją lalce, gdy zaczynało się leżakowanie, kładłam na poduszce obok mojej głowy i miałyśmy słodko spać po obiedzie. Ta druga pani zawsze zabierała mi tą lalkę, a oddawała dopiero, gdy wychodziłam do domu.. Nie mogłam jej tego wybaczyć i dlatego nie darzyłam sympatią. Nie pamiętam, czy lubiłam leżakować czy nie. Większość dzieci, zwłaszcza na samym początku uczęszczania do przedszkola nie znosi spać w nim. Spanie kojarzy im się z nocą i dlatego śpiąc w przedszkolu myślą, że jest już noc, a rodzice zostawili je przedszkolu aż na dwa dni! (cóż za marna ta moja stylistka – ale mam nadzieję, że rozumiecie o co chodzi..).

Pamiętam także ogródek przedszkolny. Jak każde dziecko bardzo lubiłam spędzać w nim czas. Była tam niewielka górka, a za nią pełno było ślimaków – wszyscy uwielbiali tam chodzić zafascynowani tymi  mięczakami , a ja ich nie znosiłam i za górkę nie chodziłam. W ogródku miałam też kiedyś bardzo przykre zdarzenie. W czasie zabawy w berka przewróciłam się na asfalcie i miałam po tym bardzo starty (do czerwoności) policzek. Byłam wtedy w ulubionej sukience, której po tym dniu znienawidziłam.

Mam jeszcze jedno przykre przedszkolne wspomnienie. Pamiętam, że pewnego dnia po przedszkolu biegałam w bluzce i  białych rajstopkach. W pewnej chwili podczas zabawy poczułam, że bardzo chce mi się siku, zaczęłam biec do łazienki i niestety nie zdążyłam…

Mam niewiele wspomnień z okresu przedszkola, a jak widzicie –są one przykre i właściwie uświadamiam sobie, że nie mam żadnej przyjemnej i radosnej reminiscencji z tamtego czasu. Mam nadzieję, że dzieci z mojej grupy będą mnie miło wspominać i  czas spędzony w przedszkolu jako jeden z lepszych w ich życiu ;)

A Wy jakie macie wspomnienia z przedszkola?? Może przeciwnie do mnie pamiętacie coś super przyjemnego?

P.S. Jeśli mi się uda, to jutro wstawię kilka moich przedszkolnych zdjęć

wtorek, 27 stycznia 2009, kemotalamot

Polecane wpisy

  • Okno

    Ja naprawdę lubię takie dni, jak ten którry właśnie przemija ;)

  • rowery i Prenzlauer Berg

    Berlin to miasto rowerów, nie jest ich tam tak wiele jak w Amsterdami, ale jest ich napewne duuuuuużo. To miasto dla mnie pod kolejnym względem;) : W Berlinie

  • Jest i wiosna!

    Mój wiosenny cel: oswoić aparat, aby te zdjęcia były doskonalsze (ja nie wiem dlaczego, ale widzę, że blox zniszczył jakość niektórych z tych nich). I w końcu o

