;
Blog > Komentarze do wpisu
Pierwsze zetknięcie

Pierwsze zetknięcie z Barceloną było dla mnie koszmarne, prawie chciałam wracać i czułam się załamana.

Wyszliśmy z lotniska i przywitał nas okropny skwar i duchota. Nie było czym oddychać. W dwie minuty byłam cała mokra z gorąca. Po locie i od pogody momentalnie zaczęła bolić mnie potwornie głowa.

Udaliśmy się na przystanek na którym czekał na nas specjalny autobus zawożący pasażerów z lotniska do centrum (Placa de Catalunya), który wywarł na mnie, jak mało co tego dnia pozytywne wrażenie. Kierowca wpuszczał do środka tyle osób, że zajmowały one 1/4 miejsc siedzących, podjeżał pod kolejne terminalne, tak, że dopiero przy ostatnim wszystkie fotele były zapełnione. Autobusy te podjeżdżały jeden za drugim, miały dużo miejsca na walizki i dodatkowo specjalne półki bagażowe. Ponadto, aby dostać się do Centrum można wybrać metro, specjalną kolejkę, bądź oczywiście taksówkę. Do wyboru, do koloru. Poczułam się tak, jakby Barcelona na mnie czekała (nasunęło mi się od razu porównanie z polskimi warunkami i dwoma zwykłymi, miejskim autobusami, zawsze obładowanymi do granic możliwości, z małą ilością przestrzeni na bagaże jako jedyną z dwóch form dojazdu do lotniska - ach...)

Gdy dotarliśmy bezproblemowo do Placa Catalunya mnie głowa nadal bolała, nadal było parno, a do tego poczułam ogromny głód i ujrzałam tysiące ludzi, skuterów i motorów, co napawało mnie lekką trwogą. Tam wsiedliśmy do taksówki, która zawiozła nas pod hostel, w którym mieliśmy spędzić dwa tygodnie! Nie był on daleko ustytuowany, ale tylko z pomocą mapy i z ciężkimi bagażami, głodem i bólem głowy ciężko byłoby się tam dostać. Pod hostelem spotkaliśmy się z Joanem, który pokazał nam pokój, ustaliliśmy wszystkie szczegóły pobytu (przez pierwszą połowę miała nas być dwójka, w drugiej - czwórka). Wzieliśmy prysznic, rozpakowaliśmy się i ruszyliśmy w poszukiwaniu knajpy, w której moglibyśmy coś zjeść. Nasz hostel usytuowany był na Starym Mieście, więc w jego obrębie staraliśmy się coś znaleźć. Było duszno, śmierdziało sikami, były tłumy ludzi (sierpień to najgorszy miesiąc na zwiedzanie Barcelony), nie mogliśmy znaleźć żadnego miejsca (co jest dziwne w mieście kawiarń i knajp), które odpowiadałoby nam, z trudem znaleźliśmy aptekę (w celu zakupienia proszka od bólu głowy). W aptece... Katalonka nakrzyczała na nas (szczególnie na mnie), że źle stanęliśmy w kolejce i rzekomo kładłam się jej na plecach. Słowa na mój temat chyba przez 5 minut produkowała w kierunku biednej farmaceutki. No, ale cóż... Każdy czasem ma zły dzień...

Gdy już zjedliśmy, głowa przestała boleć, zbliżał się wieczór poszliśmy w kierunku Portu Vell, gdzie było całkiem przyjemnie. Spacerowaliśmy, znaleźliśmy przyjemną knajpkę i miło gawędziliśmy o wszystkim i o niczym... Dość wcześnie wróciliśmy do hostelu, gdyż byliśmy bardzo zmęczeni. Położyliśmy się spać, ale to była baaardzo ciężka dla nas noc. Na przeciwko hostelu znajdowała się Taberna. Klienci mogli stać na zewnątrz niej, przez okno zamawiać trunki i rozmawiać ze sobą i barmanem. My mieliśmy zamknięte okna, byliśmy na trzecim piętrze, a krzyki dochodzące z taberny nie dawały nam spać!!! Co przysnęłam budziłam się. Ok. 3 w nocy taberna zamknęła swe podwoje. Była cisza przez jakieś ... 15 minut. Do mementu powrotu Hiszpanek do pokoju obok, którym zachciało się plotkować... Opowiadały sobie coś niezwykle żywo i głośno... Gdy wreszcie zamilkły usnęliśmy i spaliśmy do rano...

Następny dzień już całkowicie odmienił moje myślenie o Barcelonie... Nie było aż takiego skwaru, nie śmierdziało sikami, nie bolała mnie głowa, zjedliśmy różne pyszności, zobaczyliśmy różne piękności, tylko ta Taberna.... Ale to już opowiem innym razem... ;)

taberna

Na zdjęciu: widać Tabernę, która nie dawała mi spać oraz bawiące się dzieci, które obserwowałam przez chyba godzinę... Na Starym Mieście nigdzie nie ma kontenerów na śmieci, więc mieszkańcy śmieci wynoszą przed dom. Dzieci znalazły kartony i zbudowały sobie statek, który był chyba z dziesięć razy przebudowywany. Poza tym głośno krzyczeli (jak na piratów przystało), a ojciec średnio się nimi przejmowała. Ciekawa to była scena. Tu ktoś podjechał rowerem, zabrał chłopców na przejażdżkę. Ktoś przeszedł, podniósł ich do góry. Jeszcze ktoś inny wskoczył do statku i chwilę się z nimi pobawił. To pierwsza kwintesencja Hiszpanii ;)

piątek, 29 sierpnia 2008, kemotalamot

Polecane wpisy

  • Berlin

    Weekend majowy spędziliśmy w Berlinie. Cóż to miasto ma w sobie takiego, że jest tak pociągające? Nie jest zachwycające w takim sensie , jak zachwycający jest d

  • Lluís Domènech i Montaner

    Dziś znów Was pomęczę Barceloną i jej architekturą. Barcelona to nie tylko Gaudi, ale także wielu innych, znakomitych architektów. Właściwie, gdzie się nie obej

  • Gaudi po raz ostatni

    Park Guell. Uwiódł mnie, oczarował, urzekł. Zwłaszcza mozaiki, domki z piernika niczym wyjęte z bajki o Jasiu i Małgosi, Pawilon Kolumnowy, widok na Barcelonę..

Komentarze
chihiro2
2008/08/29 23:27:45
Rzeczywiscie koszmarne pierwsze wrazenia. My w Barcelonie mieszkalismy u przyjaciol, ale w madrycie juz w hotelu - na szczescie bardzo dobrym, z mocnymi grubymi szybami i wysoko, co docenilam, jako ze tuz obok hotelu znajdowala sie dyskoteka otwierajaca swe podwoje dopiero o drugiej w nocy (kolejki mlodziezy ustawialy sie od polnocy, a ze nie ma toalet dziewczyny zalatwialy swoje potrzeby miedzy samochodami - dlatego w miastach hiszpanskich tak cuchnie, ulice stanowia w nocy publiczna toalete).
-
2008/09/02 18:41:01
Chichiro2: Smród pierwszego dnia był koszmarem ale w następnych dniach na szczęście nie odczuwałam go. A co do tych nocnych hałasów to w sumie teraz miło je wspominam ;)