Komentarze
chihiro2
2009/01/28 15:18:26
Moja przyjaciolka przedszkolna tez miala na imie Kasia :) Do przedszkola poslali mnie rodzice, gdy mialam 3 lata (oboje byli nauczycielami w malej szkole na wsi i nie bylo komu zajmowac sie mna), ale nie znosilam tam chodzic. Podobno smierdzialo (zawsze bylam na to wyczulona), nie chcialam bawic sie z dziecmi, uwazalam je za strasznie glupie, bo nie szanowaly ksiazek. Przynioslam kilka razy moje wlasne ksiazki, ktore dzieci mi wywrywaly i kilka razy podarly, stwierdzilam wiec, ze bede siedziec w szatni przez caly dzien. Kucharki do mnie przycgodzily i rozmawialy ze mna. Pochodzilam tak do tego przedszkola przez kilka tygodniu, az zbuntowalam sie kompletnie, w zwiazku z czym rodzice zawiezli mnie na kilka miesiecy do babci i dziadka, u ktorych mieszkalam od tamtej pory, do czasu narodzin mojej siostry kilka miesiecy pozniej. Tam tez chodzilam troche do przedszkola, ale nie chcialam nic jesc. Stamtad pamietam smieszny incydent, kiedy nie chcialam jesc zupy pomidorowej (zawsze jej nie znosilam). Przyszla nawet pani dyrektor, kolezanka mojej babci, aby osobiscie przekonac mnie do zjedzenia zupy. Powiedziala, ze taka sama robi moja babcia, na co ja w twarz krzyknelam jej, ze jest klamczucha i ze moja babcia robi sto razy lepsza zupe. Nie bylo ze mna lekko...
Potem urodzila sie moja siostra i przenieslismy sie cala rodzina do Olsztyna. Moja mama przestala pracowac, opiekowala sie siostra w domu, a ja mialam przerwe od przedszkola, bo podczas wakacji w Bulgarii bardzo mocno sie poparzylam (do dzis mam blizne na szyi, ktora uwielbiam) i rodzice posluchali mnie, bym nie chodzila do przedszkola. W wieku pieciu lat poszlam ponownie i juz nie bylo przerw, az do czasow szkolnych. Nie lubilam faktycznie lezakowania, uwazalam, ze tylko male dzieci spia w ciagu dnia (w ogole malo spalam jako dziecko, kladlam sie juz jako 5-letnie dziecko spac kolo polnocy, bo odkad nauczylam sie czytac, czytalam pod koldra). W efekcie rodzice odbierali mnie z przedszkola przed lezakowaniem :) Nie jadalam miesa w przedszkolu i konsekwentnie odmawialam jedzenia czegokolwiek, co mi nie smakowalo. Inne dzieci straszyly mnie, ze pojde do kata, gdy np. nie dokoncze zupy, ale dla mnie ta kara nie byla nigdy straszna - i nigdy w kacie nie stalam. Takze lubilam ogrodek szkolny, mielismy pieknie polozone przedszkole, tuz przy jeziorze, na skraju lasu, i ogrodek tez byl wspanialy. Raz przycielam sobie palec hustawka i niestety pani zakazala nam sie na niej hustac, co mialam jej za zle, bo mimo wypadku bardzo te hustawke lubilam. Szkolne imprezy tez pamietam, nie pamietam zadnych wierszykow ani piosenek, ale musialy byc i pewnie nie przejmowalam sie nimi za bardzo, bo do niesmialych nie nalezalam. Nie przepadalam za wystepami, ale niesmialosc nigdy nie byla moja cecha. Nie przynosilam wlasnych zabawek, nauczona doswiadczeniem z pierwszego przedszkola, ale palce u rak zawsze ozdobione mialam pierscionkami. Mialam dwa ulubione - z rozowa rozyczka i drugi z Maja i Guciem. I mialam tez wstretna kolezanke Agate, ktorej pozyczylam oba i juz nigdy one do mnie nie wrocily :( W sumie Agata zabrala mi 7 pierscionkow, nie wiem teraz, czemu w ogole jej cokolwiek pozyczalam...
Ale sie rozpisalam, wybacz :)
-
2009/01/28 18:24:34
Uwielbiam wspomnienia i też się mocno rozpiszę zapewne:)
Ja byłam bardzo nieśmiałym dzieckiem, cichym i spokojnym, i z tego powodu nawiązywałam w przedszkolu mało kontaktów, nie miałam przyjaciółki przedszkolnej. Pamiętam, że nie chodziłam do przedszkola od pierwszego dnia roku z jakiegoś powodu i jak przyszłam, to miałam wrażenie, że wszystkie dzieci się już znają, a ja czułam się z tym trochę nieswojo (myślałam, że zaczęłam chodzić do przedszkola rok później niż oni). Najczęściej bawiłam się sama i mało się odzywałam, a po latach kolega, z którym potem chodziłam do podstawówki, powiedział, że byłam taka cicha i nie rzucająca się w oczy, że nie wiadomo było, czy jestem tego dnia w przedszkolu, czy nie.
Bardzo lubiłam książeczki, których w przedszkolu niestety nie było, tzn. nie były dostępne dla dzieci tak jak inne zabawki. Pamiętam, że w młodszej grupie książeczki z twardymi tekturowymi kartkami stały sobie na półce, jak na wystawie, ale nie odważyłam się wziąć ich do ręki, tylko podczytywałam te strony, które były widoczne.
Zresztą, z powodu tego, że umiałam czytać, czasem czułam się dziwnie. Jak trzeba było się uczyć piosenki czy wierszyka na pamięć, a potem recytować głośno przed całą to usłyszałam, że panie zawsze mówiły, że ja nie mówię na pamięć, tylko staję tak, żeby móc czytać z książki, co tak naprawdę przez myśl mi to nie przyszło. Z kolei już w zerówce przedszkolnej, uczyliśmy się czytania i dostawało się za to kwiatki. Prawie nigdy ich nie dostawałam, bo prawie nigdy mnie nikt nie pytał, wiedząc, że i tak czytam płynnie. To niby drobiazgi, ale wpływają bardzo na mało pewne siebie dzieci, np myślę, że to w efekcie tych zdarzeń w pierwszej klasie wcale się nie przyznawałam, że umiem już czytać.
Poza tym uwielbiałam rysować, ale najczęściej polegało to na rysowaniu abstrakcyjnych wzorków albo zamalowywaniu kartki różnymi kolorami. Każdy się pytał co narysowałam, a ja nie umiałam odpowiedzieć. Nie lubiłam tego, takiego oczekiwania, że obrazek musi przedstawiać coś konkretnego. Zresztą do tej pory pozostało mi zamiłowanie do sztuki abstrakcyjnej ;) Nie lubiłam rysować konkretnych rzeczy typu postacie i zwierzątka, bo twierdziłam, że nie umiem. Zawsze chciałam brać rysunki na pamiątkę i pamiętam, że kiedyś rozpaczałam, bo któryś rysunek mi zaginął.
Miałam problemy z leżakowaniem i jedzeniem. Leżakowania nie lubiłam, bo nigdy nie chciało mi się spać w środku dnia, zresztą wieczorem też nie i zawsze chodziłam spać raczej późno, nie mogłam zasnąć (czytałam pod kołdrą, a jakże!). Poza tym, ciężko mi było wyleżeć bez ruchu przez jakiś czas, po prostu mi się wtedy nudziło. A na dodatek niektóre panie krzyczały, jak ktoś miał otwarte oczy i mi też się za to dostawało.
A co do jedzenia, to chyba nie tak, że nie lubiłam konkretnych rzeczy, ale często w ogóle odmawiałam jedzenia czegokolwiek i nawet w domu rodzice stosowali różne sposoby, żebym zjadła. W przedszkolu nigdy nie zjadałam wszystkiego i zawsze jadłam bardzo wolno. Pamiętam, że wszyscy mnie popędzali i namawiali, żebym jadła. I krążyła wśród pań historia, że dlatego jem tak wolno i mało, bo biorę pełną łyżkę zupy, a potem połowę wylewam po drodze i biorę do buzi tylko trochę i tak niepostrzeżenie udaje mi się mało zjeść. Oczywiście to tez mi by do głowy nie przyszło i nie rozumiem, czemu one tworzyły takie historie czy hipotezy na temat dzieci i motywacji ich zachowań. Ale lubiłam taki słodki twarożek podawany na podwieczorek.
Pamiętam bale przebierańców oraz różne okazje, np Dzień Matki, Dzień Babci, gdy uczyliśmy się piosenek i wierszyków, ale ja wtedy zawsze śpiewałam tylko w grupie. Pamiętam też robienie laurek dla mamy, babci, co zresztą bardzo lubiłam i robiłam nie tylko w przedszkolu.
Kojarzy mi się, że miałam pierścionek z pszczółką Mają, ale nie pamiętam, czy nosiłam go do przedszkola. Ale pamiętam, że wzięłam parę razy do przedszkola taką małą laleczkę i raz zostawiłam ją na chwilę na tym materacu do leżakowania, jak wróciłam, to już ktoś sobie zabrał.
-
2009/01/28 18:29:53
A w ogóle to też chodziłam do przedszkola w Olsztynie, jak Chihiro :) Tylko, że to było takie przedszkole, jakie powstawały wtedy, w okresie wyżu demograficznego, czyli zrobione w bloku z kilku mieszkań na parterze. I z tego powodu nie mieliśmy przedszkolnego ogródka, tylko kilka zniszczonych huśtawek, zjeżdżalnię i piaskownicę pod tym blokiem. Zazdrościłam prawdziwych ogródków i tych wszystkich rzeczy, które w nich były, ale na szczęście niedaleko domu mojej babci był taki ogrodzony ogródek, gdzie mogło wejść każde dziecko.
-
2009/01/28 22:11:18
Te plastry kojarzą mi się z moją 7 - letnią córką. Od zawsze były hitem, zwłaszcza te z królewnami. Leżakowanie było dla nas ogromnym problemem przez całe przedszkole, bo Mania przestała spać w dzień tuż przed ukończeniem dwóch lat. A ja sama pamiętam tylko ulubioną bezzębną panią Wandzię i chodzenie w rajstopach. Także pewną jednodniową miłość przedszkolną. Pozdrawiam Ania T caramba@bloog.pl
-
ga_lapagos
2009/01/28 22:13:23
ja nie chodzilam do przedszkola, ale poszlam do szkoly w wieku 5 lat, chociaz niewiele pamietam!
a wy tak swietnie pamietacie! zazdroszcze!
moj przyjaciel Sitek, opowiadal mi, ze w przedszkolu zakochal sie w Pani Basi , ktora cytuje " miala taaaakie bimbaly" tlumaczy sie tym gdy ludzie sie go pytaja czemu podobaja mu sie biusciaste kobiety ;)
-
2009/01/28 22:29:07
Ja lubiłam chodzić do przedszkola. I leżakować też. Jedyne niemiłe wspomnienie to bardzo słodkie herbaty. Łyżeczka prawie w niej stała. A mnie się ciągle chciało pić, ale nie takiego cukru. Od kiedy skończyłam przedszkole nikt mnie nie zmusi do wypicia słodkiej herbaty! ;)
Kemo, pozdrawiam,
O.
-
2009/01/29 13:29:36
Chhiro, śmierdziało, a żebyś wiedziała;))
Ja do dziś mam koszmarne wspomnienia z takiego charakterystycznego smrodku przedszkolnego, czasem gdzieś tak mi coś zajedzie i bach-przedszkole mam przed oczami.
Ja nie lubiłam przedszkola. Nie lubiłam też szkoły, ale to inna sprawa.
Wspomnienie z przedszkola mam takie, że zerwał ze mną zaręczyny :))) kolega. Stwierdził, że zakochał się w innej i odebrał mi plastikową bransoletkę, jaką podarował z okazji zaręczyn dzień wcześniej. Wtedy pierwszy raz poznałam gorycz odrzucenia i fakt, że mężczyźni potrafią zranić kobietę na wskroś;))

Ponieważ czytałam od 4 roku życia, w dodatku poprawnie i z dykcją, panie nauczycielki, które to wyłapały, sadzały mnie z książkami i czytałam dzieciom a one w tym czasie mogły poplotkować i popić kawkę. Masakra.

Moja Babcia mieszkała nieopodal i bardzo lubiłam, kiedy odbierała mnie wcześniej a rodzice już od niej wtedy.

Leżakowania nie znosiłam, to pewnie dlatego, że do dziś, nie umiem spać w ciągu dnia. Nie wiem, jakbym miała być zmęczona, nie zasnę, a jak śpię, oznacza to, że jestem chora...
Tak naprawdę, to to przedszkole naprawdę nie znosiłam.
-
m_barrera
2009/01/29 17:34:28
swiat dzieciecej wyobrazni jest tak piekny ze az czasem trudno sie niemu nadziwic!

A przedszkole wspominam dobrze chyba tylko Pani Gieni i Pani Asi, ktore opiekowaly sie takim placzkiem wymagajacym podwojnej uwagi i opieki jak ja i spiewaly mi Dla Wojtusia z popielnika, ktore teraz ja spiewam Nikolaskowi:) i parzyly dla mnie mietusie, bo heraty nie pilam.... ah jak duzo zalezy od Pan, ktore po prostu kochaja swoja prace :)

-
2009/01/29 21:48:32
Do przedszkola nie chodziłam. ale we wczesnych latach szkolnych byłam tak samo nieśmiałą dziewczynką jak Ty. Paraliżował mnie strach, kiedy musiałam brać udział w przedstawieniach szkolnych. Ponieważ byłam dobrą uczennicą, a moja mama pracowała w komitecie rodzicielskim, niestety, szanse na występy publiczne miałam większe niż inne dzieci, co było zwykle powodem moich ogromnych cierpień.
-
2009/01/31 17:36:17
chichiro: Rozpisuje się tak, kiedy tylko chcesz. Uwielbiam Cię czytać. Niezłym gagatkiem byłaś, ale lubię dzieci, które mają swoje zdanie, potrafią je wyrazić (choć ja taka nie byłam jako dziecko). Z Twoją zupą pomidorową przypomniał mi się chłopiec z mojej grupy. Nigdy nie zmuszam dzieci do jedzenia (zanim o coś proszę dzieci myślę, czy ja chciałabym to zrobić), ale namawiam do spróbowania potrawy, bo dzieci często założenia nie chcą jeść, a po spróbowaniu zajadają się ze smakiem. Jeden chłopiec w mojej grupie nie chce jeść zupy pomidorowej, bo jak sam twierdzi jest uczulony na wszystko, co czerwone, dostaje od czerwonych rzeczy czerwonej wysypki ;)
I nie rozumiem, jak pani mogła zabronić Ci huśtać się na huśtawce!

e.milia: W takim blokowym przedszkolu miałam praktyki (niestety nadal takie istnieją). Ogródek miało, ale nie zupełnie przy przedszkolu i mimo koszmarnego ulokowania sal i całego rozkładu pomieszczeń to było najfantastyczniejsze przedszkole, jakie widziałam.
Jakbyś trafiła do mojej grupy i umiała czytać często popołudniu siadałabym z Tobą przy stoliku i czytała wierszyki, opowiadania itp (jak to robię z dziećmi zdolnymi - praca indywidualna nie polega jedynie na zajęciach z dziećmi z trudnościami, ale także tymi zdolnymi). Myślę, że jakość przedszkoli w ostatnich latach badzo się zmieniła, a co najważniejsze nie pracują już w nuch przypadkowi ludzie, ale ci, którzy świadomie wybrali ten zawód i ponadto są świetnie wykształceni i przeszkoleni.

almena5: W większości przedszkoli leżakują teraz tylko maluchy, a często też, gdy nie chcą spać mogą wybrać cichą zabawę przy stoliku lub po prostu poleżeć i słuchać czytanej przez nauczyciela bajki. Ja rozumiem, że część dzieci nienawidzi leżakowani, są albo właśnie odzwyczajone od spania w dzień, a poza tym jak tu spać, gdy świat jest tak ciekawy i chce się wszystko poznać, dotkną, poczuć ;)

ga_lapagos : Wszyscy moi koledzy kochali się w swoich przedszkolnych paniach! Kurczę, jaki ja będę miała wpływ na moich chłopaków, ciekawe. Ja niestety nie mam "taaaaakich bimbałów", więc 10 chłopców rocznika 2002 będzie wolała na pewno te mniej bimbałowe ;)

obiezy_swiatka : Jak tak napisałaś, to wydaje mi się, że u mnie też były słodkie jak ulepek herbaty. Na szczęście nie podawano bawarek (wiem, że w wielu serwowano je), bo są paskudne! jak dla mnie!

chiara76: To przykro mi, musiałaś trafić na kiepskie przedszkole.. Zresztą ich jakoś ostatnio się zdecydowanie poprawiła. Ja przyznaję się, że dzieci, które czytają czasem proszę, aby przeczytały coś innym dzieciom, ale to w ramach doskonalenia tej umiejętności, a także w ramach tzw "tutoringu", czyli uczenia się od innych. To dobry sposób, ale oczywiście przykry, jeśli dziecko czuje się wykorzystywane przez panią, która w tym czasie plotkuje.

m_barrera : Zależy ogromnie dużo. Prawda jest taka, że spędzamy z dziećmi więcej czasu niż rodzice i często mamy na nie dużo większy wpływ niż oni. Dobrze, że trafiłaś na świetne panie, bo można też trafić na takie, jakie opisała Chiara.

ewa777: To pod paroma względnymi jesteśmy podobne. Ja nienawidziłam występów, ale się zmieniłam. Pracując w przedszkolu publicznie występują właściwie codziennie.





-
2009/02/01 16:29:30
Kemotalamot: Rzeczywiście, widać, że bardzo lubisz swoją pracę i masz świetne podejście do dzieci, do tego co robisz. Musisz być wspaniałym pedagogiem (tzn, zgaduję, że pedagogiem, po tym co piszesz).
-
2009/02/03 18:57:29
Kemotalamot, ja pamiętam, że w przedszkolu byłam zmuszana do zupy mlecznej. Cóż, parę łyżek byłam w stanie przełknąć, ale nie cały pełny talerz, to też za karę musiałam odsiedzieć do obiadu nad zimną zupą. I tak codziennie. Po obiedzie jak wychodziliśmy na spacer do ogródka wdrapywałam się na drzewo i nie chciałam zejść, dopóki panie mi nie obiecały, że już nie będę musiała jeść zupy na siłę. Ale obietnice nigdy nie były dotrzymywane, aż zainterweniowała lekarka z przedszkola, która stwierdziła, że dzieci też jak dorośli maja swoje smaki i nie wszystko muszą lubić. Mam też masę fajnych wspomnień z przedszkola - jasełka, zajęcia rytmiki, kiedy to właśnie pani od rytmiki zauważyła mój dobry słuch muzyczny, zabawy, naukę czytania. Nie byłam spokojnym dzieckiem, wdawałam się w bójki z chłopcami, ale to dlatego, że sama się broniłam. Pamiętam, że lubiłam chodzić do przedszkola, ze względu na dzieci, bo za paniami przedszkolankami, poza panią od rytmiki, nie przepadałam. Nawet teraz pomimo upływu czasu widzę, ile błędów popełniały. W ogóle myślę sobie, że zajęcia z przedszkolakami, czy dziećmi z najmłodszych klas podstawówki, są strasznie ciekawe. Nie widziałabym się w roli ich wychowawcy, ale uwielbiam z nimi prowadzić pogadanki o przyrodzie, o lesie, o zwierzętach czy roślinach. Na razie w zimie prowadzimy to tylko w sali dydaktycznej Instytucji mojego stażu, ale od wiosny mam nadzieje, że również będą jakieś spacery po terenie.
Pozdrawiam!
-
la_polaquita
2009/02/04 16:57:24
Ja niestety też nie mam zbyt dobrych wspomnień z przedszkola. Poza jednym - zdarzyła się tam moja pierwsza "miłość". Oboje strasznie nieśmiali, nie zamieniliśmy ze sobą ani jednego słówka przez cały rok, tylko na siebie patrzyliśmy tęsknie z daleka i gadaliśmy jeden o drugim w domu, a ponieważ nasze mamy się znały, to i wiedzieliśmy o naszej wzajemności:)
Ale poza tym to przedszkola nie lubiłam, choć i tak było lepsze o niebo od późniejszej podstawówki. Chodziłam tylko do zerówki, do tej pory opiekowali się mną mieszkający z nami dziadkowie i okropnie mnie izolowali, praktycznie nie miałam żadnego kontaktu z innymi dziećmi. Strasznie mnie chroniono przed cały zewnętrznym światem (dlatego jestem teraz aż uczulona na nadopiekuńcze matki, mam nadzieję, że sama się taką nie stanę...). No i nic dziwnego, że potem nie potrafiłam sobie radzić w grupie... Panie się wiecznie mamie na mnie skarżyły, że jestem "zosia samosia", nie umiem się bawić ani dzielić z innymi, że jestem za cicha i za spokojna.... A moja mądralińska mama nic lepszego nie wymyśliła, niż mnie samej użalać się na głupotę pań i wszystkie te ich słowa mi powtarzać... O tej pory coraz bardziej wstydziłam się tego, że jestem taka "spokojna" i oczywiście im bardziej się wstydziłam, tym bardziej blokowałam i jeszcze mniej umiałam bawić się z dziećmi.
Ale najgorszym koszmarem było jedzenie. W tamtych czasach obiad był obowiązkowy, nie dało się z tego wyłamać, choć u mnie w domu zawsze i tak obiad był. Do dziś mam uraz do czerwonych buraków, gotowanej kapusty i żylastego mięsa - nie znoszę. Nigdy nie potrafiłam tego dojeść, ale panie nie znały litości, więc nieraz godzinę siedziałam sama w jadalni nad zimnym jedzeniem i grzebałam w talerzu, modląc się, żeby babcia już po mnie przyszła. Nie pozwolili mi odejść, dopóki nie zjadłam. Tego twardego żylastego mięsa nie byłam w stanie przełknąć, tylko żułam w nieskończoność, aż miałam pełne policzki "kulek" z wyżutego ze wszystkich soków mięsa. Babcia jak przyszła, już dobre wiedziała, co tam w buzi mam i miała naszykowaną chusteczkę, żebym mogła dyskretnie "kulkę" wypluć:).
Naprawdę, z dzisiejszej perspektywy myślę, jak niekompetentne były wtedy nieraz przedszkolanki, i potwierdzają to też komentarze moich poprzedniczek. Mam ogromną nadzieję, że dzisiaj wiele się zmieniło, że jest jakieś indywidualne podejście do dzieci, np. słyszałam wiele o metodie Montessori i ogromnie mi się podoba, ciekawa jestem co Ty tym myślisz jako pedagog? Cały system był wtedy jakoś tak nastawiony, żeby się nie wychylać, taki stereotyp dzieciaka: ma być towarzyski, biegać i być głosny, jak ktoś jest cichy i za wcześnie umie czytać, to jest jakiś dziwny. Pamiętam, że ja też dość wcześnie poznałam literki, ale wstydziłam się do tego przyznać... Ach jo. Strasznie zahukany dzieciak ze mnie był:(.
-
ga_lapagos
2009/02/04 21:51:40
a ja zajrzalam na chwilke
zostawic Ci cos do posluchania :)
moze sie spodoba
www.youtube.com/watch?v=jYb_aYgmGP4